Reklama

Reklama

Bezprawie pochłonęło całe miasto. Dziesiątki ofiar zamieszek

Powieść Ryana Gattisa to elektryzujący zapis bezprawia, jakie zapanowało w Los Angeles w 1992 roku. Bezprawia, które pochłonęło życie sześćdziesięciu osób i kosztowało kraj ponad miliard dolarów.

Kiedy grupa policjantów oskarżona o pobicie niewinnego czarnoskórego zostaje uniewinniona, wściekli mieszkańcy wychodzą na ulice. Miasto popada w chaos, a jedyne prawo, które będzie obowiązywało przez kolejne 6 dni w Los Angeles, będzie prawem silniejszego. 

Reklama

Wykorzystują to członkowie gangu chicano, aby załatwić swoje porachunki. W szaleństwie opanowującym L.A. poznajemy kolejnych bohaterów - poprzez ich losy autor opowiada historię "powstania Rodneya Kinga".

"Miasto gniewu" to ambitna i fascynująca powieść z pogranicza literatury faktu, reportażu i wciągającej fabuły. Napisana świetnym językiem, wykorzystująca moc anegdoty i bohatera zbiorowego powieść zostawi po sobie trwały ślad w sercu czytelnika.

FRAGMENT KSIĄŻKI:

Kij spada na mnie raz za razem. Obrywam w szyję i wtedy cały drętwieję.

Drugi głos mówi:

-  Weź zawiąż to gówno, jak on leży. Nie mogę oddychać.

Inny głos, może ten pierwszy,  dodaje:

-  Ta, zrób to, jak jesteś taki chojrak,  Joker.

A więc jeden z nich to Joker. Muszę zapamiętać. To chyba ważna informacja. Joker. To słowo zapada mi w umysł, obrabiam je na wszystkie strony. Nie znam żadnych Jokerów oprócz tych z komiksów, i w ogóle to nie ma sensu, że dopadli mnie,  a nie mojego brata, skoro znowu narobił  syfu.

-  Proszę - stękam, odzyskując oddech, jakby błaganie kiedykolwiek poskutkowało z takimi bandytami.

Akurat. Są zajęci, ciągną mnie za stopy, ale jestem tak odrętwiały, że nic nie czuję. Pod spodem tylko napięcie mięśni  w nogach.

-  Gotowe - mówi jeden z nich.

Otwieram oczy, myśląc: ale co gotowe? Dokoła widzę znajomą okolicę. Przez chwilę wydaje mi się, że nic mi nie grozi, ale nagle słyszę, że tamci odchodzą, i widzę, że światła hamującego samochodu barwią garaże na czerwono.  Oblewa mnie fala ulgi. Chyba sobie poszli. Poszli! I wtedy dostrzegam chłopca, może dwunastolatka, który się chowa na Boardwalk. Twarz ma czerwoną od blasku świateł stopu i widzę, tak, gapi się na mnie. Wytrzeszcza oczy. Tak się we mnie wlepia, że patrzę po sobie za jego spojrzeniem aż do nóg i prawie rzygam, bo mam nogi w kostkach przywiązane grubym drutem do tylnego zderzaka.

Szarpię się jak najmocniej, ale drut nie puszcza, tylko mi  się wrzyna w ciało. Wierzgam nogami resztką sił, ale nic się nie dzieje. Nic się nie zmienia. Sięgam rękami, żeby jakoś ściągnąć to z siebie.

Wtedy warczy silnik i leżę rozciągnięty, i zaczynają mnie wlec, coraz szybciej, trę potylicą po asfalcie. Powietrze bucha na mnie i czuję, jakby każdy centymetr skóry na plecach palił się żywym ogniem. I nagle samochód hamuje ostro.

Z rozpędu lecę do przodu. Trzy metry? Sześć? Chyba się uniosłem nad ziemią, a potem coś twardego i zimnego wali  mnie w twarz. Tym razem kość policzkowa pęka. Czuję wyraźnie, jak trzaska od środka, aż odgłos rozbrzmiewa mi w uszach, kość się rozpada, krew tryska na język. Odwracam głowę, otwieram usta i kapituluję. Potem słyszę, jak krew bluzga na asfalt, nie przestaje płynąć, i wtedy wiem, że to już   koniec.

Wiem, że już po mnie.

Może wcześniej miałem jakąś szansę, ale teraz już nie. Słyszę głos wrzeszczący z samochodu, nie wiem już który.

- Złap ten drut, głąbie, skurwiel musi zdechnąć!

Drzwi się otwierają, zamykania nie słyszę. Słyszę za to nad- chodzące kroki, a potem majaczy nade mną jakaś sylwetka, sprawdza, czy jeszcze zipię.

Nie myślę. Tylko pluję z całej siły.

Chyba trafiłem w cel, bo słyszę szuranie nogami i sylwetka odchodzi.

-  Jezu. Napluł mi, kurwa, krwią do ust! Chcesz mi sprzedać hifa czy co?

W tej chwili z całego serca chciałbym mieć AIDS, żeby go zarazić! Próbuję szerzej otworzyć oczy. Otwiera się tylko prawe. Widzę, że ten ktoś wkłada sobie coś do ust i szczerzy się szyderczo, odsłaniając zęby. A potem wskakuje na mnie, tak szybko,  że w ogóle nie wiem, co się dzieje, i wali mnie mocno trzy razy w pierś. Z początku nie czuję noża, ale po odgłosach wiem, że   to nóż, po tym, jak mi oddech zatyka. Ten pusty dźwięk, plask, kiedy wchodzi do środka. Tak głęboko, jak tylko nóż może wejść.

-  Powiedz bratu, że idziemy po niego - szepcze do mnie jak moja matka, kiedy się wścieknie na kogoś w kościele. Cicha wściekłość.

Znowu wrzeszczy ten, co wydaje rozkazy:

-  Ludzie patrzą, głąbie!

Sylwetka nade mną znika. Samochód też. Odjeżdżają, obsypując mnie żwirem spod kół. Ciągle oddycham, ale jest mokro. Połowa mojej krwi. Tracę czucie w ciele. Próbuję się przekręcić na bok. Myślę, że jak się przekręcę na bok, to krew będzie płynąć w dół, nie będę się dławił. Ale nie mogę. Dostrzegam nad sobą inną sylwetkę. Mrugam energicznie oczami i widzę twarz. Kobieta odgarniająca włosy za uszy, pochylająca się nade mną. Mówi, że jest pielęgniarką i żebym się nie ruszał. Chce mi się śmiać, chętnie powiedziałbym, że w tym problem, nie mogę    się ruszać, więc niech się nie martwi, będę leżał grzecznie, bo nic innego nie mogę zrobić. Chciałbym ją poprosić, żeby powiedziała mojej siostrze, co się stało. Obok pojawia się inna sylwetka, mniejsza. To chyba ten chłopiec co wcześniej, prawie jak on, wszystko jest zamazane, więc trudno powiedzieć. Ale głos chłopaka słyszę wyraźnie:

-  Kretyn wykorkuje, co?

Przez moment wydaje mi się, że mówi o kimś innym. Nie o mnie. Kobieta odpowiada szeptem, nie słyszę, i nagle czuję na sobie czyjeś ręce. Właściwie nie ręce, tylko nacisk. Ból nie jest największym problemem. Problemem jest to, że nie mogę oddychać. Staram się i nie mogę. Pierś mi się w ogóle nie unosi. Jakby mi ktoś na niej zaparkował samochód. Próbuję im to powiedzieć. Gdyby mogli poprosić, żeby samochód się przesunął, to nie byłoby źle. Nie byłoby mi tak ciężko, oddychałbym i wszystko byłoby w porządku, zaczerpnąłbym  powietrza.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje