Reklama

Reklama

Chwedoruk: Prof. Zembala i Adam Korol mają coś wspólnego z Kukizem

Powołując nowych ministrów premier Ewa Kopacz reaguje na rezultaty wyborów prezydenckich i nie chodzi tylko o arytmetykę, czyli sam fakt, że Bronisław Komorowski przegrał, ale też o ujawnienie się bardzo silnej tendencji antypartyjnej unaocznionej wynikiem osiągniętym przez trzeciego polityka w pierwszej turze – ocenia w rozmowie z Interią dr hab. Rafał Chwedoruk politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. - Spośród trzech nowych członków rządu o dwóch możemy powiedzieć, że są to osoby spoza głównego nurtu polityki, które w wymiarze wizerunkowym mają coś wspólnego z Pawłem Kukizem. Też są postaciami kultury popularnej – dodaje.

Drużynę Ewy Kopacz wzmocnili we wtorek oficjalnie kardiochirurg i transplantolog prof. Marian Zembala; były prezydent Nowego Sącza, poseł PO Andrzej Czerwiński oraz były wioślarz, mistrz świata i mistrz olimpijski, Adam Korol. Zastąpią oni zdymisjonowanych ministrów zdrowia, skarbu państwa i sportu.

W ocenie doktora  Rafała Chwedoruka, w świetle trwającej kampanii, wywołany nową odsłoną afery taśmowej chwyt z wymianą twarzą jest działaniem spóźnionym.  - Obywatele  byli bombardowani  już wcześniej - najpierw za sprawą wyborów samorządowych, a potem prezydenckich  - doniesieniami na temat bieżącej polityki - wyjaśnia. - Bez natłoku kampanijnego tego typu informacje byłyby sensacją, dziś siła ich oddziaływania jest niewielka i traci na znaczeniu - dodaje.

Reklama

Motor zmian

W szerszym wymiarze bodźcem do ministerialnych zmian stały się wyniki wyborów prezydenckich i doskonały rezultat osiągnięty przez Pawła Kukiza.  - Spośród trzech nowych ministrów o dwóch możemy powiedzieć, że są to osoby spoza głównego nurtu, które w wymiarze wizerunkowym mają coś wspólnego z Pawłem Kukizem. Na poły też są postaciami kultury popularnej - akcentuje ekspert.

- Profesor Zembala, chcąc nie chcąc, poprzez to, że Zbigniew Religia stał się po śmierci za sprawą filmu postacią kultury masowej, może być właśnie w tych kategoriach traktowany przez część opinii publicznej - dodaje. Reguła znajduje potwierdzenie także w przypadku Adama Korola. - Jako przedstawiciel niszowej, ale jednak dyscypliny sportu, w której można zdobywać medale na międzynarodowych zawodach, może być tak odbierany w sposób oczywisty - wskazuje Chwedoruk.

Za Andrzejem Czerwińskim przemawia z kolei doświadczenie, które osiągnął jako prezydent Nowego Sącza. - Miasta, które -  może już pod innymi rządami -  ale nie radzi sobie najgorzej - dodaje.

Politolog zwraca uwagę, że decyzja o wymianie ministrów ma przede wszystkim wewnątrzpartyjne znaczenie. - Pani premier po raz kolejny próbuje pokazać, że to jednak ona dzierży długopis, którym podpisywane są strategiczne decyzje wewnątrz Platformy Obywatelskiej i jest gwarantem utrzymania partii - przywódcą i arbitrem, o czym mogłaby świadczyć nominacja Marka Biernackiego - wyjaśnia. 

"Polityczny strażak"

W ocenie eksperta, powołanie Biernackiego na stanowisko koordynatora służb specjalnych absolutnie przekreśla szanse na to, że w kwestiach natury światopoglądowej Platforma zamierza być bardziej liberalna czy lewicująca. Wiele przemawia jednak za tym, że jest to wybór jak najbardziej trafny. - Z całym szacunkiem dla trzech wymienionych wyżej ministrów, Marek Biernacki jest o wiele bardziej znaczącą postacią w polskiej polityce - argumentuje.  Politolog wskazuje na długą karierę polityka, pełnienie bardzo poważnych funkcji, fakt, że pochodzi z strategicznego z punktu widzenia polityki, a szczególnie środowisk liberalnych, Gdańska oraz to, że jest wyraźnie przypisywany do bardziej konserwatywnej części Platformy.  

W obliczu chaosu, jaki wdarł się w państwo polskie, Marek Biernacki może być kimś na kształt politycznego strażaka, który ma zniwelować zagrożenie.  - Jest w mniejszym czy większym stopniu akceptowalnym nawet dla części opozycji  i może stanowić antytezę chaosu, który objął między innymi służby specjalne. - Przy wszystkich innych kontekstach podsłuchów fakt, że 40 milionowe państwo, nie potrafi sobie z nimi poradzić wskazuje, że jest to sytuacja alarmowa i w tym sensie Marek Biernacki jest kimś, kto ma owo duże zagrożenie zniwelować - tłumaczy ekspert. 

Z wszystkich nominacji dla Polaków najważniejsza jest jednak służba zdrowia, a z nią obóz władzy ewidentnie sobie nie radzi. - Polacy deklarują służbę zdrowia  jako priorytetowy temat, jeśli chodzi o życie publiczne, a Platforma nie kojarzy się  z żadną jej wyrazistą wizją - wskazuje Chwedoruk.

Wynika to z odmiennych oczekiwań różnych segmentów jej zaplecza.  - Zwykli wyborcy w Polsce są raczej egalitarni w podejściu do służby zdrowia i oczekują stabilizacji oraz elementarnej funkcjonalności. Natomiast liczne kręgi biznesowe, czy najzamożniejsi mieszkańcy, chętnie przyjęliby kroki jeszcze bardziej komercjalizujące niż do tej pory, stąd od czasu do czasu debaty o ubezpieczaniach sankcjonujących nierówność dostępu do świadczeń medycznych - wylicza ekspert. 

Narażony na krytykę i przejmowany po niezbyt popularnym ministrze, jakim był Bartosz Arłukowicz, resort może okazać się twardym orzechem do zgryzienia. - W obecnej sytuacji profesor Zembala, który przejmuje ministerstwo, tak naprawdę może spowodować tylko to, żeby nie było żadnych afer czy wpadek  i tylko pragmatycznie nim administrować - argumentuje politolog. - Byłoby niepoważne, żeby w ciągu trzech miesięcy w sposób rewolucyjny zmienić zasady funkcjonowania służby zdrowia, w sytuacji kiedy za chwilę będzie nowy Sejm, a jeszcze szybciej nowy prezydent - dodaje.

Kokieteria

Ekspert pytany o rekomendację Małgorzaty Kidawy Błońskiej na stanowisko marszałka Sejmu i jej "wielkie zaskoczenie" tym faktem, wskazuje, że jej wypowiedź należy interpretować jako formę kokietowania opinii publicznej i podkreślenie własnej skromności. - Bo gdyby literalnie, tak dosłownie odczytać słowa pani rzecznik i być może przyszłej pani marszałek, to nie świadczyłoby to najlepiej o funkcjonowaniu rządu, skoro tak poważni politycy, pełniący odpowiedzialne funkcje, dowiadują się o wszystkim tak nagle - argumentuje.  - Mimo wszystko wyobrażamy sobie, że po pierwsze procedury są dużo bardziej sformalizowane, a w polskich partiach nadal obowiązuje element demokratyzmu i kierownictwo może mieć w tej sprawie coś do powiedzenia. Zaś sama decyzja jest poprzedzona fazą istotnych konsultacji. Zrzućmy to zatem na karb manifestacji skromności i pewnej kokieterii, bo jeśli nie, to rzeczywiście chór wołających o powrót Tuska powinien się powiększyć - dodaje. 

Chwedoruk dopytywany o Radosława Sikorskiego, który mimo uwikłania w aferę podsłuchową, ma ubiegać się o "jedynkę" w Bydgoszczy i nie rezygnuje z funkcji wiceprzewodniczącego Platformy, dowodzi, że największą słabością partii rządzącej -  za którą zdążyła już zapłacić przed końcem kadencji -  jest brak finału większości afer.  - Nigdy nie uzyskaliśmy zero jedynkowego komunikatu: tak, była afera, są tacy czy inni winni i takie czy inne decyzje polityczne. Albo: nie, nie było żadnej afery i w sposób jednoznaczny wskazano, że to jest nieporozumienie, insynuacja czy cokolwiek innego - wyjaśnia. 

Efekt domina

Chwyty stosowane przez Donalda Tuska szybko się zużyły, a powielane wzorce zemściły. - Ewa Kopacz po prostu liczyła na to, że podobnie jak Donald Tusk, będzie mogła kilkoma marketingowymi zagraniami na chwilę spacyfikować zainteresowanie tematem, a potem zbombardować opinię publiczną innymi zagadnieniami. Ale to w jakimś stopniu się zemściło, bo premier nie ma takiej siły oddziaływania jak jej poprzednik - wskazuje politolog.

Szybko pojawił się też efekt domina, a wydarzenia zaczęły postępować lawinowo. - W którymś momencie kuriozalne aspekty afery podsłuchowej urosły do rangi symbolu i weszły do języka potocznego,  jak choćby diagnoza państwa w wykonaniu Bartłomieja Sienkiewicza. To wszystko było jednak nową jakością. Wielu obywateli mogło uznać, że dawne diagnozy PiS-u i innych partii opozycyjnych, dotyczące PO znajdują potwierdzenie. W dodatku w sposób tak jednoznaczny, że już nie można od tego wszystkiego uciec - tłumaczy politolog. 

Ewa Kopacz nie miała na tyle siły, ani nie ma na tyle czasu, żeby powtórzyć ruchy Donalda Tuska z czasów afery hazardowej.  - Zauważmy, że afera podsłuchowa trwa już rok i tak naprawę dopiero po tych  kilkunastu miesiącach próbuje się odsunąć Radosława Sikorskiego, który znalazł się w epicentrum wydarzeń. Donald Tusk potrafił jednym posunięciem odsunąć bardzo znaczące i liczące się postacie Platformy, a Ewa Kopacz w ten sposób paradoksalnie tylko pokazała, że jej przywództwo w partii jest słabo potwierdzone i w tej chwili wynika bardziej z klęski Bronisława Komorowskiego, która jest także porażką stronników prezydenta wewnątrz Platformy, a zatem oponentów Ewy Kopacz niż z wiary samej Platformy, żeby to właśnie ona miała konsolidować i doprowadzić do wyniku wyborczego, dającego wpływ na sprawowanie władzy w nowym Sejmie - analizuje ekspert.  

Przekleństwo

Donald Tusk podarował Ewie Kopacz stanowisko, ale jednocześnie wraz z nim wpakował ją na minę w postaci afery taśmowej, której nie wyjaśnił i nie tylko.   - Przede wszystkim Donald Tusk przekazał Ewie Kopacz pewien model funkcjonowania partii, który właśnie się wyczerpywał. Być może gdyby nadal stał na jej czele, PO reagowałaby trochę bardziej elastycznie i trochę szybciej. Być może sam w większym stopniu i w swoim stylu zdołałby spolaryzować opinię  publiczną. Gdzie być może znajdowałby się w mniejszości, ale byłaby to mniejszość liczna - wybija ekspert. 

W ocenie politologa, największym przekleństwem Platformy jest to, że zaczęła funkcjonować jak ugrupowanie władzy, odeszła od wzorców partii  liberalnej, reformatorskiej i popieranej przez młodych obywateli, jak miało to miejsce do 2011 roku i przestała docierać do obywateli.  -  Problem polega na tym, że przeobraziła się społeczna świadomość, na co nałożyło się kilka czynników, w tym zmiana demograficzna, ujawnienie się w pewnej perspektywie skutków problemów gospodarczych czy  światowego kryzysu, bo to też do nas pośrednio dociera - wylicza politolog.

Model partii wypracowany przez Donalda Tuska, który chciała kontynuować Ewa Kopacz, dobiegł kresu. - Tak funkcjonująca partia,  bardzo szeroka i mająca różnorodne zaplecze społeczne, nie potrafiła się zmienić. Bo łatwiej modyfikować podmiot, który jest mniejszy. Natomiast w przypadku partii władzy, zmiana jest bardzo trudna. Być może przede wszystkim dlatego, że wielu działaczy, ale także część zaplecza wyborczego nie chce nic zmienić. Paradoksalnie chyba lepiej zdiagnozowali sytuację wewnętrzni oponenci Kopacz i Tuska ze Schetyną na czele. Tyle tylko, że nie potrafili wygrać walki o władzę wewnątrz partii - dodaje. 

Najgorszy scenariusz

Mimo że Platforma znalazła się na politycznym zakręcie na chowanie jej do trumny jest jeszcze za wcześnie, ale zmiany są konieczne. - Pamiętajmy, że jest to partia, która rządzi niemal wszędzie i niemal wszystkim w Polsce. W dalszym ciągu ma też potężne zasoby polityczne. Nie ulega jednak wątpliwości, że w takim kształcie jak dotąd, trwać nie może - argumentuje Chwedoruk.

- Nie powinniśmy jej chować do grobu z tej prostej przyczyny, że konflikt na linii PO-PiS ujawnia tak naprawdę wiele osi sporów zakorzenionych w polskim społeczeństwie. Można oczywiście wyobrazić sobie kres PO i zajęcie jej miejsca przez nowe ugrupowanie, np. w postaci ruchu Pawła Kukiza czy Ryszarda Petru, ale taka formacja musiałaby także stać się formacją o charakterze centrowo-liberalnym - dodaje.

Zdaniem Chwedoruka, najbliższe 3-4 tygodnie i kilka sondaży rozstrzygną o tym, czy Platforma będzie trwała dalej.  - Jeśli uda się jej ustabilizować sytuację i nie będzie nowych taśm, to dotrwa do wyborów i z pewnie dużo mniejszym poparciem,  będzie jedną z dwóch czy trzech największych partii - wskazuje.

Najgorszy scenariusz wciąż jest jednak możliwy. - Jeśli pojawiłyby się jakieś nowe przecieki, nowe sensacje urastające do rangi symbolu i doszłoby do jeszcze jednego tąpnięcia sondażowego, to rzeczywiście przerabialibyśmy scenariusz podobny do upadku Akcji Wyborczej Solidarności i Unii Wolności, kiedy to część działaczy tych ugrupowań zaczęła się orientować na nowe podmioty. Myślę zresztą, że nowe inicjatywy  - począwszy od Petru przez Kukiza  - właśnie na to są obliczone - podsumowuje. 

 

 


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje