Reklama

Reklama

Jarosław Gowin: Do władz Rosji trafia tylko język siły

- Jeżeli będziemy chowali głowy w piasek, co proponują politycy SLD, Twojego Ruchu i część polityków PSL-u, to tylko przybliżać będziemy groźbę otwartej ingerencji Rosji w nasze sprawy. Być może nie militarnej, ale politycznej i gospodarczej, również niebezpiecznych na dłuższą metę - podkreśla Jarosław Gowin. Z prezesem Polski Razem i byłym ministrem sprawiedliwości rozmawialiśmy o zabójstwie Borysa Niemcowa, konflikcie zbrojnym na wschodzie Ukrainy i zagrożeniu, jakie polityka Władimira Putina stwarza dla Polski.

Dariusz Jaroń, Interia: Wierzy pan w uczciwe śledztwo w sprawie zabójstwa Borysa Niemcowa?

Reklama

Jarosław Gowin, lider Polski Razem: Dla mnie sprawa jest zupełnie jasna. Takie rzeczy w Rosji nie dzieją się przypadkiem. Borys Niemcow był przez cały czas inwigilowany. Gdyby zabił go ktokolwiek inny, niż agent służb rosyjskich, natychmiast zostałoby to ujawnione. Szczegółów zbrodni oczywiście nigdy nie poznamy. Zwłaszcza zleceniodawców, chociaż łatwo się ich domyślić. Władze rosyjskie zrobią wszystko, żeby żadnych dowodów nigdy nie ujawniono.

Kreml nie spróbuje wykorzystać egzekucji Niemcowa propagandowo?

- Bardzo możliwe, że będą podjęte dodatkowe prowokacje. Proszę sobie przypomnieć zamachy terrorystyczne na budynki mieszkalne w Moskwie, za które odpowiedzialność zrzucono na Czeczenów. Dzisiaj już wiadomo, że za tymi niezwykle krwawymi zamachami stały rosyjskie tajne służby. Wykorzystano te zamachy do wywołania fali wrogości wobec Czeczenów wśród Rosjan. Być może jakaś inna forma prowokacyjnego wykorzystania zabójstwa Niemcowa już nam się szykuje.

Ponad 50 tysięcy osób protestowało na ulicach Moskwy po zamordowaniu Niemcowa. Czy to może być początek buntu Rosjan odrzucających brutalną politykę Kremla?

-  To imponujące, że w tak strasznym, autorytarnym państwie znalazło się tak wiele osób, które miało odwagę protestować. Nie mam jednak złudzeń: polityka Putina cieszy się poparciem zdecydowanej większości Rosjan.

Myśli pan, że to poparcie rzeczywiste czy deklarowane w myśl tego, że lepiej mieć święty spokój i z władzą nie zadzierać?

- Putinowi udało się wypuścić z butelki dżina rosyjskiego szowinizmu i tęsknot imperialnych. Sądzę, że zabijając Niemcowa wiedział, że większość społeczeństwa pomyśli po cichu "dobrze mu tak, po co szkalował dobre imię wielkiej Rosji".

Podsycanie atmosfery nienawiści w kraju, wojna na wschodzie Ukrainy. Dokąd sięgają granice obecnej działalności Putina?

- Ta granica, w kontekście międzynarodowym, mieści się tam, gdzie postawi ją świat Zachodu. Jeżeli będziemy ustępować krok za krokiem, to ta granica będzie się przesuwać. Jedyny język, który trafia do przywódców na Kremlu, to język siły. Świat zachodni musi się zbroić, musi zacieśniać współpracę w ramach NATO, musi też wzmocnić sankcje gospodarcze i nacisk polityczny na Rosję. Same sankcje jednak nie rozwiążą problemu. Putin musi mieć świadomość, że Zachód jest gotowy do militarnej reakcji na wypadek eskalacji rosyjskiej agresji, rozciągnięcia jej na przykład na państwa nadbałtyckie, które są częścią NATO i Unii Europejskiej.

Jakie sankcje gospodarcze byłyby dla Rosji bolesne?

- Celowałbym w dalszym ciągu w sektor energetyczny, bo to jest źródło gospodarczej siły państwa rosyjskiego. Do niedawna wydawało się, że to jest praktycznie skarbonka bez dna, jaką można wykorzystywać na cele militarne. Dzisiaj już, na szczęście, w tej skarbonce Rosjanie zaczynają docierać do dna.

Wspomniał pan, że najlepszym straszakiem na rosyjskie władze jest groźba użycia siły. Jak można Kreml postraszyć, żeby nie doprowadzić do globalnego konfliktu?

-  Uważam, że Rosja nie zdecyduje się na bezpośrednie starcie z siłami NATO. Dlatego przekonująca jest dla mnie strategia Zbigniewa Brzezińskiego, żeby w krajach nadbałtyckich ulokować oddziały amerykańskie. To byłaby wystarczająca groźba dla Putina, on ma świadomość, że potencjał militarny USA jest o wiele większy niż Rosji.

Mówimy o krajach zachodnich i członkach NATO. Co z Ukrainą?

-  Krym do Ukrainy w dającej się przewidzieć przyszłości nie wróci. Myślę, że tzw. separatyści, a w rzeczywistości rosyjskie oddziały, nie wycofają się również z Donbasu. Pytanie, czy Rosji uda się "połknąć" całą Ukrainę, aby osadzić w Kijowie satelicki rząd. Jeżeli Ukraina ma zachować realną suwerenność, nawet ograniczoną terytorialnie, potrzebna jest jej pomoc gospodarcza i szkoleniowa, a także możliwość zakupu broni. Nie mówię o wysyłaniu tam żołnierzy NATO, bo to prawdopodobnie byłoby początkiem III wojny światowej. Za haniebne uważam to, że świat zachodni od wielu miesięcy stosuje faktyczne embargo na sprzedaż Ukrainie broni. Pamiętajmy, że Ukraina jest dzisiaj tarczą chroniącą tenże świat zachodni przed rosyjską agresją.

Jakie zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski mają wydarzenia na wschodzie Ukrainy i imperialistyczne plany prezydenta Rosji?

- Z całą pewnością plany Putina przewidują podporządkowanie sobie w różnej formie innych krajów, także Polski. Nasza sytuacja jest o tyle lepsza od państw nadbałtyckich, że nie ma tutaj mniejszości rosyjskiej, a myślę, że będzie ona wykorzystywana jako koń trojański na Litwie, Łotwie czy w Estonii. U nas też pojawia się coś w rodzaju partii rosyjskiej, ale sądzę, że może ona liczyć na minimalne poparcie społeczne.

- Nie spodziewam się, żeby w ciągu nadchodzących kilku lat Polska miała doświadczyć takich form agresji, jakie spotkały Ukrainę, ale nie wykluczam zamachów terrorystycznych, ataków w cyberprzestrzeni czy prób destabilizowania sytuacji gospodarczej w Polsce, chociażby poprzez ograniczenia dostaw gazu. Będą też wzmocnione próby instalowania w kraju otwartej rosyjskiej agentury. To, że istnieje tajna agentura nie ulega wątpliwości. Po 1989 roku nie przecięto nici łączącej polskie tajne służby czy wojsko ze służbami rosyjskimi. To bardzo osłabia nasze bezpieczeństwo.

Jakie kroki w obecnej sytuacji doradziłby pan polskim rządzącym?

- Po pierwsze należy udzielić pomocy Ukrainie. Mam tu na myśli pomoc bezpośrednią w postaci wysłania grupy doradców, być może także sprzedaż polskiej broni Ukrainie, i pomoc pośrednią - jeszcze ważniejszą - czyli mobilizowanie krajów UE i NATO do wspólnej pomocy Ukrainie.

- Drugie działanie to wzmocnienie polskiej armii. Uważam, że przeznaczenie 2 proc. PKB na obronność to za mało. Już w 2016 roku powinniśmy przeznaczyć 2,5 proc. PKB, a w następnych latach jeszcze zwiększać te wydatki. Oczywiście wykorzystując te środki nie tyle do zakupu broni za granicą, co do wzmacniania polskiego przemysłu zbrojeniowego. Inwestycje te mogą być kołem zamachowym zwiększającym innowacyjność polskiej gospodarki, wystarczy zobaczyć jak robi to Izrael. Kolejne działanie to dywersyfikacja dostaw gazu do Polski. Fakt, że właśnie się dowiadujemy o kolejnym opóźnieniu w budowie gazoportu w Świnoujściu to wielka kompromitacja.

Rozważa pan sprzedaż broni Ukrainie. Przeciwnicy takiego rozwiązania obawiają się reakcji Rosji. Słusznie?

- Powinniśmy się bać tylko jednego: ciągłych ustępstw. To zachęca Rosję do kolejnych aktów ingerencji w życie sąsiednich narodów. Jeżeli będziemy chowali głowy w piasek, co proponują politycy SLD, Twojego Ruchu i część polityków PSL-u, to tylko przybliżać będziemy groźbę otwartej ingerencji Rosji w nasze sprawy. Być może nie militarnej, ale politycznej i gospodarczej, również niebezpiecznych na dłuższą metę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy