Reklama

Reklama

Kinga Dębska: Każda rodzina ma trupy w szafie

- Nieszczęścia, które nam się przytrafiają są po coś, jest jakiś nieznany nam z początku cel i sens tego wszystkiego. Chyba na tym polega sukces filmu, bo daje on ludziom poczucie sensu. Cieszę się, kiedy działa na kogoś jak terapia - podkreśla w rozmowie z Interią Kinga Dębska, reżyserka filmu "Moje córki krowy" i autorka książki pod tym samym tytułem.

Historia napisana i zekranizowana przez Kingę Dębską została bardzo ciepło przyjęta przez widzów i czytelników. Do księgarń wkrótce trafi kolejny dodruk książki, a film przebił popularnością największe hity ostatnich tygodni.

Dariusz Jaroń, Interia: Polski film wyprzedził "Gwiezdne wojny". Zaskoczenie?

Kinga Dębska: Okazało się, że Polacy chcą chodzić na polskie filmy, chcą chodzić na filmy, które opowiadają ważne historie. Nie tylko na łatwe komedyjki. Ten skromny film z niewielkim budżetem jako pierwszy przerwał dominację "Gwiezdnych wojen" na polskim rynku. W kolejny weekend było jeszcze lepiej: przebiliśmy Quentina Tarantino. Ogromny sukces, ale staram się o tym nie myśleć, żeby nie zwariować.

Reklama

Film, chociaż momentami bardzo wesoły, dotyka trudnego tematu. Śmierć rodziców to tabu?

- Na pewno nie mamy w Polsce zwyczaju, żeby się z tego śmiać. Tymczasem ludzie potrzebują śmiechu jako lekarstwa, i na ekranie go nie brakuje. Tym sobie tłumaczę, dlaczego tak wielu widzów obejrzało film, bo traktują go trochę jako terapię na własne smutki.

Bez śmiechu dawka emocji byłaby ciężkostrawna?

- Odbiór byłby inny. Od początku zakładałam, że to będzie tragikomedia, żeby ludzi pocieszyć, a nie pognębić, dowalić im. Dlatego na ekranie jest wiele wręcz histerycznego śmiechu, jak palenie trawy z ojcem chorym na raka, wspólna głupawka ojca z córką. Ta dawka śmiechu była planowanym zabiegiem, ale efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania.

Śmiech to naturalny mechanizm obronny.

- Podobne historie spotykają każdego z nas: zawsze ktoś choruje, będzie chorował, odszedł lub właśnie odchodzi. Kiedy dzieje się coś strasznego, zamiast płakać zachowujemy się irracjonalnie. Zauważyłam, że pielęgniarki na OIOM-ie dużo żartują, dowcipkują, żeby poradzić sobie z rzeczywistością w jakiej się znajdują.

Pokazujesz nie tylko śmierć rodziców, ale też fobie i przetrącone relacje rodzinne. Chyba każdy z nas może się tutaj odnaleźć?

- To jest standard. Nie tylko w Polsce. Na festiwalu w Rzymie Włosi płakali, mówili "to ja!", "to moja mama!". W Brazylii podeszła do mnie pewna Japonka i powiedziała, że ona jest Martą. W Stanach po projekcji przychodzili do mnie ludzie, opowiadali swoje historie. Stawiali mnie w zupełnie innej roli: nie reżysera, słuchacza, ale terapeuty.

Śmierć rodziców od początku miała być motywem przewodnim?

- Tak. Ten film sam do mnie przyszedł. Kiedy walczyłam z chorobami rodziców zaczęłam pisać dziennik. Potem zastanawiałam się, czy coś z tego stworzyć? W końcu sztuka zawsze karmiła się życiem. Powstał scenariusz, potem film. I zadałam sobie pytanie: na ile zdradzać, że to jest bliskie mojemu życiu? Co zachować to dla siebie? Odważyłam się przyznać, że to jest zainspirowane moją historią, ale Marta i Kasia nie są mną i moją siostrą. Wzięłam na klatę ciężar tej historii. Może dlatego ludzie tak chętnie się w tym obrazie przeglądają, bo czują że to wyszło z prawdy.

Ojciec kocha swoje córki, ale wyzywa je od debilek, idiotek i - w najłagodniejszej formie - krów. Trudna jest ta miłość.

- A która jest prosta? Chyba tylko w telenoweli. To miłość prawdziwa, pozbawiona ornamentów. Ona jest podskórna. Kiedy ojciec widzi krowy i zwraca się tak do córek, one się cieszą. Wiedzą, że jest chory, a te słowa to najpiękniejsze wyrażenie uczuć, na jakie go stać. Ten ojciec nigdy nie chwalił, nie mówił jakie córki są wspaniałe, mądre. Wręcz przeciwnie. Tak bywa bardzo często. Uderzę we własny bębenek, bo sama pracowałam przez pięć lat w serialach, ale przez telewizję mamy zaburzoną i uproszczoną wizję rodziny. Obraz jaki sprzedają popularne seriale nie jest prawdziwy.

Ta cukierkowość widać dobrze się ogląda...

- Ale każdy wie, że u niego w domu nie jest tak ładnie i doskonale. Każda rodzina ma trupy w szafie. W serialach się ich nie wyjmuje, ale od tego jest film, literatura i sztuka. Pokazałam rodzinę w krzywym zwierciadle, poddaną próbie ostatecznej. Siostry specjalnie tak skontrastowałam, jedna jest kompletną dewotką i wariatką, druga królową lodu. Dopiero potem się to zmienia. Nieszczęścia, które nam się przytrafiają są po coś, jest jakiś nieznany nam z początku cel i sens tego wszystkiego. Chyba na tym polega sukces filmu, bo daje on ludziom poczucie sensu. Cieszę się, kiedy działa na kogoś jak terapia.

Aż tak nam się musi życie rozsypać, żebyśmy docenili to, co mamy?

- Zazwyczaj tak jest. Doceniamy to, co stracimy. Ja tak mam. Kiedy ktoś chce odejść, zaczynamy o niego walczyć, przypominamy sobie, że go kochamy, a wcześniej non stop ranimy. Miłość często związana jest z zadawaniem bólu. Jest w nas jakaś przekora, potrzeba ranienia drugiej osoby. Nie rozumiem tego, ale we mnie też to jest. Wracając do śmierci rodziców, nie da się od tego uciec. Wydaje się wtedy, że człowiek jest sam na świecie, że nikt go nie rozumie, a ktoś obok ma czelność śmiać się, prowadzić normalne życie. Obejrzenie mojego filmu czy przeczytanie mojej książki może sprawi, że ktoś poczuje się raźniej, że nie jest sam z tymi problemami.

Pierwszy był film czy książka?

- Film. Książka jest jego pogłębieniem. Moim wchodzeniem w skórę Agaty Kuleszy i Gabrieli Muskały. Trochę opowiada o moich emocjach, ale dużo wzięłam od aktorek, podpatrywałam je podczas zdjęć. Dałam im książki na święta, jeszcze nie zadzwoniły z opiniami. Ciekawa jestem co powiedzą, bo odbiór książki bardziej mnie stresuje niż filmu. Jaka tam ze mnie pisarka?

W rozmowie z Polskim Radiem wspomniałaś, że Marta i Kasia, chociaż skończyły czterdziestkę, nie odcięły pępowiny. Jak to rozumiesz?

- Wciąż są córeczkami tatusia: jest najważniejszym facetem ich życia, krytykuje wszelkie ich wybory. Nie mogą sobie przez to życia ułożyć. Często jest tak, że dopiero jak zabraknie rodziców, doroślejemy. To napisała Joanna Bator na okładce mojej książki. Dopiero kiedy ojciec odchodzi, dwie czterdziestolatki zaczynają żyć na własny rachunek. Bo muszą. Nikt nie będzie za nie oceniał, czy facet, którego przyprowadziły do domu jest w porządku. Same muszą to stwierdzić. Wcześniej ojciec był dla nich alfą i omegą.

Nieumiejętność odcięcia pępowiny to wina dorosłych dzieci czy rodziców?

- Daleka jestem od mówienia o winnych, przynajmniej w relacji przedstawionej na ekranie.

Ale kiedyś nadchodzi moment, kiedy zmieniają się role dzieci i ich rodziców.

- Tak, i o tym jest ten film i ta książka. Genetycznie jesteśmy związani, ale tak bardzo się od siebie różnimy. Ojciec bohaterek chce dobrze, ale ciągle je rani. One chcą być samodzielne, ale wciąż się na niego oglądają. To film o życiu bez zbędnego koloryzowania. Chociaż trochę upiększeń jest...

To znaczy?

- Celowo film jest jasny, kolorowy. Szpitale nie są brzydkie, a zdjęcia tak zharmonizowane, żeby widz mógł się odprężyć i utożsamić z tym, co widzi na ekranie.

W książce szpitale są ponure, a personel w większości nieczuły i opryskliwy.

- To prawda. Książka funkcjonuje na innych prawach. Opisuje świat, a film pokazuje obraz. Gdybym pokazała brudny szpital i kryzys w służbie zdrowia, nie przebilibyśmy "Gwiezdnych wojen".

***

Zwiastun, zdjęcia, recenzja - więcej o filmie "Moje córki krowy"

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy