Reklama

Reklama

Ekspert: Ukraina przestała uważać nas za poważnego partnera

- Po Majdanie i rozpoczęciu działań wojennych na wschodzie, Ukraina przestała uważać nas za poważnego partnera, który może pomóc w rozwiązaniu jakichkolwiek problemów, i na którego można liczyć. Skierowała się raczej w stronę Francji, Niemiec, USA i, siłą rzeczy, Rosji – mówi dr Piotr Kuspys, politolog specjalizujący się w polityce wschodniej.

Katarzyna Pruszkowska: Dlaczego prezydent Andrzej Duda wycofał się z wcześniejszych postulatów  tj. chęci dołączenia do grupy normandzkiej i renegocjowania mińskich porozumień pokojowych?

Reklama

Dr Piotr Kuspys: - Nie do końca wiadomo, dlaczego ta propozycja została wycofana, podobnie jak nie wiadomo, dlaczego w ogóle padła. Tuż po wyborze prezydent zapowiedział, że Polska chce dołączyć do grupy normandzkiej, czyli Francji, Niemiec i Rosji, która pracuje nad kwestią negocjacji pokoju na wschodzie Ukrainy. Na odpowiedź Poroszenki nie trzeba było długo czekać - następnego dnia, na konferencji prasowej w Niemczech, powiedział, że nie ma potrzeby, by ktokolwiek do tej grupy dołączył.

- Rzeczywiście, w mojej ocenie, nie ma ani potrzeby, ani możliwości, żeby Polska dołączała do tej  grupy, choćby z tego powodu, że jest za słabym graczem na arenie międzynarodowej i nie sądzę, żeby mogła odegrać jakąkolwiek rolę w uregulowaniu konfliktu na wschodzie.

Dlaczego Ukraina niechętnie patrzy na obecność Polski w grupie normandzkiej?

- Po pierwsze, Rosja nie zgodziłaby się na to, żeby Polska znalazła się przy stole negocjacyjnym. Po drugie, stosunki polsko-ukraińskie w ostatnich latach uległy ochłodzeniu. Po Majdanie i rozpoczęciu działań wojennych na wschodzie, Ukraina przestała uważać nas za poważnego partnera, który może pomóc w rozwiązaniu jakichkolwiek problemów, i na którego można liczyć. Skierowała się raczej w stronę Francji, Niemiec, USA i, siłą rzeczy, Rosji.  Po trzecie, dawniej Ukraina uważała Polskę za kraj tranzytowy między Wschodem, a Zachodem, zabiegała więc o to, żeby nasz kraj był rzecznikiem interesów Ukrainy w Unii Europejskiej. Jednak od dłuższego czasu politycy w Kijowie próbują bezpośrednio układać się z UE i wszystkie rozmowy prowadzone są wprost.

Co sądzi pan o postulacie prezydenta, który chce zwiększenia współpracy wojskowej między grupą wyszehradzką a Ukrainą?

- Grupa wyszehradzka straciła już swoją aktualność i cel. Została powołana dawno temu, żeby zintegrować konkretne kraje po to, żeby łatwiej mogły dołączyć do UE. Nawet, jeśli spojrzymy na bieżącą politykę, to grupa wyszehradzka nie zachowuje się jako jednolite ciało. Każde państwo ma swoją politykę, swoje wizje i swoje poglądy. Grupa wyszehradzka nie jest w żadnej mierze instrumentem, który w czymkolwiek mógłby Ukrainie pomóc. Taki ruch nie umocniłby również roli Polski na arenie międzynarodowej, co najwyżej może być dobrym ruchem wizerunkowym, który pokaże Polskę jako lidera w regionie. Nic ponad to.

- Myślę że takie próby zawierania regionalnych sojuszów są próbą powrotu do dawnej tradycji trzymania się razem krajów "od morza Czarnego do morza Bałtyckiego" . Ale to jest nierealne. Kraje bałtyckie już jakiś czas temu zapowiedziały, że nie będą uczestniczyć w tworzeniu tego typu nowej organizacji międzynarodowej. Podobnie Ukraina - nie pójdzie w żadne mniejsze organizacje regionalne, bo zabiega o członkostwo w NATO i UE. Mimo, że to nie będzie łatwa droga i prawdopodobne nie zakończy się pełnym członkostwem w obu tych organizacjach. 

Podczas wizyty w Kijowie prezydent powiedział  "dla Ukrainy musi się znaleźć miejsce przy stole" na szczycie NATO w Warszawie. Czy takie deklaracje mają sens?

- Ta propozycja jest jak najbardziej na miejscu. Polska, jako gospodarz może zaprosić Ukrainę, która kandyduje do NATO i do lat podejmuję z tą organizacją współpracę. Myślę, że inni członkowie Sojuszu nie będą mieli nic przeciwko. Oczywiście chodzi o udział w ograniczonym stopniu, w jaki może uczestniczyć Ukraina jako kraj nie należący do NATO.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy