Reklama

Reklama

Brytyjskie i amerykańskie media przyglądają się Wałęsie

Sprawa dokumentów znalezionych w domu Kiszczaka przewija się w amerykańskich i brytyjskich mediach jedynie w kontekście materiałów związanych z Lechem Wałęsą. To mniej lub bardziej udane próby przybliżenia czytelnikom, którzy nie znają historii Polski, sprawy byłego prezydenta i doniesień na temat współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Monika Ścisłowska z Asscociated Press jako jedyna zwraca uwagę na kwestię niszczenia akt SB w 1989 roku.

Amerykański "The New York Times" w artykule "Lech Walesa Faces New Accusations of Communist Collaboration" autorstwa Joanny Berendt (więcej tutaj) stara się trzymać dystans do doniesień na temat nowych dokumentów znalezionych w domu Kiszczaka.

"Kamiński (Łukasz Kamiński, prezes IPN - red.) powiedział, że ekspert, który badał materiały 'jest przeświadczony o ich autentyczności'. Ale nie powiedział, czy wierzy w to, że informacje zawarte w nich są prawdziwe. Można przypuszczać, że stopień zaangażowania pana Wałęsy - jeśli w ogóle tak było - może być wyolbrzymiony w celu zastraszenia, nękania lub szantażowania".

Reklama

"NYT" informuje, że pierwsze doniesienia na temat rzekomej współpracy Lecha Wałęsy z SB pojawiły się w 1992 roku, kiedy została ujawniona tzw. "lista Macierewicza".

Ówczesny minister spraw wewnętrznych przekazał dwie listy. Na jednej znajdowały się 64 nazwiska wysoko postawionych osób związanych z rządem, Sejmem i Senatem, na drugiej - 2 nazwiska osób o "szczególnym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa". To właśnie na tej liście - obok Wiesława Chrzanowskiego - pojawił się Lech Wałęsa.

W wywiadzie dla BBC, który został przeprowadzony w 2008 r. w związku z wydaniem przez IPN monografii "SB a Lech Wałęsa: przyczynek do biografii" - Lech Wałęsa podkreślał: "Nic takiego się nie wydarzyło. Nie mam wpływu na to, co tajne służby robiły i pisały. Nie znajdziecie mojego podpisu na żadnych dokumentach, które poświadczałyby zgodę na współpracę (z SB - red.)".

Mówił wówczas Adamowi Eastonowi, że "to są insynuacje, część kampanii SB wymierzonej w niego".

Były prezydent zaznaczał, że sąd lustracyjny oczyścił go z zarzutu współpracy w 2000 r. W jego ocenie komunistyczne władze sfałszowały dokumenty po tym, jak został liderem Solidarności w 1980 roku, żeby go "zdyskredytować w oczach świata".

"Stworzono wówczas bajeczkę, że ten Lech Wałęsa był odważnym wojownikiem, ale w latach młodości miał chwilę słabości i współpracował z tajnymi służbami. Musieli coś wymyślić, więc sięgnęli do historii antycznej, żeby było trudno cokolwiek udowodnić" - tłumaczył osiem lat temu dziennikarzowi BBC Wałęsa.

Najnowszy materiał na temat dokumentów, do których dotarł IPN, został zatytułowany "Lech Walesa was paid Communist informant" (więcej tutaj). Ten tytuł nie pozostawia pola do dyskusji, choć autor, który się pod tekstem nie podpisał, już w kolejnych zdaniach stwierdza, powołując się na informacje ujawnione przez IPN, że nowe materiały jedynie "sugerują", że były prezydent był informatorem.

Reuters podejmuje wysiłek wytłumaczenia odbiorcom spoza Polski pobocznego wątku.  Autorka materiału, Agnieszka Barteczko, zaznacza, że IPN jest "blisko" rządzącej partii PiS, a "zarzuty wobec Wałęsy pojawiły się dwa miesiące po tym, jak oskarżył on konserwatywną nacjonalistyczną partię o podejmowanie działań uderzających w demokrację, gdy wygrała ona wybory w październiku".

Barteczko przypomina, że lider PiS Jarosław Kaczyński jest byłym działaczem Solidarności, ale z Wałęsą nie żyje w zgodzie. "Ten konflikt rozpoczął się w 1990 roku, kiedy Wałęsa, tuż po wygranych wyborach, usunął braci Kaczyńskich ze swojego biura. Od tamtego czasu Jarosław Kaczyński utrzymuje, że Wałęsa współpracował z SB" - pisze Reuters (więcej tutaj).

Do trwającego wiele lat konfliktu Wałęsy z Kaczyńskimi wraca również brytyjski "Guardian" (więcej tutaj). Poświęca tej sprawie kilka zdań.

Gazeta przytacza również wypowiedź Jarosława Wałęsy, syna byłego prezydenta: "Dokumenty te nie mają żadnej wartości. Wszyscy wiemy, że tego typu materiały, zwłaszcza o moim ojcu, zostały zmanipulowane".

"Nacjonalistyczny rząd Prawa i Sprawiedliwości, który doszedł w Polsce do władzy w listopadzie, obiecał oczyścić elity polityczne ze współpracowników komunistycznych. Wicepremier Mateusz Morawiecki powiedział, ze takie 'oczyszczenie', jakie zostało przeprowadzone w Niemczech po upadku NRD, jest konieczne" - podaje "Guardian".

Po ujawnieniu przez IPN informacji na temat dokumentów potwierdzających współpracę byłego prezydenta z SB, głos zabrał Lech Wałęsa. "Nie ma żadnych dokumentów pochodzących ode mnie" - przytacza stanowisko Wałęsy "Time", powołując się na artykuł Moniki Ścisłowskiej dla AP (więcej tutaj).

"Po II wojnie światowej Polska oraz inne kraje Europy Wschodniej znalazły się pod silną kontrolą Moskwy. (...) Tajne służby stały się najostrzejszym narzędziem reżimu komunistycznego, służącym do trzymania ludzi pod kontrolą poprzez wykorzystywanie informacji z życia prywatnego do szantażowania i dyskredytowania przeciwników" - tłumaczy Ścisłowska.

Zaznacza również, że część informacji była fabrykowana. Fakt ten zobowiązuje do skrupulatnego potwierdzania autentyczności tych dokumentów. Losy tych dokumentów wraz ze sprawozdaniami świadczącymi o tym, że w tamtym czasie agenci SB fabrykowali nowe dowody, a stare palili lub ukrywali, stały się poważnym problemem po 1989 roku, gdy komuniści stracili władzę.

Odkryte w 2008 roku w łódzkim oddziale IPN-u akta świadczą o tym - jak uważa historyk Radosław Peterman - że polecenie niszczenia akt SB w całym kraju wydało kierownictwo resortu bezpieczeństwa, w tym generał Kiszczak.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy