Reklama

Reklama

Gruzja i Armenia: Zagadka dwóch światów istniejących równolegle

Gruzja i Armenia: te dwa kraje i dwa narody, które sąsiadują ze sobą od czasów, gdy na terenach obecnej Polski więcej było żubrów, niż ludzi, różnią się od siebie tak, jakby leżały na zupełnie innych kontynentach.

"Bałkańska" Gruzja, "radziecka" Armenia

Reklama

Gruzja wygląda jak kraj bałkański. Tak się kojarzy. Nie ma tutaj tej postsowieckiej ciężkości, depresji, która nadaje ton wszystkim (prawie) krajom, które były częścią radzieckiej przestrzeni. Gruzja jest, owszem, zapyziała, i to często w sposób tragiczny, ale to bałkańskie, nie sowieckie zapyzienie. Tak się kojarzy. Bo w Gruzji czuć tę nieznośną lekkość bytu, życia, której z Gruzji nie wymiotła sowieckość, tak samo, jak z Bośni, Chorwacji czy Czarnogóry nie wymiotła jej jugosłowiańska wojna. Zupełnie inaczej jest w Armenii. Kraju niesamowicie pięknego, ale to piękno surowe i ponure. A krajobraz kulturowy przypomina ruiny Mordoru.

Życie uliczne i knajpiane

Na przykład takie życie uliczne. W Gruzji - na ulicach i w knajpkach kipi. Gdzie nie spojrzeć - niedrogie restauracje, gdzie w dzień tłumy Gruzinów jedzą zupę charczo i pierogowate chinkali (których zawsze zamawiają więcej, niż mogą zjeść, zastaw się a postaw się), a wieczorami do tych charczo i chinkali piją wino i urywającą głowę czaczę. To biesiadna kultura, kultura spędzania czasu poza domem.

W Armenii jest odwrotnie. O ile w Gruzji knajpki są sympatyczne i dla wszystkich, to w Armenii lokale dzielą się na dwa rodzaje: mordownie i "glamourowate" szpanernie. Bywalcy tych ostatnich to nie kolorowy i przypadkowy gruziński ludek zachodzący do nich ot tak, z ulicy. To głównie wylansowane lasie na obcasach o długości kijów golfowych i faceci o sznycie ponurych bandziorów z portfelami jak cegły, ewentualnie z małymi teczuszkami, będącymi zabawnym połączeniem saszetki i walizki. Jest drogo i mało kogo stać. W jednej z niewielu knajp w stolicy, w której puszcza się rocka, a nie dicho i pop, piwo kosztuje - w przeliczeniu - kilkanaście złotych. W kawiarniach lepiej nie siedzieć zbyt długo po wypiciu kawy, bo robi się nerwowo - obsługa zaczyna krzywo patrzeć. Są tu też lokale prowadzone przez Irańczyków dla Irańczyków, którzy przyjeżdżają do Armenii m. in. po to, żeby w końcu móc się w spokoju zalać alkoholem. Ale to inna historia.

Stylówa i tuning

O ile Tbilisi jest jak miękkie, jasne i przyjazne Bałkany, to wjeżdżając do Erewania człowiek ma wrażenie, że znajduje się na wlocie do któregoś miast ukraińskiego Donbasu, które jakaś nadprzyrodzona siła wyrwała z wschodnioukraińskiej ziemi i z wysoka rzuciła pod Ararat.

Tani bling-bling i dziesiątki migających neoników: od kasyn przez salony samochodowe po samochodowe warsztaty. Migające neony mają nawet apteki. Wiezie nas taryfiarz w okularach z "Matrixa" stuningowaną ładą żiguli. Futrzaste siedzenia i przyciemniane szyby. Wszystkie zresztą samochody mają tu przyciemniane szyby. Nie masz przyciemnianych szyb - nie wyjeżdżaj na miasto. Jeszcze cię zobaczą.

W Tbilisi ludzie ubierają się naturalnie, bez zadęcia, ale ze stylem - po europejsku. To ewidentnie zachodni obszar kulturowy. Są tu europejskie subkultury, od punków i metali po hipsterów, europejskie alternatywne knajpki, jakie można znaleźć na Kazimierzu, Kreuzbergu czy budapeszteńskiej VII dzielnicy. Człowiek chodzi po Tbilisi i nie ma pojęcia jak to się stało, że taki kawał od Europy, od Pragi, Krakowa, Budapesztu, Berlina - znajduje się kraj o tak zachodnim odruchu jak Gruzja!

"Wschodnia" i "zachodnia" wersja globalizacji

Tym bardziej, że oddzielony jest od Europy - z jednej strony - o całą Ukrainę, "sowieciejącą" im dalej na wschód, o zdrowy kawał Rosji i Kaukaz Północny - coraz bardziej niebezpieczny, którego sama Rosja - sprawia takie wrażenie - chciałaby się pozbyć. A z drugiej strony przez Turcję. W innych miastach (może poza Batumi) więcej jest wschodniej nonszalancji w ubiorze, zaniedbania, ale znów: mogłoby to być zaniedbanie bałkańskie, a nie poradzieckie.

Daleko tu do "wschodniego skrzydła globalizacji", którego elementy zaczynają się, patrząc od strony Polski, już za ukraińską granicą i nasila się im dalej na wschód, wraz z zastępywaniem żywiołu ukraińskojęzycznego przez rosyjskojęzyczny. I ciągnie się aż po Sachalin, rozlewając też na Kaukaz. Z wyjątkiem Gruzji.

A Armenia to ewidentny szyk "wschodniego skrzydła globalizacji". Faceci noszą buty w szpic, włosy pod garnek albo maszynką przy skórze, skóry, zresztą, na ramionach. Z marszrutek i taryf dobiega rosyjski pop i disco. Są, oczywiście, elementy zachodnie, ale jest ich zdeycdowanie mniej, niż w Gruzji.

Architektura i urbanistyka Tbilisi jest koronkowa i wyrafinowana - od miejskiej osi, prospektu Rustawelego, odchodzą w górę i w dół uliczki, które mają urok nawet w swoim zrujnowaniu. Ostatnimi czasy rząd Saakaszwilego zupełnie rewitalizuje stare kwartały i dzielnice miast, tworząc coś w stylu wyobrażonej dawnej gruzińskiej architektury. Jest to architektura przymominająca zabudowę śródziemnomorską czy właśnie bałkańską, bliżej stąd do XIX-wiecznej bułgarskiej lekkości, niż do czegokolwiek związanego z ciężkim, radzieckim molochizmem.

Jak wybudowano niesamowite miasta i co się znimi stało

Architektura Armenii - z kolei - jest w swoim założeniu niesamowita i dobrze pasuje do surowości i piękna jej krajobrazu: to nie są gruzińskie zielone pagórki, ale skały, więcej tutaj chłodu i ciemnej zieleni, niż gruzińskiej soczystości, to i architektura inna. Miasta Armenii są kamienne i pięknie wkomponowane w górski kontekst, to dzieło zresztą radzieckich architektów i urbanistów. Nawiązują do klasycznej ormiańskiej ornamentyki i architektury, do kamiennych kościołów i wiosek, są cudownie harmonijne, szkoda tylko, że ich rozkład jest modernistyczny, a nie przednowoczesny, słowem - że zamiast wąskich, pnących się w górę i opadających w dół uliczek są tu równe, blokowe kwartały.

Szkoda jeszcze jednej rzeczy. Że aby dojrzeć ten cały architektoniczny kunszt trzeba przedrzeć się przez parszywiejącą poradziecką powłokę, która pokrywa to wszystko liszajem szyldozy, balkonowej samowolki i zwykłego totalnego zaniedbania.

Wjazd wieczorem do takiego - na przykład - Sewanu, otoczonego przez mury zdechłego industrialu, może przyprawić o galopującą depresję. Miasto leży nad jednym z najpiękniejszych jezior na Kaukazie, a wygląda jak prowincjonalne miasto przemysłowego regionu gdzieś za Uralem. Przy nielicznych taryfach stoją cwaniacy w kaszkietówkach, bloki porozrzucane są po stężałym błocie, jakby ktoś kostki rozrzucił. W mieście Sewan można albo płakać, albo pić. Albo stamtąd uciekać.

Sam Erewań jest ciekawy, ale lekkości i wdzięku trudno tam szukać. Pomijając blichtr i bling-bling, jest tam całkiem ciekawe nowoczesne centrum i parczek naładowany kawiarenkami (tylko nie siedźcie zbyt długo po wypiciu kawy!). Reszta miasta wybudowana jest w radzieckim stylu, i - z jednej strony - przypomina Nową Hutę do potęgi entej, ale z drugiej kojarzy się z jakąś niepokojącą, dystopijną architekturą starożytnego i tajemniczego, zatopionego pomiędzy mrocznymi górami narodu. Co jest fascynujące, lecz niekoniecznie urocze.

Drogowskazy w różnych kierunkach

Te odruchy - w Gruzji zachodni, w Armenii poradziecki - wzmocnione są przez wybory polityczne, których dokonały oba te państwa. Gruzja stylizuje się na Zachód jak może, a Saakaszwili próbuje już od dawna wyciągnąć kraj z kaukaskiego kontekstu i wyekspediować go na Zachód. W gruzińskich miastach znaleźć można billboardy krzyczące, że "Gruzja to nie Azja, tylko Europa". Na gruzińskich drogach, pomiędzy drogowskazami na Tbilisi, Sighnaghi, Gori, Kutaisi, Batumi i Suchumi, znaleźć możemy strzałkę z kierunkiem "Europe": przez Ankarę i Stambuł.

Po reformie policji, która wcześniej po sowiecku prała kogo jej się podobało i brała łapówy za sam fakt jeżdżenia samochodem, obecni gruzińscy gliniarze przypominają amerykańskich, nawet z umundurowania. Jeżdżą po drogach jankeskimi pick-upami z patrolową prędkością - mają być widoczni, ludzie mają się czuć bezpiecznie. Komisariaty to na gruzińskiej prowincji często jedyne nowe budynki: wszystkie są przeszklone, co ma symbolizować absolutną transparentność. A Gruzini, nawet ci niechętni Saakaszwilemu (bo gruziński prezydent wcale nie jest aż takim hiperdemokratą, na jakiego się stylizuje), nie mogą się ich nachwalić. - Europa - mówią. - Policja strzeże i służy, a nie czepia się byle czego. Pomaga, jeśli trzeba. I faktycznie: czasem ten rozdźwięk pomiędzy "amerykańskością" gruzińskiej policji a wschodnioeuropejskością jej realiów jest abstrakcyjny. Tak było na przykład wtedy, gdy wielki, amerykański pick-up policji zatrzymał rozklekotaną marszrutkę, którą jechaliśmy, by wsadzić do niej babuleńkę z worem ziemniaków. Wór był sparciały i ziemniaki się rozsypały, a gliniarze w spodniach z lampasami ścigali je, goniąc po zmurszałym asfalcie i po krzaczorach pobocza.

Sam wjazd do Gruzji to sama otwartość i Europa: pewnie na pokaz, ale jednak Europa. Na samolot z Warszawy, który ląduje w Tbilisi w środku nocy czeka rząd stanowisk bezproblemowej kontroli paszportowej: nie ma kolejki ani żadnego problemu. Aleja, która prowadzi z lotniska do centrum to aleja George'a Busha. Dalej jest aleja Lecha Kaczyńskiego.

Wjazd do Armenii to zupełnie inna para kaloszy. Poradzieccy oficerowie w wielkich czapach, identycznych, jakie noszą ich koledzy w Rosji, na Białorusi, Ukrainie i w Azji Środkowej piętrzą idiotyczne i bezsensowne problemy, czepiają się literówek w formularzach, groszy w kwocie, którą można wwieźć do kraju. Kupowaną na granicy wizę trzeba opłacić koniecznie w ormiańskich dramach, które - jak wiadomo - można bez problemu kupić jak świat długi i szeroki. Na gruzińską walutę nie spojrzą, w euro czy dolarach też nie da rady. Efekt jest taki, że poza tym, że robią problem turystom, robią go też sami sobie, bo za każdym razem, gdy granicę przekracza ktoś, kto chce koszt wizy opłacić na granicy, muszą naginać prawo: wpuszczają tego kogoś nielegalnie na teren Armenii, do bankomatu, z którego ten ktoś wypłaca wymagane trzy tysiące dramów, by dopiero później wpuścić go już legalnie.

- Saakaszwili koleguje się z Amerykanami, my - z Rosjanami - wzdycha ormiański kierowca wiozący nas do Alaverdi. - To i standardy inne. Nasi - macha ręką - "wzjatki" biorą jak leci. Zatrzymują, czepiają się, szkoda gadać.

Niedługo pojawia się zapierająca dech w piersiach panorama. Kamienne Alaverdi leży na czymś w rodzaju górskiej półki, przy niesamowitym urwisku, otoczone wieńcem gór. Błękit, ciemna zieleń, ciemne skały. Krajobraz jak z "Władcy pierścieni". Widok podobnej rangi człowiek widzi tylko kilka razy w życiu. Aż się nie chce skracać tej perspektywy. Bo Alawerdi niesamowicie wygląda tylko z daleka.

Ziemowit Szczerek

Więcej tekstów Ziemowita Szczerka z Kaukazu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje