Reklama

Reklama

​Elżbieta Dzikowska: Starość to lenistwo ducha

"Zamienili pomnik buddy na telewizor, a tradycyjne stroje na ciuchy z sieciówek. To smutne, jednak takie jest życie". O Chinach, które zatracają swoją tożsamość, i poszukiwaniu miejsc, których nie dotknęła jeszcze globalizacja, opowiada w rozmowie z INTERIA.PL Elżbieta Dzikowska.

Joanna Bąk, INTERIA.PL: Chiny to kraj, który szczególnie przypadł pani do gustu...

Elżbieta Dzikowska:
- Odwiedziłam go sześć razy. To mój kraj, wybrany. Studiowałam język chiński, byłam świadkiem, jak to państwo zmienia się na różne sposoby. Z razu na gorsze, z razu na lepsze. Z czasem bogaty kraj biednych ludzi zaczął się liberalizować. Teraz to, co widzimy w Szanghaju, to więcej niż to, co możemy zobaczyć na Manhattanie. Przykre jest, że Chiny rozwijając się zatracają swoją tożsamość...          

Która z podróży wyjątkowo zapisała się w pani pamięci?

- Każda. Nie mam żadnej, o której mogłabym powiedzieć "ta była gorsza", albo "ta była bardziej wyjątkowa". Moją pierwszą podróż odbyłam do Chin. Zniosłam ją bardzo źle, marzyłam, aby nigdy więcej nie wsiąść do samolotu. Jednak koniec końców jest to miejsce, które odwiedziłam najwięcej, bo sześć razy. A najciekawsza podróż? Myślę, że najciekawsza podróż dopiero jest przede mną.

Reklama

Często powtarza pani, że jest już "o krok do przodu"...

- Życie każdego z nas byłoby smutne, gdyby było puste planów i marzeń. To naturalny składnik naszej ludzkiej egzystencji. Dlatego w mojej głowie ciągle snują się nowe wizje. Jak nie idziemy do przodu to nie stoimy w miejscu, my się cofamy. 

Czy podczas którejś z wypraw udało się pani odkryć samą siebie?         
       

- Samą siebie odkrywa się codziennie. Mamy coraz to nowe doświadczenia, które zmieniają naszą świadomość, stosunek do świata. Myślę jednak, że najbardziej odkrywam siebie głównie podczas podróży. Wtedy człowiek sam może się najlepiej sprawdzić.

Za czym pani tęskni, podróżując?

- Jak jestem w podróży, to jestem tam całą sobą. Nie tęsknię, nie myślę o tym, co dzieje się w kraju. Całą sobą chłonę to, co jest tam. Staram się maksymalnie wykorzystać moją obecność w danym miejscu, by później móc przekazać ją innym, najrzetelniej, jak to możliwe.

Na czym skupia się pani podczas wyjazdu?

Chcę poznać, jak żyją ludzie na świecie. Jak wygląda ich dzień na co dzień, a jak od święta. Najbardziej interesuje mnie to, co odchodzi. Staram się uwiecznić rzeczy, których nie dosięgła jeszcze globalizacja. Chciałabym zostawić świadectwo dla następnych pokoleń. Przykładem są tutaj też Chińczycy, którzy zamienili pomnik buddy na telewizor, a tradycyjne stroje na ciuchy z sieciówek. To smutne, jednak takie jest życie..

Jakie uczucia towarzyszą pani po powrocie do domu? Radość z pobytu w domu, czy smutek z zakończonej przygody?

- Radość, że jestem w domu, że witają mnie moje pieski Kali i Kama, dwa czarne pekińczyki.  Uwielbiam, jak na powitanie tańczą wokół mnie.

Po jakim czasie domowe życie zaczyna panią nudzić?

- Chętnie wyjeżdżam, a jeszcze chętniej wracam. Po pewnym czasie coś pcha mnie do przodu. Chęć zaznania innych, nowych wrażeń zaczyna mi o sobie przypominać. Te uczucia są tym silniejsze, jak robimy coś nie tylko dla siebie. Jak robię to także dla moich czytelników. Wtedy uczucia się multiplikują.

Biżuteria z podróży to amulet czy pamiątka?

-  Amulet-pamiątka. Uważam, że każde miejsce odwiedzamy po coś. Każda rzecz, jaką przywożę, ma swoją historię. Nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny, nic bez przyczyny nie dostajemy. Dlatego biżuteria, jak i inne rzeczy, które przywożę, są dla mnie bardzo ważne.

W takim razie co jeszcze zdarza się pani przywieźć?

- Stroje etniczne, kapelusze, buciki, haftowane chusteczki. Przywożę to, co świadczy o tożsamości ludzi, danego regionu.

Na pewno ma pani już pokaźną kolekcję...

- Część rzeczy oddaję do muzeum im. Toniego Halika w Toruniu. Jednak te najbliższe mojemu sercu zawsze będą wisieć w moim domu.

Przeżyła pani miłość życia. Jaka jest recepta na udany związek?

- Kompromis, tolerancja i empatia. Ważne, by szanować upodobania, pasje drugiego człowieka, jego charakter. Może w młodym wieku to wydaje się dziwne, jednak w życiu trzeba mieć do siebie szacunek, wtedy dojdzie się do porozumienia.

Nie zapytam o plany na przyszłość a o to, czym jeszcze zaskoczy nas Elżbieta Dzikowska?

- Powiem, że ciągle mi się chce. Na pewno nie spocznę na laurach.  Zawsze powtarzam, że starość to lenistwo umysłowe niezależnie od wieku. Mnie na pewno jeszcze nie dotyczy. (śmiech)

A czy jest coś, co mogłaby pani powiedzieć młodym ludziom, którzy marzą o podróżowaniu, lecz brakuje im odwagi?

- Na każdy wyjazd trzeba zapracować. W życiu nie ma nic za darmo. Obecny świat nie ma granic, jest otwarty. Można za grosze wsiąść w pociąg, czy wybrać się gdzieś autostopem. Najważniejsze to chcieć, bo gdy czegoś mocno pragniemy, cały wszechświat sprzymierza się, by pomóc nam to osiągnąć. Bo chcieć, to móc. Stawiamy sobie cel i nie ma mowy o poddawaniu się. Przestańmy narzekać, idźmy do przodu, uśmiechajmy się!

Z Elżbietą Dzikowską rozmawiała Joanna Bąk.

Dowiedz się więcej na temat: Elżbieta Dzikowska | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne