Reklama

Reklama

Kim jest Zbigniew Stonoga?

Afera podsłuchowa, która wstrząsnęła Polską w ubiegłym roku, właśnie wybuchła na nowo. Wszystko za sprawą akt opublikowanych na Facebooku. Za ich pojawieniem się w sieci stoi Zbigniew Stonoga. Kim tak naprawdę jest ten mężczyzna?

Doradca i właściciel salonu samochodowego. Siedział niesłusznie 3,5 roku w więzieniu. Nagrywał Grupę Trzymającą Władzę, kłócił się z Urzędem Skarbowym i policją. Otwarcie mówi, że zamordowano mu matkę. Używa wielu wulgaryzmów. Tak w skrócie można opisać poczynania Zbigniewa Stonogi, odkąd pojawił się w mediach po raz pierwszy. A przynajmniej w taki sposób biznesmen sam nam się przedstawia. Jedne źródła podają, że przedsiębiorca pochodzi z Ozimka (woj. opolskie), inne, że z Zamościa, a jeszcze inne, że jest biznesmenem z Warszawy.

Reklama

Doradca

Zbigniew Stonoga swoją karierę zaczynał u boku posłanki Samoobrony Wandy Łyżwińskiej. Doradzał także Andrzejowi Lepperowi.

Po raz pierwszy nazwisko Stonogi stało się sławne w 2006 roku. To wówczas, w kontekście afery Rywina, mówiło się o nim, jako o tajemniczym świadku, który posiadał cenne informacje w sprawie, która ciągnęła się już od kilku lat. 

Stonoga twierdził, że ma nagrania Grupy Trzymającej Władzę, na których planowano, ile i komu zapłacić za zmiany w ustawie medialnej. To właśnie w związku z tą ustawą, Lew Rywin udał się do Adama Michnika z propozycją korupcyjną w 2002 roku. Prokuratura początkowo z wielkim entuzjazmem podeszła do tych, informacji - po ich zweryfikowaniu okazało się, że są one nieprawdziwe. 

W 2006 roku "Gazeta Wyborcza" pisała o Stonodze, że jest oszustem skazanym za wyłudzenia i fałszerstwa, nazwała go także awanturnikiem.

Wyroki

"Zbigniew S. to człowiek, który dokładnie 10 lat temu dokonał jednego z najbezczelniejszych oszustw w historii polskiej bankowości. W lutym 1996 roku pojawił się w oleskim oddziale Banku Śląskiego i poprosił o kredyt w wysokości 2 mld starych zł (dzisiaj 200 tys. zł). Pod zastaw zaproponował mszał gregoriański z X wieku wyceniony na 25 mld zł. Tak przynajmniej wynikało z ekspertyzy Muzeum Narodowego, którą przedstawił" - pisała o nim "Nowa Trybuna Opolska" w lutym 2006 roku.

Później okazało się, że mszał był bezwartościowy, a Stonodze udało się zaciągnąć kolejny kredyt, którego nie spłacił - dodaje "NTO". W maju 1996 roku został zatrzymany. 

Kariera sądowa Zbigniewa Stonogi wydaje się być dość bujna. Był już stroną w ponad 100 sprawach, które toczyły się na terenie całej Polski. Według "GW" od początku tego roku w samej prokuraturze Okręgowej Warszawa-Praga, toczy się ich ponad 80.

Właściciel salonu samochodowego

Po 2006 roku Zbigniew Stonoga postanowił zostać biznesmenem. Kupił salon samochodowy w Zamościu i sprzedawał używane auta.

W 2012 roku okazało się, że Urząd Skarbowy, według Stonogi, działał na jego szkodę. To wówczas na ogrodzeniu jego salonu pojawił się transparent z napisem "Trzy miesiące temu w Zamościu wyp*** nas Urząd Skarbowy Warszawa Targówek na kwotę 1.900.00 zł. Obecnie oszukali nas na kwotę 1.570.000 zł. Dziękujemy ci za*** fiskusie".  W sprawie chodziło o zwrot podatku VAT.

Później Stonoga był już zły na cały świat, a na ogrodzeniu pojawiały się kolejne banery.

Po tym, jak Stefan Niesiołowski na antenie TVN24 powiedział, że nie rozumie dlaczego dzieci w Polsce chodzą głodne, bo on kiedy był mały jadał szczaw i mirabelki, Stonoga komentował: "Panie Niesiołowski, zapraszamy na szczaw. U nas ma pan dożywotni za friko - jak pensję w Sejmie. Zapewniamy też pana, że jeśli w tym pierd*** przy Wiejskiej załatwi pan, aby złodziejski system fiskalny oddał nam 1.570.000 zł ukradzionego podatku VAT, dostanie pan w prezencie tonę gruszek ulęgałek".

Później pojawiały się także inne banery:

Śledzenie... policji

To jeszcze nie koniec ekscesów z udziałem Zbigniewa Stonogi. W ubiegłym roku na jego profilu na Facebooku pojawiło się ogłoszenie:

"DAM PRACĘ. Pilnie zatrudnię 10 osób na umowę zlecenie. Warunki: Musisz posiadać samochód, kamerę oraz zaświadczenie o niekaralności. Zakres Pracy: W ramach umowy zlecenia w systemie całodobowym (12/24) będzie należało jeździć za radiowozami Komisariatu Policji Warszawa Białołęka i utrwalać przebieg służby policjantów z tego komisariatu w sposób niezakłócający ich pracy. Uzyskane nagrania video przekazywać zleceniodawcy. Wynagrodzenie netto 2.500 zł. (netto oznacza netto po wszelkich kosztach)".

Po co Stonoga chciał śledzić policjantów? Biznesmen wdał się w konflikt ze stróżami prawa i kazał im "wyp*** ze swojej prywatnej posesji". Policjant miał zastawić wjazd do salonu samochodowego. Całą sprzeczkę Stonoga nagrał i zamieścił na swoim Facebooku, szybko znalazł rzeszę popleczników.

- Osobom, które bronią tego pana i chcą robić z niego bohatera, radzę się zastanowić, czy chciałyby zostać tak potraktowane. To mogło się przytrafić każdemu, kto mu się nie spodobał - mówił w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" październiku 2014 roku ówczesny rzecznik prasowy komendanta głównego policji Mariusz Sokołowski.

Po tych słowach również Sokołowski wpadł w kłopoty. Stonoga na swoim Facebooku niemal codziennie zamieszczał posty, skierowane do rzecznika KGP. Zamieścił także zdjęcie jego domu. Po tym Sokołowski zawiadomił prokuraturę o tym, że jest uporczywie nękany.

Biznesmen prowadzi obecnie kilka stron internetowych, na których toczy swoją krucjatę przeciwko "złodziejom z Wiejskiej". Raz na jakiś czas zdarza mu się także inwestować w billboardy, między innymi takie jak ten:

Afera wybucha na nowo

Wczoraj wieczorem i dzisiaj rano na jednym z portali społecznościowych na profilach Zbigniewa Stonogi i Gazety Stonoga opublikowano zdjęcia akt ze śledztwa w sprawie tzw. afery podsłuchowej, którą prowadzi Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga. Prokuratura potwierdziła dzisiaj ich prawdziwość. Zostało już wszczęte śledztwo w sprawie ich upublicznienia. Samo dochodzenie ws. afery podsłuchowej nie zostało jeszcze zakończone. 

O Zbigniewie Stonodze w internecie znajdziemy setki informacji. Trudno jednoznacznie orzec, które z nich są prawdziwe, a które nie. Kim więc naprawdę jest Zbigniew Stonoga? Jedni widzą w nim obrońcę obywateli, inni nazywają go awanturnikiem. Jego postać na pewno nie jest jednoznaczna. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL