Reklama

Reklama

Gdyby Białoruś napadła na Polskę...

... mielibyśmy nie lada problem. Większość sił Wojska Polskiego znajduje się na zachodzie kraju - czy zdążyłby wejść do walki, nim agresor zająłby Warszawę?

Vladimir Wolff, autor książki "Stalowa kurtyna", nie ma co do tego wątpliwości - w jego powieści oddziały białoruskie - po wcześniejszym zajęciu m.in. Białegostoku - wchodzą do naszej stolicy już po kilku dniach od rozpoczęcia inwazji.

Ograniczony potencjał

Po drodze rozbijają stacjonującą na Warmii i Mazurach 16 Dywizję Zmechanizowaną (DZ), oraz inne, nieliczne jednostki - jak można się domyśleć, należące do aktualnie likwidowanej przez dowództwo naszej armii 1 DZ.

Białoruskie wojska atakuje Polskę z dwóch kierunków - północnego, na wysokości Grodna, i południowego, z okolic Brześcia.

Reklama

Grupa północna ma wejść do Warszawy z rejonu Legionowa i Nowego Dworu Mazowieckiego, grupa południowa - sforsować Wisłę poniżej miasta i wkroczyć do stolicy od strony południowych, lewobrzeżnych dzielnic. Później jej oddziały uderzeniowe ruszyłby w kierunku Łodzi, której zajęcie zakończyłoby inwazję.

Na większą ekspansję terytorialną Białorusini nie mogą sobie pozwolić z powodu ograniczonego potencjału wojskowego. Plan, od którego wywodzi się tytuł książki, zakłada podjęcie w tym momencie rozmów pokojowych.

W myśl jego założeń, dwa wielkie związki taktyczne Wojska Polskiego - 12 DZ ze Szczecina i 11 Dywizja Pancerna (DPanc.), stacjonująca w garnizonach w Lubuskim i w Wielkopolsce - nie zdążą już wejść do walki, zdziesiątkowane przez lotnictwo i działania dywersyjne.

Przyczajony tygrys

W książkowej rzeczywistości tego scenariusza nie udaje się napastnikom zrealizować. Co prawda blitzkrieg doprowadza do zajęcia Warszawy, po drodze jednak ginie wielu żołnierzy pierwszorzutowych jednostek białoruskiej armii.

Tej daje się też we znaki częściowo tylko zniszczone, polskie lotnictwo. Jej ruchy ograniczają również rzesze uchodźców, uciekających na zachód kraju. Z tym ostatnim problemem generałowie Łukaszenki, na życzenie samego wodza, radzą sobie przy użyciu bomb paliwowych...

Jak zauważa jeden z bohaterów "Stalowej kurtyny", tuż po utracie stolicy Polska jest jak przyczajony tygrys - rozwścieczona, szykuje się do skoku.

Białorusinom nie udało się zaszkodzić wojskom z zachodnich rubieży - teraz biorą one przeciwnika w kleszcze. Pancerna pięść WP, wyposażona m.in. w niemieckie leopardy, przełamuje białoruskie linie na południu. W powietrzu pojawiają się amerykańskie F-22, których eskadra, jednym uderzeniem, rozbija lotnictwo przeciwnika. A w kilkadziesiąt celów na Białorusi uderzają pociski manewrujące, wystrzelone z krążowników US Navy, które w międzyczasie pojawiły się na Bałtyku.

Centrum w ruinie

Odcięte od linii zaopatrzeniowych, pozbawione wsparcia lotniczego, białoruskie oddziały zaprzestają walki.

Wpływ na ich decyzję ma również akcja polskich, amerykańskich i brytyjskich sił specjalnych, które atakują pałac prezydencki w Mińsku i w ostatniej chwili łapią salwującego się ucieczką Aleksandra Łukaszenkę (skojarzenia z operacją wymierzoną przeciw bin Ladenowi są nie na miejscu - w białoruskiej stolicy międzynarodówka "specjalsów" napotyka na twardy opór Specnazu, duma Polski - GROM - dostaje lanie, a Batiuszkę udaje się ująć w zasadzie przez przypadek).

Jak wszystkie i ta wojna dobiega końca. Polacy nie wkraczają na teren Białorusi, choć przejmują twierdzę Brześć. Rzeczpospolita kończy zmagania uboższa o 70 tys. obywateli, w centrum stolicy straszą ruiny wysokościowców, solidnie zdemolowanych jest kilka innych miast. W gruzach leży gazoport, część lotnisk, ważnych zakładów i elektrowni. Jednak radość ze zwycięstwa i strumień zagranicznej pomocy pozwalają wierzyć w szybką odbudowę.

Zaś czytający drapie się po głowie, zastanawiając, czy taki scenariusz w ogóle jest możliwy? A konkretnie - czy Białorusinom rzeczywiście udałoby się zająć tak znaczne połacie Polski? I jakie jest prawdopodobieństwo, że zdecydowaliby się na atak?

Po co się spinać?

Autor "Stalowej kurtyny" ma rację, zwracając uwagę na dużo mniejszy potencjał WP, zgromadzony na wschód od Wisły - tak, jakby wciąż, mimo upadku komunizmu, zagrożenie stanowił dla nas przede wszystkim Zachód. Tymczasem dokonywane po 1989 r. analizy wykazywały, że jeśli cokolwiek złego miałoby spotkać Polskę, z większym prawdopodobieństwem przyszłoby ze wschodu.

Dlaczego zatem nie zdecydowaliśmy się na co najmniej zrównoważenie sił w obu częściach kraju? Odpowiedź jest prozaiczna - w latach 90. minionego wieku armii nie było stać na wielką przeprowadzkę.

Co więcej, technologiczna degrengolada WP, charakterystyczna dla pierwszych kilkunastu lat III RP, odebrała politykom i części generalicji wiarę w możliwości własnego wojska.

Jednocześnie jednak nie widziano w tym wielkiego problemu, ufając, że członkostwo w NATO - do którego wstąpiliśmy w 1999 r. - daje wystarczające gwarancje. W ocenie wielu, takie uwarunkowania podważały wręcz sens poważnej dyslokacji sił (i inwestowania w wojsko w ogóle). "Bo po co się spinać, skoro i tak nie damy rady? A zresztą, Sojusz nas obroni"...

Zaskoczenie i koncentracja

Tymczasem w "Stalowej kurtynie" NATO zwleka z decyzją o włączeniu się do walki. Jej ciężar bierze na siebie wspomniana 16 DZ, wyposażona w sprzęt, którego średnia wieku dobiega trzydziestki - więcej niż liczy sobie większość służących w niej żołnierzy.

Na zeszłorocznych ćwiczeniach Anakonda widziałem oddziały tej dywizji w akcji. Mniejsza o stalowe hełmy, które nosiła spora część żołnierzy. Świeżo odmalowane czołgi T-72 i wozy BWP-1 wyglądały - zwłaszcza w symulacji frontalnego ataku - nawet groźnie. Nie zmienia to jednak faktu, że ich przydatność na współczesnym polu walki staje się coraz bardziej problematyczna. Dość sięgnąć po doświadczenia z obu "Pustynnych Burz".

Oczywiście, po drugiej stronie nie stoi przeciwnik posiadający znaczną przewagę technologiczną, jak to było w Iraku. Napastnik ma podobny sprzęt, armię o 1/3 mniejszą, choć wyposażoną w dwa razy więcej czołgów (a na czas fikcyjnej wojny zwiększoną do stanu etatowego WP).

Tajemnica potencjalnych sukcesów Białorusinów tkwiłaby w zaskoczeniu i koncentracji sił w danym rejonie. Tak też dzieje się w "Stalowej kurtynie" - wschodni napastnicy atakują "z marszu", kończąc w ten sposób wielkie ćwiczenia, które - choć niepokojące - mobilizacji u sąsiada nie wywołują. Zaś północna grupa ich armii jest trzy razy silniejsza od 16 DZ.

Specnaz na tyłach

Co więcej - to książkowa fikcja, choć w tym scenariuszu dość prawdopodobna - władze w Mińsku przed inwazją uzyskują od Rosjan kilkaset dużo nowocześniejszych czołgów T-80 i wozów BWP-2. Modernizują również na kredyt z Moskwy swoją flotę powietrzną, usiłując zniwelować przewagę, jaką Polsce daje 48 nowiusieńkich F-16.

Interesujesz się wojną w Afganistanie? Odwiedź blog Marcina Ogdowskiego "zAfganistanu.pl"!

Pomagają też sobie na inne sposoby - jeszcze przed rozpoczęciem działań zbrojnych do Polski przenika kilkadziesiąt grup dywersyjnych, które mają zaatakować lotniska, wybrane dowództwa i centra polityczne. W książce Wolffa niszczenie samolotów w bazach idzie Białorusinom tak sobie, podobnie realizuje się plan wytrucia - za sprawą skażonego jedzenia - żołnierzy 10 Brygady Pancernej (stanowiącej część 11 DPanc., wyposażonej w najlepsze w tej części Europy czołgi leopard). Już jednak podjęta tuż przed wkroczeniem sił inwazyjnych próba zagazowania polskiego Sejmu udaje się niemal całkowicie.

Co prawda większość specnazowców ginie w trakcie realizacji swoich zadań, nie jest to jednak niezgodne z filozofią wykorzystania tych jednostek. Tym bardziej, że generalnie osiągają one swoje cele - chaos i dezorganizacja, które wkradają się w polskie szeregi, potęgują element zaskoczenia.

To wszystko książkowa fikcja, ale - biorąc pod uwagę fakt, że białoruska doktryna wojenna pozostaje pod silnym wpływem Rosjan (a ci w tej dziedzinie nadal wzorują się na Armii Radzieckiej) - tak właśnie walczyłby nasz przeciwnik.

Sól armii z dala od kraju

Pisząc o polskich słabościach (i białoruskich atutach), nie sposób uciec od Afganistanu. Co prawda utrzymujemy tam, zdawałoby się, niewielki, ledwie 2,5-procentowy odsetek wojska, jest to jednak sól sił zbrojnych RP.

Dość napisać, że gdyby do białoruskiego ataku doszło podczas głośnych ćwiczeń "Zachód 2009", w Polsce nie było wówczas większości żołnierzy elitarnej 6 Brygady Powietrznodesantowej.

Jeśliby wojna wybuchła jesienią bądź zimą 2010 r. - nie miałby kto obsadzić części leopardów, bo trzon afgańskiego kontyngentu stanowiła 10 BPanc.

Teraz z kolei w Azji przebywa, wraz z własnym dowódcą, gros sił 17 Brygady Zmechanizowanej (BZ) (również wchodzącej w skład 11 DPanc.) - najlepszej tego typu formacji WP. Zaś jesienią br. 4,5 tys. km od kraju znajdzie się większość żołnierzy 15 BZ, stanowiącej część - uwaga - 16 DZ.

Polacy jak Gruzini

Co więcej, w Afganistanie znajduje się nieproporcjonalnie dużo najnowocześniejszego i najważniejszego sprzętu WP, jak choćby niemal połowa z 300 transporterów opancerzonych rosomak i 1/4 (osiem z nieco ponad 30) śmigłowców szturmowych Mi-24.

Zatem w przypadku wojny polsko-białoruskiej nasz kontyngent byłby w sytuacji podobnej do tej, w jakiej w sierpniu 2009 r. znaleźli się Gruzini. Wówczas to dwa tysiące najlepszych żołnierzy gruzińskiej armii usiłowało wydostać się z Iraku, po tym, jak sprowokowana przez Tbilisi Rosja wkraczała do ich kraju.

Wzorem Gruzinów i my musielibyśmy żebrać o transport u Amerykanów, byłoby jednak naiwnością sądzić, że udałoby się cały należący do kontyngentu sprzęt w ciągu kilka dni przerzucić do Polski...

Krwawe prowokacje Mińska

Wizja pierwszych starć nie napawa więc optymizmem - scenariusz Wolffa wydaje się całkiem realny. Choć moim zdaniem Polacy z większą determinacją zabiegaliby o wsparcie NATO i przerzucali jednostki w rejon walk - by nie dopuścić do utraty Warszawy, która, jako stolica, ma wyjątkowe, symboliczne znaczenie.

Idźmy jednak dalej i zastanówmy się, cóż takiego mogłoby sprowokować zbrojną reakcje naszego sąsiada?

W "Stalowej kurtynie" pretekstem ma być seria wyjątkowo krwawych ataków na przebywających w Polsce Białorusinów. W istocie są to prowokacje Mińska, a rzeczywistym powodem wojny jest chęć odwrócenia uwagi od wewnętrznych, głównie gospodarczych, problemów Białorusi.

O ile pomysł z antybiałoruskimi wystąpieniami wydaje się mocno naciągany - w tym sensie, że nawet w przypadku ukrywania prawdziwych motywacji, nie byłby dobrym pretekstem dla rozpoczęcia walk - o tyle idea "małej zwycięskiej wojny" była już w historii przerabiana.

Ani on wariat, ani oni ślepi

Najbliższy przykład to Argentyna, która w takich właśnie okolicznościach zdecydowała się na konflikt z Wielką Brytanią na początku lat 80. ub.w.

Jednak argentyńska junta wojskowa zaangażowała w wojnę tylko niewielką część swoich sił, a walki toczyły się na Falklandach, z dala od rdzennych terenów. Tu zaś mamy do czynienia z wojną na pełną skalę, prowadzoną blisko granicy, z dużym prawdopodobieństwem dotkliwych uderzeń w macierz.

Trzeba by więc szaleńca i maksymalnie zniewolonego narodu, by taki scenariusz dało się zrealizować. A cokolwiek by o Aleksandrze Łukaszence i jego Białorusi mówić - ani on wariat, ani jego rządzeni ślepym, zrobotyzowanym tłumem, rodem z północnokoreańskiego koszmaru.

No i jest jeszcze NATO i Rosja.

W "Stalowej kurtynie" Sojusz zachowuje się jak w złych snach niemałej części kadry dowódczej WP, która - niejako w opozycji do polityków- i mundurowych-natooptymistów - ma, lekko mówiąc, średnie zaufanie do gwarancji sojuszniczych.

U Wolffa pomoc humanitarna płynie do Polski od pierwszych godzin, jednak wojskowa już nie. Gdy wreszcie, po kilku dniach, nadchodzi, ma postać użyczonego AWACS-a, działającej z terenu Niemiec (bo supertechniki nie ma co narażać...), eskadry F-22 i dwóch okrętów US Navy. Do Amerykanów dołączają Brytyjczycy, wysyłając do wspomnianej akcji w Mińsku legendarny SAS.

Wielkie Niemcy i jeszcze większa Francja zostają w domu - Polska, w zasadzie, ma sobie radzić sama...

Rosja jak opiekun

Koszmar, prawda? Czy realny? Nikt nie ma wątpliwości, że NATO przeżywa obecnie kryzys. Jednak z drugiej strony, od kilku miesięcy obowiązują w Sojuszu tzw.: plany ewentualnościowe, uwzględniające kryzysy w państwach przyjętych po upadku muru berlińskiego. Zagrożona ze wschodu Polska - choć tu raczej agresora należy dopatrywać się w Rosji - ma zostać wsparta pięcioma zachodnioeuropejskimi i amerykańskimi dywizjami.

To rzecz jasna tylko plany, jednak ich użyteczność sprowadza się do tego, że eliminują konieczność politycznych dyskusji o tym, co robić w razie realnego zagrożenia. No i trudniej się z nich wymiksować niż na przykład ze wspólnych działań w Libii czy Afganistanie.

A Rosja? W "Stalowej kurtynie" zachowuje się jak opiekun, który pozwala niesfornemu dziecku na zadymę z kolegą z piaskownicy. Dostarcza mu co prawda niebezpiecznych zabawek, jednak zasadniczo trzyma się z daleka.

Ale czy Moskwa rzeczywiście zdecydowałaby się na takie postępowanie?

Wydaje się, iż rosyjskie elity polityczne i wojskowe mają już świadomość tego, że konfrontacja z całym potencjałem NATO nie poszłaby po ich myśli. Nie ryzykowałby zatem bijatyki w imię Białorusi.

Ponadto Kreml już kilkanaście lat temu zdał sobie sprawę, iż sposobem na utrzymanie pozycji mocarstwa nie jest ekspansja militarna lecz ekonomiczna. Co w odniesieniu do Polski przekłada się na stwierdzenie, że lepiej z nami handlować - uzależniając przy tym od dostaw gazu i ropy - niż wojować i podbić.

Tymczasem Białoruś - choć czasem staje to na przekór ambicjom Aleksandra Łukaszenki - jest dla Rosji jedynie instrumentem w geopolitycznej grze. Co znaczy, że Mińsk nie podejmie żadnej decyzji, która postawiłaby Moskwę w kłopotliwej sytuacji. Bo niechby i Baćka spróbował inaczej - odcięty od rosyjskich surowców, zwłaszcza zimą, nie wytrwałby przy władzy nawet kilku dni...

Marcin Ogdowski

Interesujesz się wojną w Afganistanie? Odwiedź blog Marcina Ogdowskiego "zAfganistanu.pl"!

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy