Z Kielc do Kołobrzegu w 21 godzin
Kolej pobiła kolejny niechlubny rekord. Pasażerowie pociągu z Kielc do Kołobrzegu dotarli na miejsce po 21 godzinach, bo w połowie drogi okazało się, że w PKP zabrakło maszynisty i lokomotywy - informuje "Gazeta Wyborcza".

W ostatni piątek pociąg wyjechał z Kielc zgodnie z planem o godz. 20.13. Do celu dotarł tuż przed godz. 18 następnego dnia, a więc po 21 godzinach podróży.
Problemy zaczęły się już w Skarżysku Kamiennej. Nawałnica, która w tym czasie przeszła przez województwo, uszkodziła sieć trakcyjną. Naprawa trwała prawie pięć godzin. Mocno opóźniony pociąg dojechał do Warszawy Wschodniej. Tam poinformowano zdezorientowanych podróżnych, że pociąg zakończył bieg, kierownik i konduktorzy po prostu wyszli, a lokomotywę odłączono.
Okazuje się, że jadący z Kielc pociąg miał się połączyć w Dęblinie z taborem jadącym z Lublina. Nie zrobił tego, bo PKP zdecydowało, że ten lubelski czekać nie musi.
Rzecznik prasowy PKP Przewozy Regionalne Łukasz Kurpiewski w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" twierdzi, że "kolej nie ma problemów, ani z ludźmi ani ze sprzętem, ale w tym konkretnym przypadku i na konkretnym dworcu nie było dodatkowej lokomotywy i trzeba ją było sprowadzić z innego miejsca w kraju. Są wakacje i w przewozach mamy szczyt. Uruchomiliśmy 130 pociągów, codziennie wyjeżdża ich już 3,5 tysiąca".







