Reklama

Reklama

Dr Błażej Kmieciak: In vitro powoduje rozleniwienie mentalne lekarzy

1 listopada wejdzie w życie podpisana w lipcu przez Bronisława Komorowskiego ustawa o leczeniu niepłodności, regulująca głównie kwestie związane z poczęciem metodą in vitro. O tym, czego zabrakło w ustawie, opowiada w rozmowie z Interią dr Błażej Kmieciak, socjolog prawa i bioetyk.

Głosowanie w Sejmie ws. ustawy poprzedziła burzliwa dyskusja na temat zarodków, diagnostyki genetycznej i możliwości korzystania z in vitro przez małżeństwa i osoby we wspólnym pożyciu. Ustawa ta od początku budziła szereg zastrzeżeń - zarówno z jednej, jak i drugiej strony. 29 października Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar zaskarżył do Trybunału Konstytucyjnego ustawę w zakresie braku możliwości skorzystania przez samotne kobiety z wcześniej zamrożonych ich zarodków. Intencją ustawodawców - jak podkreślał resort zdrowia - było jednak "zapewnienie dziecku prawa do przyjścia na świat i wychowywania w pełnej rodzinie".

Reklama

Dr Błażej Kmieciak, socjolog prawa i bioetyk, zauważa inne niedociągnięcia.

- Największym uchybieniem jest to, że w ustawie o leczeniu niepłodności niestety pojawia się aspekt czasowy. O zastosowanie metody in vitro mogą się ubiegać ludzie, kobieta i mężczyzna, którzy minimum rok starają się o dziecko. Bazując na wiedzy andrologów i ginekologów, a także położników, mam świadomość tego, że rok to za mało - podkreśla ekspert, dodając, że "niepłodność jest dzisiaj niepojętym wyzwaniem".

- Pamiętajmy, że - socjologicznie rzecz ujmując i nie oceniając zupełnie ludzi - kobiety dużo później niż 20 lat temu starają się o dziecko. To wynika z socjologiczno-kulturowo-ekonomicznych aspektów. Kobieta rozpoczyna okres prokreacyjny średnio w wieku 29-30 lat. Tu już z perspektywy ginekologicznej jest problem - zauważa.

- Kobiecie, która jest po trzydziestce, na pewno będzie trudniej urodzić dziecko, niż kobiecie, która ma 25 lat. To nie jest ocena, ale fakt. Rok starania się o dziecko to jest dzisiaj za mało. Tak naprawdę traktuje się leczenie niepłodności tylko przez pryzmat in vitro. A to jest nieprawda - podkreśla bioetyk, zauważając, że ustawa o leczeniu niepłodności tak naprawdę nie dotyczy kwestii związanych z leczeniem, ale promuje metody sztucznego wspomagania rozrodu.

- One były, są i będą (metody sztucznego wspomagania rozrodu - red.) - ja to rozumiem. Ale zapomina się tak naprawdę o tym, że ginekologia i położnictwo to przede wszystkim poznanie przyczyny niepłodności, poszukiwanie możliwości terapii, anomalii, które są u kobiet i mężczyzn - tłumaczy.

- Także ta ustawa powoduje, że u lekarzy pojawia się rozleniwienie mentalne. W tym momencie lekarz może wyjść z założenia: nie będę się doszukiwać trudnego problemu endokrynologicznego, andrologicznego, czy psychologicznego, tylko zastosuję in vitro. To daje mu możliwość obejścia problemu. Paradoks polega na tym, że te osoby będą nadal niepłodne - wyjaśnia ekspert.

Kwestią wielokrotnie podnoszoną w kontekście ustawy było ograniczenie możliwości skorzystania z metod wspomaganego rozrodu do związków małżeńskich i partnerskich, bez uwzględnienia samotnych kobiet. Dr Kmieciak zaznacza tu szczególną rolę rodziny.

- Mam wielu znajomych, którzy żyją w związkach partnerskich i wiem, że oni się kochają. Ale dla mnie - jako dla osoby, która zajmuje się prawami dziecka - konstytucyjnie rzecz ujmując, każde dziecko ma prawo do wychowywania się w rodzinie. Rodzina jest to związek kobiety i mężczyzny. Obojętnie, czy w związku cywilnym, czy sformalizowanym w Kościele, czy innej wspólnocie. Dla mnie dziecko ma prawo do tego, by - zacytuję papieża Franciszka w rozmowie z rabinem Skórką - "widzieć wzrok ojca" - mówi ekspert.

Podkreśla jednocześnie, ze "związek partnerski nie opiera się na żadnej formalnej zasadzie".

- W polskim porządku prawnym nie ma czegoś takiego jak związki partnerskie, nie ma sformalizowanego konkubinatu. Szanuję bardzo relacje między kobietami i mężczyznami żyjącymi w tych związkach, ale dziecko ma prawo do rodziny. Ta ustawa po prostu tego nie gwarantuje - zaznacza.

W komentarzu dla Interii powołuje się na opinię ministra Kosiniaka-Kamysza, który jako lekarz powiedział, że in vitro - a jest ono faktem społecznym - powinno być dopuszczane przede wszystkim w sformalizowanych rodzinach.

Ekspert przypomina również dyskutowany wcześniej problem adopcji prenatalnej. - Mamy ileś tysięcy zarodków poddanych kriokonserwacji i te zarodki - jak powiedział prof. Jerome Lejeune, który badał genetyczne przyczyny występowania zespołu Downa, są w takiej próżni hibernacyjnej. Nie wiemy, jak dalej funkcjonują. Dla mnie to, że dziecko nie będzie znało ojca, jest dramatem. Psycholodzy angielscy w badaniach, które prowadzą od jakiegoś czasu, mówią wprost: rośnie nam pokolenie ludzi bez tożsamości genetyczno-biologicznej - podkreśla.

- Dziecko adoptowane prenatalnie ma szansę się urodzić - i to jest super. Ale ono ma także prawo poznać swoją tożsamość. Ustawa tego nie gwarantuje - komentuje dr Kmieciak.

- W Anglii wprowadzono zmiany w prawie, które powodują, że dawca nasienia nie jest anonimowy. MTV wyemitowało film o 16-latce "Dziecko ze spermy". To jest historia dziewczyny, córki dwóch lesbijek, które żyją w związku sformalizowanym. Dziewczyna szuka swojego ojca, zna jego numer, ale okazuje się, że ma piętnaścioro rodzeństwa. I to jest problem. Rodzina jest strukturą, która ma nie tylko charakter biologiczny, ale także kulturowy. Obecnie pozbawia się rodzinę definicji - zauważa.

- Nie dyskryminując kobiet czy mężczyzn, żyjących razem: rodzina musi mieć definicję. Z perspektywy kulturowej rodzina to jest związek kobiety i mężczyzny, którzy decydują się na formalny aspekt i pewne zobowiązania. Obojętnie, czy jest to związek świecki czy religijny, ale to jest pojawienie się praw i obowiązków. Partnerzy nie mają żadnych praw i obowiązków - podsumowuje bioetyk.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje