Reklama

Reklama

I jak tu nie wierzyć w anioły?

Wierzę, że jest jakaś siła, która kieruje naszymi wyborami. Pomaga nam zrobić pierwszy krok, niosący za sobą, niczym domino, kolejne pozytywne zdarzenia - przyznaje w rozmowie z Interią Katarzyna Konewecka-Hołój ze Stowarzyszenia Piękne Anioły. Prowadzona przez nią organizacja pomogła poprawić warunki mieszkaniowe kilkuset dzieci.

Dariusz Jaroń, Interia: Kim jest anioł?

Katarzyna Konewecka-Hołój: Trudne pytanie. Wierzę, że jest jakaś siła, która kieruje naszymi wyborami. Pomaga nam zrobić pierwszy krok, niosący za sobą, niczym domino, kolejne pozytywne zdarzenia. Nie myślałam kiedyś, że będę się zajmować pomocą charytatywną. Któregoś dnia wracałam samochodem do domu. Na rondzie impulsywnie zawróciłam, bo zobaczyłam stojące na poboczu zmarznięte dzieci. To była zima. Podwiozłam je do domu. Nigdy wcześniej nawet autostopowiczów nie brałam. Może wtedy odezwał się anioł?

Reklama

- Nie miałam pojęcia o prowadzeniu organizacji charytatywnej. Wszystkiego uczyłam się sama. I tu znów się te anioły pojawiają, bo przez trzy ostatnie lata bardzo się rozwinęliśmy. Nie mamy rozbudowanych struktur, stałych fundatorów, a pomogliśmy wielu dzieciom. Ostatnio dostaliśmy maila od Mattela, wielkiej firmy produkującej zabawki z Kalifornii. Jej fundacja raz do roku przydziela granty organizacjom pomocowym w Europie. Wybrała nas. I jak tu nie wierzyć w obecność aniołów...

Ilu rodzinom pomogliście?

- Zbliżamy się do setki. Często są to rodziny wielodzietne, po 3-5 pociech, także oznacza to poprawę warunków mieszkaniowych kilkuset dzieci. Drugie tyle dzieci doposażyliśmy. Do Starego Sącza zakupiliśmy kilkanaście łóżek z materacami i pościelą dla najbardziej potrzebujących, niedawno wymienialiśmy piec i okna w niedogrzanym domu. Dziecko wracało do niego ze szpitala. Podejmujemy takie akcje, kiedy pomoc jest niezbędna, a nie mamy możliwości przeprowadzenia kompleksowego remontu.

Efekty waszej pracy będziemy mogli obejrzeć w TVP1. W sobotę (godz. 12.20) pierwszy odcinek programu "Cztery kąty, anioł piąty". Co zobaczymy?

- To będzie wycinek działalności naszego stowarzyszenia. Zaprosiliśmy do tych remontów nowo powstałą Fundację Fabryki Marzeń i lokalnych wolontariuszy. Nie korzystaliśmy z usług płatnych firm, zależało nam na zintegrowaniu miejscowej społeczności. To historie biednych rodzin, dzieci w trudnej sytuacji życiowej. Jak dwie dziewczynki mieszkające na skraju polany pośród gór - bez bieżącej wody i łazienki. Ludzie często żyją w warunkach, których w mieście nawet sobie nie wyobrażamy.

Kto kogo zaprosił do współpracy?

- Telewizja nas zaprosiła. Reporterka, która często uczestniczy w naszych akcjach, wpadła na pomysł, aby pokazać zapis remontów, emocje, jakie im towarzyszą. Dotąd były tylko wzmianki w programach informacyjnych. Dostała zgodę od TVP. Bałam się tego programu. Nie chciałam robić niczego pod telewizję, kolejnego show. Cieszę się, że udało się nagrać to, co robimy od lat. Nie korzystaliśmy z pomocy aktorów, brygad remontowych. To my. Z całą naszą amatorszczyzną.

Dzięki zaangażowaniu TVP łatwiej pozyskiwać partnerów do remontów?

- Ogólnie jest tak, że im bardziej jesteśmy rozpoznawalni, tym łatwiej rozmawia się z darczyńcami. To dla nas bardzo ważne. Zarzuca się nam, że jesteśmy trochę egoistycznym narodem. Nie jest tak, może po prostu nie mamy zaufania do różnych organizacji? Chcemy pomagać na własną rękę, ale to trudne. Nasza działalność jest przejrzysta. Współpracujemy z firmami, które przekazują meble, materiały budowlane, sprzęt. Finansowe wsparcie też się przydaje. Darczyńca chcąc pomóc konkretnym dzieciom za naszym pośrednictwem, pokrywa koszt remontu i wyposażenia na podstawie zapłaconych rachunków. Wie, na co została przeznaczona jego darowizna. To bardzo ważne.

Jak ta pomoc wygląda? Rozumiem, że to nie tylko remonty pokoi dziecięcych...

- Tak, nie ograniczamy się do pokoi dziecięcych. Zaczęliśmy robić remonty łazienek, zdarza się, że remontujemy całe mieszkania. Ostatnio w Nowym Brzesku mieliśmy rodzinę z siódemką dzieci. Wynajmowali starą chatę, groziła zawaleniem, dlatego dostali nakaz eksmisji. To nie była patologiczna rodzina. Tata stracił pracę, mama zajmowała się dziećmi, pojawiło się ryzyko, że wylądują na ulicy. Gmina Nowa Brzesko przekazała lokal w starym budynku nieużywanej szkoły, wspólnymi siłami przekształciliśmy te pomieszczenia na mieszkanie socjalne.

- Po kilku tygodniach przyjechaliśmy w odwiedziny. Dom zadbany, dzieci zaaklimatyzowane w nowej szkole. Bardzo się cieszę, że się udało wyciągnąć rodzinę z tak fatalnych warunków. Wiem, że zdarzają się obawy, czy ludzie będą dbać o nowe lokum, wyremontowane pokoje. Zapewniam, że dbają i szanują. A dzieci w czystych wnętrzach zdecydowanie lepiej się uczą. Nie zawsze mamy bezpośredni kontakt z rodzinami, ale rozmawiamy z pracownikami socjalnymi i asystentami rodzin.

Czy jest prowadzona weryfikacja rodzin, które wymagają pomocy?

- Tak, decyzja o udzieleniu pomocy nigdy nie jest wyłącznie decyzją stowarzyszenia. Współpracujemy z sądami, kuratorami, pracownikami socjalnymi i asystentami rodzin. Sądy rodzinne zgłaszają się, kiedy mają orzekać o umieszczeniu dzieci w ośrodku czy rodzinie zastępczej ze względu na złe warunki bytowe. Interweniujemy, żeby mogły zostać przy swoich rodzicach. W niewielkiej miejscowości na Śląsku wybudowaliśmy domek dla czterech dziewczynek i opiekującej się nimi babci, żeby mogły z nią zostać.

- Mogą się oczywiście zgłaszać do nas osoby prywatne, dostajemy też sygnały ze szkół. Zdarza się, że nauczyciel dowiaduje się, w jakich warunkach mieszka dziecko. Pojawiają się problemy z nauką, z grupą rówieśniczą. Kiedy w domu nie ma oświetlenia, ogrzewania, łazienki, to wszystko się odbija na zachowaniu i pozycji dziecka w szkole. Z automatu pojawiają się gorsze stopnie. Cieszy mnie, gdy szkoła wychwytuje problem, szuka na własną rękę pomocy dla uczniów. Jedna nauczycielka zgłosiła do nas dziewczynkę z ul. Grzegórzeckiej, czyli samego centrum Krakowa.

Jaka jest skala zgłoszeń? Biedy, której na co dzień nie dostrzegamy?

- Ogromna... Wybory, którym dzieciom najpierw pomóc są bardzo emocjonalne. Kiedyś remontowaliśmy pokoje, skala problemu była inna: malowanie, zakup nowych mebli. Dzisiaj często sprawy są poważniejsze. Rodzina dostaje ostrzeżenie z kuratorium, jeśli rodzice nie poprawią warunków, stracą dzieci. Staramy się reagować od razu, bo nie ma gorszej tragedii niż odbieranie dzieci, rozdzielanie rodzeństwa po kilku ośrodkach czy rodzinach zastępczych, dlatego, że nie mają łóżek czy ciepłej wody w domu.

Nowy rząd zapowiedział zmiany w tej kwestii. Już nie będzie odbierania dzieci za biedę?

- Sprawa jest złożona. Dużo jestem w terenie, jeździmy po różnych województwach. Nie można tylko i wyłącznie szkalować sądu, kiedy podejmuje decyzję o umieszczeniu dzieci w ośrodku czy rodzinie zastępczej. Sąd zwrócił się do nas o pomoc w sprawie dziewczynek, które miały mieszkać w przybudówce przy oborze. Bez ogrzewania i bieżącej wody. Jedna z nich miała trzy lata. Przecież takiego dziecka nie można zimą trzymać przy krowach, bo prędko dostanie zapalenia płuc i z narażeniem życia trafi do szpitala. To trudne sprawy, cały szereg zdarzeń, o których media nie mówią, poza hasłem "zły kurator albo zły sąd odbierają dzieci z powodu biedy".

Co zatem byłoby skutecznym rozwiązaniem?

- Ciągle mamy zły system wsparcia rodzin, pomocy społecznej. Nie chodzi tylko o zasiłki czy 500 zł na dziecko. Potrzebujemy większej grupy pracowników socjalnych, asystentów, ci ludzie muszą pracować z rodzinami. Dysfunkcyjnej rodzinie samo wręczenie środków finansowych nie pomoże. Dla nich kupno biurka czy łóżka dla dziecka nieraz jest czymś niewyobrażalnym. Trzeba im wiele rzeczy pokazać, pomóc, bo sami tego nie zrobią. Nawet sobie nie zdajemy sprawy z tego, jak wygląda życie w rodzinie dysfunkcyjnej.

Strona internetowa Stowarzyszenia Piękne Anioły

W remontach często pomagają wam ochotnicy z zakładów karnych i poprawczaka. Jak ta praca wpływa na ich resocjalizację?

- Jest bardzo skuteczna. W zakładach zamkniętych są prowadzone zajęcia resocjalizacyjne z psychologami i wychowawcami, ale największy wpływ na postawę osadzonych mają doznania emocjonalne, wrażenia, sytuacje, w jakich się znajdują. Jeden więzień powiedział mi kiedyś, że hasło "pomóc komuś" było dla niego bez znaczenia. Nie obchodził go los biednego czy chorego dziecka. Ale jak zobaczył umorusanego czterolatka grzejącego się przy małym przerdzewiałym piecyku, i jak malec potem kładzie się do jednego łóżka z kilkorgiem rodzeństwa, faceta coś ścisnęło za serce.

- Potem widzi, jak dzieci na niego patrzą. Dla nich jest bohaterem, tym wspomnianym aniołem. Bo to on pojawia się znikąd, codziennie kuje ściany, maluje, pomaga im. Wzrok dziecka pełen szacunku i uwielbienia rozmiękcza takiego więźnia. I bardzo dowartościowuje. Odczucie mają nawet takie, że w jakiś sposób odkupują swoje winy.

Wróciliśmy do pierwiastka anielskiego. I to tam, gdzie mało kto się spodziewał...

- W programie zobaczymy 20-letniego Krzyśka. Lata spędził w poprawczaku.  Kradł samochody i po pijaku je rozbijał. W poprawczaku tylko patrzył jak wyjść na przepustkę i przepić pieniądze zarobione na praktykach. Dwa lata temu nawiązaliśmy współpracę z zakładem poprawczym. Dyrektor specjalnie wydelegował Krzyśka. Pochodzi z dysfunkcyjnej rodziny, nie miał wzorców, dom był zimny i pusty. Zamiast wracać tam po szkole, szukał atrakcji na ulicy. Dyrektor chciał, żeby cofnął się w czasie, zobaczył w tych dzieciach małego Krzysia. I tak się stało. Żyły w takich samych warunkach, jak on. Postanowił to zmienić, poprawić ich los. Już kilkanaście remontów na Śląsku zrobił. Teraz, jak coś zarobi na praktykach, nie przepija, tylko zbiera na narzędzia budowlane. Chce tak pracować.

- Obserwuję Krzyśka i widzę, że odzyskał godność. Wcześniej wstydził się opowiadać o sobie. Dziś otwarcie mówi, że nie był dobrym człowiekiem, swoje w życiu nawywijał, ale dostał szansę na odzyskanie szacunku. To dla więźniów i chłopaków z poprawczaka najważniejsze. Mogą pracować nad sobą, poprawić się, ale nic im nie da tyle siły, ile głos poparcia z zewnątrz.

Rozmawiał Dariusz Jaroń

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy