Reklama

Reklama

​Koniec Angeli Miłosiernej?

Angela Merkel niemal o 180 stopni zmieniła narrację w sprawie kryzysu migracyjnego. W jej słowach - ale również decyzjach - retoryka solidarności została zastąpiona postulatami podnoszonymi przez przeciwników masowego przyjmowania imigrantów. - To wszystko Niemców przerosło - mówi Interii historyk i politolog prof. Bogdan Koszel.

Dziś Angela Merkel nie mówi już o szerokim otwieraniu drzwi, a o konieczności zmniejszenia liczby imigrantów, szybkiej deportacji tych, którym nie przyznano azylu oraz tych, którzy złamali prawo. Co więcej, Merkel już zapowiedziała, że uchodźcy, którzy azyl otrzymają, po zakończeniu wojny w Syrii i w Iraku będą musieli wrócić do swoich ojczyzn.

Kanclerz Niemiec zdecydowanie potępiła ataki imigrantów na kobiety podczas sylwestra. "To, co wydarzyło się w noc sylwestrową w Kolonii, jest kompletnie nieakceptowalne. To były odrażające akty przestępcze, których państwo nie może tolerować i Niemcy nie będą tego tolerować" - mówiła Merkel, zapowiadając jednocześnie deportację tych, którzy "nie są w stanie podporządkować się systemowi prawnemu".

Reklama

W ślad za słowami poszły czyny. Nowy pakiet azylowy - będący rezultatem porozumienia wewnątrz koalicji rządowej - znacznie zaostrza przepisy dotyczące uchodźców. Łączenie rodzin będzie w wielu przypadkach możliwe dopiero po dwóch latach, a imigranci z Maroka, Algierii i Tunezji będą natychamiast odsyłani (kraje te zostały uznane za bezpieczne).

Prof. Bogdan Koszel z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu nie ma wątpliwości, że kryzys migracyjny przerósł Niemców. I przybliża motywacje, jakie stały za polityką otwartych drzwi. 

- W sierpniu, kiedy Angela Merkel ogłosiła otwarcie na imigrantów, liczyła na dwie rzeczy. Niemcom potrzebna jest siła robocza, ponieważ jako społeczeństwo dramatycznie się starzeją; wystarczy powiedzieć, że przeciętny Niemiec jest o siedem lat starszy od przeciętnego mieszkańca Stanów Zjednoczonych. Po drugie, Niemcy uważały, że zyskają na tym wizerunkowo na świecie. To wszystko Niemców przerosło i dlatego pani kanclerz Merkel stopniowo musiała się z tego wycofywać. Była coraz bardziej atakowana nie tylko w Europie, ale też wewnątrz, w Niemczech - zauważa prof. Koszel w rozmowie z Interią.

I nie chodzi tylko o krytykę ze strony ugrupowań wrogich imigrantom - PEGIDA czy Alternatywa dla Niemiec.

- Również we własnych chadeckich szeregach, czy w siostrzanej CSU, Merkel napotykała na coraz silniejszy opór - zwraca uwagę ekspert.

Nowe regulacje azylowe przygotowywane są w dużym pośpiechu - tak, by zdążyć przed wiosną, a co za tym idzie nową falą uchodźców.

- Niemcy muszą powstrzymać ten zalew, a będzie to polegało na drastycznym oddzieleniu osób, które uciekają z miejsc targanych konfliktami, od osób, które migrują ze względów ekonomicznych. Należy liczyć się z deportacjami głównie młodych osób, które posługują się wyłącznie argumentami polepszenia bytu ekonomicznego. Z tym że pamiętajmy - Niemcy podpisały Kartę Praw Podstawowych UE, która zakazuje jakiegokolwiek zbiorowego wydalania osób. Każdy przypadek będzie musiał zostać rozpatrzony indywidualnie. To będzie kosztowało masę czasu i sporo pieniędzy - mówi prof. Bogdan Koszel.

Prof. Koszel relacjonuje nam swoje rozmowy z berlińskimi profesorami. Rozmowy, które dobrze oddają zmianę myślenia niemieckich elit.

- Oni powiedzieli: przy naszej sprawności organizacyjnej, my sobie z tym na pewno poradzimy. Dzisiaj już tak nie mówią. Po prostu nie dają sobie z tym rady. 

Niemcy chcą, by inne państwa UE przyjęły część uchodźców do siebie (powracające propozycje mechanizmu kwotowego), jednak kraje Wspólnoty wcale się do pomocy nie garną.

- Kierują się przesłaniem: sami sobie nawarzyliście piwa, to próbujcie je teraz wypić, nie stosujcie argumentu "imperializmu moralnego" wobec innych państw, zmuszając je do przyjęcia kwot uchodźców. To było od samego początku źle zrobione, ale trzeba podkreślić: Niemcami kierowały szlachetne intencje - podsumowuje prof. Koszel.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy