Reklama

Gigantyczny kryzys imigracyjny. Czy USA powinny pomóc Europie?

Sekretarz stanu USA John Kerry poinformował, że w przyszłym roku jego kraj przyjmie do siebie ok. 85 tys. uchodźców. Będą to głównie Syryjczycy. Te obietnice nie budzą jednak w Europie entuzjazmu. Już teraz szacuje się, że do samych Niemiec ma w tym roku przybyć aż milion uciekinierów z terenów ogarniętych wojną. Udział Stanów Zjednoczonych w rozwiązaniu gigantycznego kryzysu wydaje się więc symboliczny. Czy tak powinno być? - Pomoc ludziom w masowej ucieczce z Syrii to nie jest żadna polityka, to żałosna namiastka polityki - mówi w rozmowie z Interią doktor Grzegorz Kostrzewa-Zorbas z Wojskowej Akademii Technicznej.

O kryzysie w Europie z prezydentem USA rozmawiała Angela Merkel. Kanclerz Niemiec i prezydent Stanów Zjednoczonych wspólnie ostrzegli Węgry, Czechy, Rumunię i Słowację. To delegacje tych czterech krajów 22 września podczas posiedzenia Rady UE głosowały przeciw decyzji w sprawie rozlokowania uchodźców w państwach Unii Europejskiej. Ich postulat opierał się na jednym założeniu - aby państwa europejskie same mogły zadeklarować, jaką kwotę uchodźców są w stanie przyjąć. Barack Obama z troską zaapelował do państw europejskich o to, aby dokonały sprawiedliwego podziału uchodźców. 

Reklama

Apel prezydenta Stanów Zjednoczonych wywołał spore poruszenie. Pojawiły się także kolejne głosy oburzenia odnośnie postawy Stanów Zjednoczonych wobec uchodźców. Według ekspertów problem jest już na tyle duży, że bez pomocy państw spoza Europy, nie uda się go rozwiązać. 

Aby zrozumieć, dlaczego Europa kieruje swoje prośby o pomoc własnie w kierunku USA, należy cofnąć się kilka lat wstecz.

Wojna domowa w Syrii

Kraj rządzony przez Baszara el-Assada zmaga się z konfliktem wewnętrznym już od czterech lat. Napięcia pojawiły się wtedy, kiedy rozpoczęła się "arabska wiosna", czyli okres protestów i rewolucji. Syryjczycy niezadowoleni ze swoich warunków życia, bezrobocia, a także rosnących cen żywności, wyszli na ulice. Assad początkowo sądził, że uspokoi naród obietnicami, jednak protesty nie milkły. Doszło do starć popleczników Assada z rebeliantami. Zginęły tysiące osób. 

Na samym początku konfliktu syryjska opozycja nie była uzbrojona, a protestom przewodzili zwykli cywile. Po krwawych atakach opozycjoniści zaczęli się jednak zbroić i rosnąć w siłę. Do tej skomplikowanej układanki należy dołożyć także Państwo Islamskie, które oficjalnie jest stroną konfliktu od 2013 roku. Dżihadyści wykorzystując sytuację wewnętrzną w Syrii, rozpoczęli na jej terenach walkę o powiększenie kalifatu, stając się kolejnym pretendentem do walki o władzę obok reżimu Assada i zbrojnej opozycji. 

Od początku działań na terenie Syrii życie straciło już ponad 200 tysięcy osób. Liczba ofiar cały czas rośnie. 

Stany Zjednoczone na ratunek

Od momentu kiedy wybuchła wojna domowa w Syrii, Stany Zjednoczone spoglądały na ten rejon z zaniepokojeniem. Tłumaczono, że USA, jako światowa potęga, nie mogą przejść obojętnie wobec tak wielkiej przemocy. Biały Dom latem 2011 roku oskarżył władze Syrii o wywołanie kryzysu humanitarnego, jednak dopiero w sierpniu 2012 roku Barack Obama otwarcie zagroził, że Stany Zjednoczone rozpoczną interwencję w Syrii. Powodem miało być użycie przez reżim broni chemicznej. 

Stany Zjednoczone, Francja i Wielka Brytania udzielały w międzyczasie silnego wsparcia dla syryjskiej opozycji, m.in. szkoląc rebeliantów. Po stronie reżimu Assada stanęła z kolei Rosja.

Do ataku, o którym mówił później cały świat, doszło 21 sierpnia 2013 roku na przedmieściach Damaszku. Wykorzystano broń chemiczną powodując śmierć niemal 2 tysięcy osób. Obama wstrzymał się jednak z decyzją o interwencji militarnej w Syrii, czekając na głos Kongresu w tej sprawie. Senatorowie wsparli pomysł prezydenta USA i wyrazili zgodę na ograniczoną interwencję, która miała odbywać się bez udziału wojsk lądowych. Wówczas "na pomoc" przyszła Rosja, która przedstawiając Obamie swój plan odebrania Syrii całej broni chemicznej, odwróciła uwagę prezydenta od interwencji w kraju Assada.  

Kłopot z Państwem Islamskim

Tymczasem przed Obamą stanęło nowe wyzwanie. Państwo Islamskie rosło w siłę, a Stany Zjednoczone nie miały pomysłu na to, jak z nim walczyć. Szybko okazało się, że to dżihadyści są groźniejszym przeciwnikiem niż reżim Assada. USA zaplanowały serię nalotów, wzbraniając się jednak przez interwencją wojsk lądowych w Syrii. Wspierając syryjską opozycję i bombardując PI, Stany Zjednoczone przyczyniły się do zaostrzenia wojny w Syrii, przed którą teraz ucieka tylu uchodźców - taka opinia pojawia się przynajmniej w niektórych kręgach. 

Trzeba jednak zaznaczyć, że choć USA nie przejawiają chęci do przyjęcia uchodźców, przez cały czas im pomagają. Od początku wojny domowej w Syrii przekazały już ponad 4 miliardy dolarów na pomoc humanitarną. Czy to jednak wystarczające działania?

Co z uchodźcami?

- Przyjmowanie masy uchodźców to nie jest żadne rozwiązanie. Rozwiązaniem byłoby przywrócenie pokoju w Syrii. Pokoju, w którym nie będzie represji wobec żadnych grup etnicznych, religijnych, ani innych. Grup, które są wyszczególnione w prawie międzynarodowym, jako te, które mogą ubiegać się o azyl i o status uchodźcy - mówi w rozmowie z Interią dr Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, politolog, dyplomata i ekspert z Wojskowej Akademii Technicznej. 

Według dr Kostrzewy-Zorbasa Stany Zjednoczone powinny przede wszystkim stanąć na czele międzynarodowej akcji, która pomogłaby Syryjczykom osiągnąć pokój i poszanowanie praw człowieka. - To oczywiście trudne, jednak łatwiejsze, niż przyjmowanie kolejnych milionów uchodźców i migrantów ekonomicznych. A najczęściej bardzo trudno odróżnić jednych od drugich - zaznacza ekspert.

Według politologa pozostawienie Syrii samej sobie i zgoda na to, aby w jej politykę wtrącały się państwa takie jak Iran czy Rosja, "może wkrótce odnieść poważne skutki".

- Mała aktywność Stanów Zjednoczonych oznacza, że wojna w Syrii będzie trwać latami i produkować kolejne miliony uchodźców i migrantów. Pomoc ludziom w masowej ucieczce z Syrii to nie jest żadna polityka, to żałosna namiastka polityki - podsumowuje ekspert z Wojskowej Akademii Technicznej.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy