Reklama

Reklama

Zagadka katastrofy Tu-154

W dalszym ciągu nie wiadomo, co było przyczyną wczorajszej katastrofy. Eksperci podają w tej chwili kilka wersji, ale żadna z nich nie została jeszcze potwierdzona. Jeden z okrętów, uczestniczących w akcji przeszukiwania Morza Czarnego po katastrofie rosyjskiego samolotu Tu-154, znalazł drzwi rozbitej maszyny z uszkodzeniami przypominającymi ślady po kulach, co wskazywałoby na atak terrorystyczny. Mowa jest także o przypadkowym zestrzeleniu samolotu przez ukraińską rakietę.

Na pokładzie maszyny lecącej z Tel Awiwu do Nowosybirska znajdowało się 77 osób - najprawdopodobniej wszyscy zginęli. Wyłowione z morza części zostaną przewiezione do portu w Soczi, gdzie będą poddane szczegółowym badaniom.

Reklama

Jak podała ukraińska telewizja rosyjski samolot Tu-154, który po nagłej eksplozji spadł do Morza Czarnego, na krótko przed upadkiem zboczył z kursu.

Zamach terrorystyczny?

Według telewizji samolot mógł zostać porwany przez terrorystów. Samolot odbywał rejs na trasie Tel Awiw - Nowosybirsk, a przewidziany dla niego korytarz powietrzny nie biegnie nad Morzem Czarnym - podała telewizja powołując się na wypowiedź przedstawiciela firmy lotniczej "Sybir" do której należał samolot. Świadczyć o tym mogą m. in. otwory przypominające ślady po kulach znalezione na fragmentach drzwi samolotu, wyłowionych przez rosyjskie ekipy ratunkowe. Odnalazły one również kabinę pilotów samolotu. Wszystkie szczątki zostaną dokładnie przebadane i na tej podstawie eksperci spróbują ustalić najbardziej prawdopodobną wersję tragedii.

Władze rosyjskie, podobnie jak izraelskie, nie wykluczają wersji, że przyczyną tragedii mógł być atak terrorystyczny.

W sprawie wyjaśnienia przyczyn wczorajszej tragedii nad Morzem Czarnym współpracować będą Rosja i Izrael. Rozmawiali o tym przez telefon prezydent Władimir Putin i premier Ariel Szaron. Putin już wczoraj powiedział, że jego zdaniem wersja aktu terrorystycznego jest najbardziej prawdopodobna.

Przypadkowe zestrzelenie?

Biały Dom uznał dzisiaj, że brak jest dowodów na to, by wczorajszą katastrofę rosyjskiego samolotu wiązać z aktem terroru. - Na razie nie widzimy niczego, co mogłoby wskazywać, że był to terroryzm - powiedział rzecznik Białego Domu, Ari Fleischer.

Przedstawiciele władz amerykańskich utrzymują, że wszelkie znaki wskazują na to, iż rosyjski samolot pasażerski Tupolew-154, lecący z Tel Awiwu do Nowosybirska, został przypadkowo trafiony pociskiem ziemia-powietrze, wystrzelonym podczas trwających na Krymie ćwiczeń wojsk ukraińskich.

Start rakiety zarejestrowały i śledziły amerykańskie satelity. Dane trafiły do Fort Mid w stanie Maryland i stamtąd do Pentagonu. Moment startu rakiety poprzedzał o 4 minuty chwilę, gdy Tupolew zniknął z ekranów radarów. Według Amerykanów była to rakieta typu SA 5 Gammon. Może ona pokonać odległość większą niż 250 km dzielące poligon na Krymie od miejsca gdzie do Morza Czarnego runął Tupolew.

Wersji takiego przebiegu wydarzeń nie wyklucza nawet premier Ukrainy Anatolij Kinach. Była to pierwsza ukraińska wypowiedź oficjalna, dopuszczająca możliwość zestrzelenia samolotu "zabłąkaną" rakietą. Kinacha cytuje agencja Interfax-Ukraina. Jego rzecznik, zapytany o wypowiedź premiera, powiedział: "Premier oświadczył, że istnieje kilka hipotez i wszystkie one mają rację bytu, ale jest za

wcześnie, aby wyciągnąć wnioski, ponieważ dochodzenia dopiero się toczą".

Nie podaje jednak żadnych szczegółów. Bardziej rozmowny jest natomiast anonimowy przedstawiciel ukraińskiego ministerstwa. Jego zdaniem istnieją przesłanki, by poważnie rozważać tę wersję.

Według niego, ukraińscy żołnierze akurat w czasie przelotu Tu-154 odpalali pociski z systemu rakietowego S-200.

Są one w stanie trafiać cele położone w odległości do 300 kilometrów. Według scenariusza ćwiczeń, rakieta miała zniszczyć bezzałogowy samolocik ćwiczebny, jednak mógł ją zmylić o wiele silniejszy sygnał przelatującego 100 kilometrów dalej rosyjskiego Tu-154.

Na korzyść tej wersji przemawiają zeznania armeńskiego pilota, który widział dwa wybuchy. Rakiety z systemu S-200 wybuchają tuż przed celem i trafiają go dużą ilością szrapneli. Po takim trafieniu w samolocie mogło wybuchnąć paliwo.

Większość osób, które były na pokładzie maszyny, to obywatele Izraela.

Szczątki samolotu rozrzucone są na powierzchni ponad 10 km. W akcji poszukiwawczej uczestniczy siedem okrętów i 120 ratowników. Na powierzchni morza widać torby podręczne, koła i kawałki samolotu - powiedział po odwiedzeniu miejsca katastrofy Władimir Ruszajło, sekretarz kremlowskiej Rady Bezpieczeństwa, stojący na czele komisji zajmującej się wyjaśnieniem przyczyn katastrofy samolotu.

- Zbierzemy możliwie jak najwięcej szczątków, by móc dokonać ich ekspertyz, mogących pomóc w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy - mówił Ruszajło.

Sceptycznie wypowiedział się on o możliwości wydobycia przez służby rosyjskie tzw. czarnych skrzynek z morza, które ma w tym miejscu ponad tysiąc metrów głębokości. Ruszajło powiedział, że o pomoc w tej sprawie Rosja zwróci się do USA i Izraela.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne