Reklama

Brexit jak skok w ciemną przepaść? Ekspert wyjaśnia

David Cameron kilka minut po podpisaniu porozumienia z UE przekonywał, że opuszczenie przez Wielką Brytanię Europy będzie jak "skok w ciemną przepaść". Sondaże wskazują jednak, że obydwa wyniki w zapowiedzianym na 23 czerwca referendum są możliwe. O przypuszczalnych scenariuszach, Brexicie i jego ewentualnych konsekwencjach mówi w rozmowie z Interią dr Karolina Borońska-Hryniewiecka z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM).

Justyna Mastalerz, Interia.pl: Referendum odbędzie się już w czerwcu. To dużo, czy mało czasu na kampanię zapowiedzianą przez Davida Camerona?

Dr Karolina Borońska-Hryniewiecka, PISM: - To wystarczająco dużo czasu, aby przekazać społeczeństwu jasny i przekonujący przekaz, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE będzie dla Brytyjczyków niekorzystne z wielu względów. Ekonomicznie Wielka Brytania straci na wzroście kosztów wymiany handlowej, na pojawieniu się barier regulacyjnych, na odpływie siły roboczej, na wyjściu z międzynarodowych porozumień handlowych. Politycznie będzie trudniej rozwiązywać ważne problemy, m.in. zwalczanie terroryzmu czy koordynację policyjną. Wielkiej Brytanii grozi też wewnętrzny rozpad, ponieważ Szkocja już zapowiada referendum niepodległościowe w przypadku Brexitu.

Reklama

Jakimi argumentami David Cameron może przekonywać Brytyjczyków do pozostania w UE?

- Cameron rozpoczął swoje "lobbowanie" za pozostaniem w Unii Europejskiej już kilka minut po podpisaniu porozumienia. Przekonywał, że wyjście będzie jak skok w ciemną przepaść, ponieważ nie ma "planu B" - gotowych relacji pomiędzy Wielką Brytanią a Unią. Niepewność tego, co może się stać, już okazała się negatywna dla biznesu. Efektem jest spadek wartości funta.  

Sondaże wskazują, że obydwa wyniki referendum są możliwe. Jaką Pani zdaniem decyzję podejmą Brytyjczycy?

- Nadal pozostaję optymistką. Uważam, że choćby małym procentem, ale jednak Brytyjczycy opowiedzą się za pozostaniem w UE.

Jakie znaczenie ma obecność Wielkiej Brytanii w UE?

- Obecność Wielkiej Brytanii w UE ma znaczenie gospodarcze i finansowe. Wyspy są kreatorem wielu rozwiązań wspólnego rynku, przede wszystkim konkurencyjnej i innowacyjnej gospodarki, która aktywnie wpływa na agendę liberalizacji w UE.

Czym zatem grozi Brexit?

- Należy pamiętać, że Wielka Brytania to drugi największy płatnik netto budżetu unijnego. Jej wyjście z UE spowoduje spadek wpływów i potrzebę albo obniżenia budżetu (np. obcięcia funduszy strukturalnych), albo konieczność zwiększenia wpłat innych krajów, np. Polski. Wielka Brytania jest też utożsamiana z tzw. soft power, czyli siłą dyplomacji oraz międzynarodowego wpływu na kształtowanie polityki zagranicznej UE, chociażby wobec Rosji.

A co ewentualny Brexit może oznaczać dla Polaków mieszkających na Wyspach?

- To zależy od tego, w jaki sposób Wielka Brytania ułoży sobie relacje z UE i ze wspólnym rynkiem - czy będzie chciała pozostać w obszarze swobodnego przepływu osób, czy nie. Jeśli nie, obywatele innych krajów Unii stracą prawa, które dotychczas im przysługiwały na mocy traktatów, m.in. do podejmowania pracy czy do zasiłków.

Straciłaby na tym również sama Wielka Brytania...

- Wielka Brytania zdaje sobie sprawę, że powinna utrzymać tańszą siłę roboczą na Wyspach, bo to decyduje o jej konkurencyjności. Pamiętajmy, że taki sam los, jak Polaków na Wyspach czeka Brytyjczyków w innych krajach UE. 

Jakie konsekwencje dla kampanii mogą mieć ostatnie słowa mera Borisa Johnsona, który opowiedział się za wyjściem z UE?

- Boris Johnson jest bardzo popularnym politykiem, dlatego Cameronowi zależało na jego poparciu w kampanii na rzecz pozostania w UE. To z pewnością cios, aczkolwiek Boris Johnson w gruncie rzeczy nie podaje żadnych konkretnych przykładów korzyści, jakie Wielka Brytania uzyska po wyjściu z UE. Posługuje się tylko ogólnymi sloganami o "suwerenności", a przy tym źle rozumie to pojęcie, gdyż w zglobalizowanym świecie ono praktycznie nie istnieje.

Jego deklaracja może wpłynąć na nastroje Brytyjczyków?

- Boris Johnson używa chwytów retorycznych, które są nieprawdziwe. Mówi np. o "prawnej kolonizacji", której dokonuje UE. To bzdura. Unia posiada i wykonuje tylko tyle kompetencji, ile powierzyły jej dobrowolnie państwa członkowskie. Boris Johnson prawdopodobnie nie pamięta o tzw. "przeglądzie kompetencji", którego dokonał obecny rząd Davida Camerona w latach 2013-2014, i który wykazał, że nie ma obszaru, w którym Wielka Brytania skorzystałaby na "transferze" kompetencji z powrotem z Brukseli do Londynu. Oznacza to, że obecny podział kompetencji jest korzystny dla Wielkiej Brytanii. Należy dodać, że badali to eksperci brytyjscy, a nie unijni. Wyniki są dostępne online, ale rząd brytyjski zamiótł tę sprawę medialnie pod dywan.

Co jeśli David Cameron "przegra" referendum? Poda się do dymisji?

- Takiego scenariusza można się spodziewać. Jego miejsce zajmie jakiś bardzo uradowany eurosceptyczny torys, być może Boris Johnson, ale nie zazdroszczę mu zadania, tzn. negocjowania z UE warunków wyjścia i układania ponownych relacji. Unia Europejska nie będzie już przychylna.

Jak ocenia Pani wynik negocjacyjny Wielkiej Brytanii z UE?

- Osiągnięte w ubiegły weekend porozumienie między Brukselą a Londynem w sprawie postulowanych przez Wielką Brytanię reform Unii Europejskiej otwiera na Wyspach kampanię przed zapowiedzianym na 23 czerwca referendum w sprawie brytyjskiego członkostwa we Wspólnocie. Pomimo słabości, którymi obarczony jest każdy kompromis, brytyjsko-unijne porozumienie powinno być postrzegane jako polityczny sukces.

Zyskała Wielka Brytania czy obie strony?

- To sukces wszystkich stron. Po pierwsze, porozumienie zawiera jasną i wiarygodną deklarację zasad zarządzania UE. Pozwalają one na zachowanie spójności politycznej przy znacznym wewnętrznym zróżnicowaniu. Po drugie, porozumienie to ustanawia konkretne mechanizmy prawne, które mają zagwarantować realizację tych zasad. Po trzecie, umiejętnie godzi często kontrowersyjne postulaty brytyjskie z trudną rzeczywistością polityczną, unikając reformy traktatów. Wreszcie, porozumienie jest tak skonstruowane, że z odrobiną politycznego marketingu każda ze stron może ogłosić we własnym kraju swoje "małe zwycięstwo".

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy