Reklama

Reklama

Bartoszewski: Mój krąg piekła

"Wszyscy więźniowie przebywali w jednym i tym samym Auschwitz, ale jednocześnie każdy więzień przebywał w swoim Auschwitz. Różne były kręgi piekła, różne były doświadczenia. (...) Dlatego należy być świadomym, że dzieje Auschwitz to suma indywidualnych losów, cierpień, pamięci" - pisze w swojej najnowszej książce "Mój Auschwitz" Władysław Bartoszewski.

Piotr Cywiński, Marek Zając: Była dziesiąta wieczorem, kiedy transport dotarł do Auschwitz. Został jednak zarejestrowany pod datą 22 września, bo obozowa kancelaria pracę zaczynała o świcie. Do historii przeszedł jako tak zwany drugi transport warszawski, pierwszy przybył w sierpniu.

Reklama

Władysław Bartoszewski: - Looos, rrraus, schnell - zaraz po otwarciu wagonu rozległy się wrzaski. Oślepiły mnie reflektory ustawionych przy rampie samochodów. Posypały się ciosy, uderzenia kolbą. Krzyki, wycie z bolu. Trzeba było skakać z wysokiego wagonu, na rampę. Metr nad ziemią. Ludzie przewracali się, kaleczyli ręce, łamali nogi. Psy szczekały, biegały, skakały do boków, gryzły.

Zu Fünfe! Tak krzyczeli SS-mani, którzy według niektórych relacji mieli pędzić więźniów do obozu właśnie piątkami.

- Bardzo nieregularnymi. W naturalnym odruchu skupiamy się blisko siebie, w tłoku szukamy wybawienia od ciosów. SS-mani wrzeszczą, żebyśmy biegli. Ludzie się potykają, wywracają, inni ich podnoszą, Niemcy ich tłuką. Jęki, krzyki. Niektórzy wciąż niosą ze sobą walizki, plecaki, torby. Ludzie są wyczerpani. Należałem do najmłodszych, ale obok gnano też ludzi około sześćdziesiątki.

- Ciemno, na dodatek marnie widzę, mam szkła minus kilka dioptrii. Daleko przede mną wyłania się zarys betonowego płotu i budynków. To tam biegniemy. Nagle słychać dziwne odgłosy - nam się wydawało, że to hałasy przemysłowe, jakby z pralni. Szu, szu, szu... Do dziś nie wiem, co to było.

- Te szumy i napis nad bramą "Arbeit macht frei" upewniły nas, że trafiliśmy do przyfabrycznego obozu pracy. Nie trzeba być filozofem, żeby wyciągnąć taki wniosek. Na tym koncentrowały się nasze pierwsze rozmowy w Auschwitz. Tymczasem w kilku oknach pojawili się obudzeni hałasem ludzie. Pytamy, gdzie jesteśmy: - W Auschwitz. - Co to Auschwitz? - No, Oświęcim. - A co tu jest? - Zobaczycie sami.

- Z tym mizernym zasobem informacji trafiliśmy na plac apelowy, zbici w tłum. Reflektory raziły w oczy. SS-mani ustawili nas alfabetycznie, sprawdzali według listy. Trzeba było się zameldować, wywołany musiał krzyknąć: Hier!

- Do naszego transportu, jeszcze w Warszawie, dołączono 566 więźniów z Pawiaka - grupę czysto polityczną, która w większości przeszła już przez brutalne śledztwa. Razem spędzili w więzieniu już kilka tygodni albo miesięcy. Niektórzy mieli za sobą śmierć bliskich. Na placu apelowym zachowywali się zdyscyplinowanie i milcząco, nie tak jak my, którzy trafiliśmy tu z łapanki. Nie pozwalali sobie na żadne pytania, na żaden hałas. Początkowo trzymali się oddzielnie, dopiero potem się z nami przemieszali.

- Na placu szaleli ludzie w pasiakach z czarnymi, czerwonymi, ale głównie zielonymi winklami - więźniowie funkcyjni, kapo. Bili nas kijami na oślep, mocno. Miałem poczucie, jakbym się znalazł w jakimś surrealistycznym cyrku.

W raporcie z 1945 roku rotmistrz Witold Pilecki (numer 4859) wspominał, że po sprawdzeniu list transportowych więźniów zapędzono do łaźni: "Tu ostrzyżono nam włosy na głowie i ciele, skropiono trochę prawie zimną wodą. Tu wybito mi pierwsze dwa zęby, za to, że numer ewidencyjny napisany na tabliczce niosłem w ręku, a nie w zębach, jak właśnie w tym dniu chciał tego łazienny (Bademeister). Dostałem w szczękę ciężkim drągiem. Wyplułem dwa zęby. Pociekła krew".

- A gdzież nagi więzień miał trzymać tabliczkę z numerem, ze swoim nowym imieniem i nazwiskiem? Ale bicie od samego początku, bez przyczyny było świadomie skalkulowaną metodą - złamać, zastraszyć. Przypominam też, że numerów wtedy jeszcze nie tatuowano więźniom na przedramieniu. Dostaliśmy tylko szmatkę z numerem, a następnego dnia igłę i nitkę, żeby przyszyć ją do pasiaka. Drugi transport warszawski otrzymał numery od 3821 do 4959 oraz od 4961 do 5526. Ja miałem numer 4427. Schutzhäftling 4427.

- Brak wytatuowanego numeru okazał się mieć potem wiele dobrych stron - po zwolnieniu z obozu, w razie rewizji, łapanki czy aresztowania nie byłem dodatkowo napiętnowany. Niemcom umykała ważna wskazówka, znak szczególny.

- W łaźni moja grupa trafiła - w przeciwieństwie do Pileckiego - akurat na wodę gorącą. Ale w Auschwitz, a potem w Birkenau nieraz zdarzało się, że dla zabawy kapo raz więźniów parzyli, a raz oblewali lodowatym strumieniem. Ogolono nas na całym ciele. Ubrania zabrali do worków, opatrzyli naszymi numerami i wydali odzież obozową. Potem podzielili nas na grupy liczące około trzysta osób i zapędzili do bloków.

- Kilka godzin przespałem na bloku 10, na rozłożonych na ziemi cienkich i brudnych siennikach. W izbie stłoczono pięćdziesiąt osób. Spałem wtulony w docenta Bronikowskiego (numer 4745), który potem zmarł w obozie. Nad ranem dostaliśmy tylko lurowatą kawę, nic do jedzenia. Znowu wypędzili nas na plac apelowy.

Na porannym apelu stawali wszyscy więźniowie, ale tego dnia przemówienie Lagerführera Karla Fritzscha było skierowane do Zugangu, czyli nowo przybyłych do obozu.

- Fritzsch powiedział: "Popatrzcie tam, na komin. Popatrzcie, to jest krematorium. Wszyscy pójdziecie do krematorium. Trzy tysiące stopni ciepła. Komin to jedyna droga na wolność".

(...)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje