Reklama

Reklama

Stracili wszystko, ale "trzeba dalej żyć"

Załatwiają formalności w urzędach, odbierają paczki z żywnością i środkami czystości, porządkują posesje - tak wygląda codzienność powodzian z Sandomierza (woj. świętokrzyskie). Domy prawobrzeżnej części miasta woda zalewała dwukrotnie - w maju i w czerwcu.

Mieszkańcy zalanych dzielnic zwykle zaczynają swój dzień od odbierania paczek z żywnością i środkami czystości w hali Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Tu służby miejskie gromadzą i rozdzielają olbrzymie ilości najpotrzebniejszych produktów, które przysyłają darczyńcy z całej Polski. Magistrat wydał zaświadczenia z informacją, ile osób jest w każdej poszkodowanej rodzinie - na osobę można raz dziennie zabrać jedną paczkę.

Reklama

Komisja oceni, co komu potrzebne

- Kolejny magazyn z darami będzie zorganizowany w jednostce wojskowej - mówi Ewa Kondek z urzędu miasta. Tam będzie gromadzona pościel, kołdry, koce, łóżka, meble, sprzęt AGD i RTV. Z kolei na terenie giełdy ogrodniczej szykowane jest miejsce na materiały do odbudowy domów: kleje, tynki, cegły. Te dary będą wydawane po decyzji komisji, która oceni, co komu jest potrzebne.

Poszkodowani w powodzi chwalą system rozdawania darów opracowany przez magistrat; w kolejce nie stoi się dłużej niż 20 minut. Pani Danuta podkreśla, że najbardziej zależy jej na chemii gospodarczej, potrzebnej do porządkowania zniszczonego domu. Dlatego po środki czystości zgłosi się też do Caritas i PCK - tam także wydawane są paczki na zaświadczenie.

Dary dla powodzian od firm i osób prywatnych

Dary pochodzą od przedsiębiorców, samorządów, stowarzyszeń, osób prywatnych, także od wojska. Rzeczy już posegregowane, w workach, pomagają przenosić wolontariusze. - Młodzieży z Zespołu Szkół Ekonomicznych, w ramach lekcji wychowania fizycznego, pracuje przy sortowaniu i pakowaniu paczek. Wcześniej pomagali nam m.in. sandomierscy strzelcy i harcerze - mówi dyrektor sandomierskiego MOSiR Janusz Chabel.

Emeryt przyjechał z Poznania, by pomóc

Pracę młodych ludzi przy rozdzielaniu darów nadzoruje wolontariusz, pan Janek - emeryt z Poznania, który przyjechał pomagać tydzień po tym, jak woda zalała Sandomierz. W 1997 roku zorganizował zbiórkę darów dla powodzian z Opolszczyzny. Teraz namówił znajomych przedsiębiorców, żeby przysyłali dary do Sandomierza. Podkreśla, że tutejsza młodzież robi "kapitalną robotę". - Gdyby nie oni, to nie miałby tego kto dzielić. Zawsze interesują mnie ludzie. To co robię, to taki patriotyzm na dzień dzisiejszy - mówi pan Janek.

Skarżą się, że nie wiedzą, co robić

Mimo ulotek, komunikatów i wiadomości od urzędników, powodzianie skarżą się na brak dokładnych informacji o tym, co powinni robić. Często docierają do nich sprzeczne wskazówki. Chcą wiedzieć m.in. jak ma wyglądać osuszanie domu, czy ekipy z zewnątrz będą pomagały w pracach, bo nie wszystkich będzie stać na działania na własną rękę. Dużą część dnia powodzianie spędzają w różnych urzędach i instytucjach - wypełniają wnioski o wypłatę zasiłków w Ośrodku Pomocy Społecznej, występują o zaświadczenia o zarobkach.

Stoją w kolejce, nie mają kiedy sprzątać

Niektórzy starają się o dokumenty potrzebne do wypłaty odszkodowania z ubezpieczenia, co nie jest proste, jeśli nie uregulowali wcześniej spraw majątkowych w rodzinie. Jedna z kobieta z kolejki przed MOSiR narzeka, że cały dzień schodzi na załatwianiu spraw. - Stoimy w kolejce po dary, w urzędach, nie ma czasu na sprzątanie. Nie zostawi się przecież pracy, którą ma, i nie przyjedzie tu w kolejkę - mówi. Pani Elżbieta ma inny problem - jej całkowicie zalany dom był ubezpieczony, ale do wypłaty odszkodowania potrzebuje aktu własności domu. Ona nie ma takiego dokumentu, bo w rodzinie nie uregulowano wcześniej spraw majątkowych; być może wystarczy wypis z ewidencji gruntów, o który stara się w starostwie.

Woda zabrała im cały dobytek życia

Pani Danuta próbuje ustalić w OPS, kiedy do jej domu przyjedzie komisja, która oszacuje straty. Chce rozpocząć sprzątanie, ale obawia się, że dostanie mniejsze pieniądze, jeżeli komisja nie zobaczy ogromu zniszczeń. - Mówili, że jeżeli się ubiegamy o wyższą kwotę, to żebyśmy nie porządkowali w mieszkaniu. Mamy po prostu gnój, nic nie powynoszone. Ile można czekać? - żali się.

Rodzina pani Danuty zamieszkała w Sandomierzu dziesięć lat temu. - Ja nie pracuję. Mąż niewiele zarabia. Jedna z córek ma rentę socjalną; druga, pracująca, spłaca kredyt studencki ze swojej pensji. Jest ciężko. Oboje z mężem wszystko, czego dorobiliśmy się w życiu, włożyliśmy w ten dom. Tu jest włożone trzydzieści parę lat naszego małżeństwa. I tak jeszcze wiele rzeczy nie było tak jak potrzeba - opowiada kobieta.

Woda opadła, ale wszystko pokryte jest mułem

Dwa tygodnie po majowej powodzi, aby dojść do domu, w którym pani Danuta mieszka z mężem i dwiema dorosłymi córkami, trzeba było założyć gumiaki lub wodery - na ulicy wciąż stoi woda. W samym budynku, położonym nieco wyżej, woda już opadła. Na parterze wszystko jest pokryte mułem. Całkowicie zniszczone są: salon, kuchnia, przedpokój oraz część gospodarcza z garażem, kotłownią, pralnią i ubikacją.

Ślad na ścianie pokazuje, dokąd sięgała woda - 30 cm poniżej sufitu. Błoto osiadło na firankach, wdarło się w drewnianą komodę, w której leży m. in. zastawa stołowa. Woda powyrywała panele na podłodze. W kuchni przewróciła lodówkę. Do wymiany są także drzwi, w przyszłości - okna, oraz drewniane schody prowadzące na piętro. Przed domem warstwa zeschniętego błota pokrywa zadbany wcześniej ogród: skalniak, iglaki i trawnik.

Stracili cały dobytek życia

Mąż pani Danuty, pan Leon, uratował przed zalaniem samochód - zdążył zaprowadzić go na wał, najcenniejsze rzeczy z parteru rodzina wyniosła na górę. Jedna z córek, gdy woda zalewała mieszkanie, była w pracy. Pani Danuta z drugą córką ewakuowały się zaraz na początku powodzi - do łódki wchodziły przez okno na piętrze.

Pierwszą noc pan Leon nocował na zalanym terenie. - Włosy stawały dęba na głowie - woda duża, szumi, coś bulgoce. Po czterech miesiącach przerwy znów zacząłem palić. Źle się po tym poczułem, bałem się, że zachorowałem. Następnego dnia około południa stwierdziłem, że trzeba się ratować - zabrałem się z ekipą telewizyjną, która w pobliżu kręciła materiał - opowiada. Po dwóch dniach wrócił do domu - przez kolejne dwie noce pilnował dobytku. Potem co jakiś czas przypływał łodzią; patrzył jak woda opada.

"Trzeba dalej żyć"

Na brzegu rodziną zajęła się sandomierska Caritas. Przez parę dni mieszkali u bliskich na wsi. Ostatecznie zdecydowali się wrócić do miasta - jedna z córek pracuje w administracji szpitala, druga studiuje w Sandomierzu. Dzięki uprzejmości dyrekcji lecznicy, zamieszkali w hotelu przy szpitalu. - Pierwsze dni to było takie załamanie, taka bezradność, człowiek budził się po nocy i płakał, nie wiadomo było po prostu, co robić - wspomina pani Danuta. Po dwóch, trzech dniach przyszło oprzytomnienie, że trzeba dalej żyć - podkreśla.

Wielkie sprzątanie dopiero się zaczyna

Wiceburmistrz Sandomierza, a zarazem szef Sztabu Powodziowego Marek Bronkowski podkreśla, że wielkie sprzątanie po powodzi w mieście dopiero się zaczyna. Najpierw trzeba wypompować wodę z pozostałych na ulicach zastoisk, z zagłębień terenów, z piwnic i domów. Mówi, że powodzianie dostali komunikaty o tym co robić. - Na początku budynki trzeba poddać ocenie ich stanu technicznego. Na każdy sygnał mieszkańców reaguje inspektor nadzoru budowlanego. Potem trzeba wezwać specjalistów od oceny instalacji elektrycznej i gazowej - tłumaczy.

Burmistrz: Pomożemy, starajcie się o zasiłki

Jak zapewnia, służby komunalne są przygotowane do wywożenia nieczystości i zniszczonych rzeczy. Na ulicach, z których zeszła woda, są ustawiane pojemniki na śmieci. Jeżeli pojemniki znajdują się daleko, rzeczy należy wystawić przed dom - służby miejskie je zabiorą. - Pomożemy wszystkim osobom, które wyrażą takie zapotrzebowanie - deklaruje burmistrz.

Bronkowski zachęca także do składania wniosków o zasiłki. Podstawowy - maksymalnie 6 tys. zł - należy się wszystkim poszkodowanym. Według Jolanty Gawron z sandomierskiego OPS, do połowy czerwca zapomogi zostały wypłacone 719 rodzinom. OPS rozpatruje także odwołania 11 rodzin, które zakwestionowały wysokości przyznanego im zasiłku.

Rzeczoznawcy szacują straty

Niezależnie od tej kwoty, można starać się o wyższe zasiłki - mieszkańcy najbardziej zniszczonych posesji dostaną maksymalnie 100 tys. zł. Straty będzie wyceniała komisja powołana przez wojewodę. Oprócz pracowników urzędu wojewódzkiego, tworzą ją pracownicy magistratu. Jak mówi burmistrz, komisja będzie wchodziła na te ulice i do tych domów, gdzie woda już zeszła.

Po pierwszej fali powodziowej rzeczoznawcy zdążyli wejść do kilku budynków. W poniedziałek, 14 czerwca ponownie rozpoczęli szacowanie strat. Szef sztabu podkreśla, że nie czekając na komisję, można rozpocząć sprzątanie. Ale jeżeli dom był ubezpieczony - to przed porządkami powinien go zobaczyć przedstawiciel firmy ubezpieczeniowej. Część mieszkańców ma żal do władz miasta, że nie ogłaszały informacji o zagrożeniu wodą i o ewakuacji przez syreny. Wiele osób mówi, że o idącej fali powodziowej dowiedzieli się pocztą pantoflową.

Błędy były, ale staramy się ich nie popełniać

Decyzję o ewakuacji prawobrzeżnej części miasta parę minut po północy 19 maja podjął burmistrz Jerzy Borowski na posiedzeniu sztabu powiatowego. Według szefa sztabu, kilkanaście osób z magistratu pukało do domów i informowało o sytuacji. Początkowo nikt nie chciał się ewakuować. Poproszono więc o pomoc policję. Komunikaty przekazywano z radiowozów przez megafony. Na opuszczenie domów zdecydowały się 32 osoby. Jak tłumaczy wiceburmistrz Bronkowski, obawiano się, że syreny wywołają panikę i cała akcja może się źle skończyć dla osób starszych i schorowanych. - To były bardzo trudne decyzje - podkreśla szef sztabu. - Były popełnianie błędy, zdarzają się w dalszym ciągu, ale staramy się, wszystko jak najlepiej wykonywać - zapewnia wiceburmistrz.

Więcej mieszkańców zdecydowało się opuścić zalany teren już podczas powodzi. Zamieszkali u swoich rodzin oraz w miejscach opłacanych przez magistrat: w internacie szkoły rolniczej w Mokoszynie, internacie byłej szkoły budowlanej i w akademiku Wyższej Szkoły Humanistyczno-Przyrodniczej.

Niektóre miejsca zalało dwa razy

Woda z Wisły wdarła się do Sandomierza nad ranem w środę, 19 maja; druga fala przerwała umocnienia na wale w sobotę, 5 czerwca, wieczorem. Niektóre miejsca były ponownie zalewane wodą z Trześniówki, dopływu Wisły od 3 czerwca. Zostało zalanych kilkanaście ulic w dzielnicach: Nadbrzezie, Ostrówek, Trześń, Koćmierzów oraz na osiedlu Witrum. W sumie - 11 km kw. powierzchni, 820 domów - ok. 25 proc. to domy parterowe, te zostały całkowicie zalane. Prawdopodobnie kilkanaście z nich, drewnianych, nie będzie nadawało się do odbudowy.

Zalane tereny to także gospodarstwa rolne w administracyjnych granicach miasta. Zalane zostały także m.in. dwie szkoły, boiska, place zabaw, świetlica, kościół, kilka zakładów pracy. Udało się ochronić przed wodą hutę szkła - największego pracodawcę w mieście - i okalające zakład osiedle Baczyńskiego.

Katarzyna Bańcer

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje