Reklama

Reklama

​Czy SLD był w ogóle partią lewicową?

Leszek Miller i jego polityczni przyjaciele ubolewają, że w Sejmie nowej kadencji zabraknie lewicy. Lewicy, czyli, w domyśle, ich. Jednak praktyka rządów SLD w latach 1993-1997 i 2001-2005 wskazuje, że mówienie o lewicy w przypadku tej partii jest pewnym "semantycznym nadużyciem".

SLD lewicowe postulaty najchętniej podnosi w trakcie kampanii wyborczych. Leszek Miller i inni czołowi politycy Sojuszu przedstawiają siebie jako obrońców ludzi pracy, przyjaciół związków zawodowych, rzeczników najbiedniejszych.

Gdy jednak przyszło do rządzenia, SLD chętniej uśmiechał się do wielkiego biznesu niż do pokrzywdzonych przez transformację.

To właśnie Sojusz obniżył podatki dla przedsiębiorców, wprowadzając liniowy CIT, umożliwił także prezesom odprowadzanie 19-procentowego podatku na "samozatrudnieniu"; wprowadził eksmisję na bruk, ograniczył ulgi komunikacyjne, zlikwidował fundusz alimentacyjny, obciął dotację dla barów mlecznych.

Reklama

"CIT dał pracę około 4 milionom ludzi. Żadna inna ustawa nie miała takiego wpływu na rynek pracy" - broni się Zjednoczona Lewica na Twitterze.

SLD-owski minister finansów i późniejszy premier Marek Belka już od 2002 roku wprowadził podatek od zysków z oszczędności zgromadzonych m.in. w bankach. Tak się jednak złożyło, że podatek nie dotknął najbogatszych, a zwykłych obywateli trzymających pieniądze na lokatach. "Podatek Belki" omijał bowiem oszczędności ulokowane w instytucjach zarządzających aktywami na zlecenie tzw. asset management.

Płaca minimalne - dziś kluczowy postulat SLD i jeden z najważniejszych instrumentów wyciągania ludzi z biedy - na koniec drugiej kadencji SLD (2001-2005) wynosiła 647 złotych netto i nie wzrastała proporcjonalnie do wzrostu PKB.

"SLD prowadziło politykę liberalną"

- W latach 1993-1997 skala liberalizmu w polityce gospodarczej SLD i przyjaźni dla rynku była pewnym zaskoczeniem. Nie spodziewano się, że ten element liberalny, prorynkowy może być na tyle silny w rządach SLD. Była to pewna ewolucja - na początku, kiedy premierem był Waldemar Pawlak, znacznie więcej buło fundamentalnej krytyki rynku i przemian, później, gdy w miarę kadencji SLD przejmowało pełnię władzy kolejnymi premierami, wyraźnie wzrastał ten komponent liberalny - mówi Interii ekonomista, prof. Witold Orłowski.

- Tutaj trzeba powiedzieć, że te elementy socjaldemokratyczne w czasie pierwszej kadencji były bardzo umiarkowane - dodaje.

W drugiej kadencji, jak zauważa prof. Orłowski, skala centralnej interwencji w rynek była większa niż np. za rządów AWS, jednak był to jeden z niewielu śladów lewicowości w trakcie rządów Leszka Millera, o którym Partia Razem mówi złośliwie "przyjaciel Business Centre Club" (Miller został przez BCC wyróżniony tytułem Lidera Polskiego Biznesu).

- Druga kadencja sprawowana była w okresie bardzo poważnego kryzysu gospodarczego i recesji, i trzeba przyznać, że SLD prowadziło w zasadzie politykę, którą można określić jako liberalną. To nie był oczywiście wojujący liberalizm, ale skala socjalistycznych działań była nieduża w trakcie tej kadencji - mówi prof. Orłowski.

Podkreślmy wyraźnie, że nie rozstrzygamy tutaj o efektach polityki gospodarczej SLD w skali makroekonomicznej (wzrost PKB itd.), nie oceniamy, czy była ona dobra dla Polski, czy nie. Na pewno jednak nie była to polityka kojarzona z socjaldemokracją, czego należałoby od partii socjaldemokratycznej oczekiwać.

Wielce symboliczny jest fakt, że były SLD-owski premier Włodzimierz Cimoszewicz chwalił ostatnio w TVN24 gospodarczy program (jako "ciekawy" i "nowoczesny") Ryszarda Petru, dogmatycznego liberała ze szkoły Leszka Balcerowicza.

"Warto było dać na mszę"

Lewicowość to jednak nie tylko określone spojrzenie na rolę państwa w gospodarce, ale również sfera światopoglądowa, kulturowa. Tutaj SLD rządziło bardzo zachowawczo, starając się o dobre stosunki z Kościołem, by ten nie utrudniał wejścia do Unii Europejskiej ("Warto było dać na mszę" - konstatuje po latach Leszek Miller).

SLD o sferze światopoglądowej przypomniał sobie, dopiero gdy oddał władzę: najpierw gdy rządy objął PiS i potrzebna była mocna przeciwwaga w dyskursie, a później gdy do Sejmu, na fali antyklerykalnych i liberalnych haseł, do Sejmu wszedł Ruch Palikota. Jednak w roli sojusznika środowisk LGBT i rzecznika praw kobiet, SLD wypadał mało przekonująco, a postulat depenalizacji zażywania narkotyków skwitowano mało dyplomatycznie, nazywając polityków Ruchu, ustami Millera, "naćpaną hołotą".

Wreszcie to SLD ramię w ramię z prawicą wysłał polskich żołnierzy do Iraku, a na informacje o torturowaniu podejrzanych o terroryzm na terenie Polski (miała to czynić CIA), Miller zareagował z minimalną wrażliwością na respektowanie prawa człowieka: "Rozumiem, że są tacy, którzy stoją po stronie terrorystów".

Tak się jednak szczęśliwie składa, że Sojusz LEWICY Demokratycznej ma teraz cztery lata, by doczytać, czym właściwie jest ta cała lewica.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy