Reklama

Reklama

Wybory w Holandii 2017. Geert Wilders - straszak na migrantów czy realne zagrożenie?

Zdaniem polonijnych komentatorów w Holandii, Partia na rzecz Wolności i jej szef Geert Wilders nie mają szans na przejęcie władzy w tym kraju. W opinii redaktora naczelnego portalu MojaHolandia.nl Adama Świstaka oceny mediów, które straszą Wildersem, są nietrafione.

"Różnica między informacjami w Polsce, a rzeczywistością tu na miejscu jest taka, że Wilders nie jest aż takim zagrożeniem, na jakie w Polsce się go kreuje. Wynika to głównie z (proporcjonalnej) ordynacji wyborczej. Nawet jeżeli zdobędzie 20 proc. głosów, co jest dla niego optymistycznym wariantem, to będzie miał ok. 30 posłów na 150; to wciąż jest mniejszość. Druga sprawa to to, że nikt nie chce z nim podpisać żadnej umowy o współpracy" - mówił Świstak we wtorkowej rozmowie z PAP. Ocenił, że przywódca PVV jest swoistym "straszakiem na mniejszości".

Kampania przeciw Polakom

Reklama

Dziennikarz portalu Niedziela.nl Łukasz Koterba przypomniał z kolei, że kilka lat temu Wilders przeprowadził kampanię przeciwko Polakom mieszkającym w Holandii. "Jednak to za bardzo nie załapało i nie przyniosło mu jakiegoś dodatkowego poparcia" - tłumaczy.

"Jego konikiem jest zwalczanie i krytyka islamu. Sprawa z Polakami miała miejsce podczas pierwszej i największej fali napływowej Polaków do Holandii. (...) Poczuł się wtedy zobligowany, aby zareagować na to, że do kraju przyjechało tyle osób; część Holendrów czuła się źle, bo traciła pracę np. na rzecz polskiego kierowcy ciężarówki. Wtedy narodził się pomysł stworzenia portalu internetowych skarg na Polaków i innych pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej" - relacjonował Koterba.

Uzupełniając jego wypowiedź, Świstak dodał, iż "po kilku latach okazało się, że Polacy są najbardziej pracowitą nacją w Holandii". Dlatego sam Wilders nie miał punktu zaczepienia - podkreślili dziennikarze.

Kryzys uchodźczy a wyniki wyborów

Koterba dodaje, że w ostatnich latach mamy do czynienia z kryzysem uchodźczym, który zawładnął polityczną działalnością przywódcy PVV. "Nie miał czasu, aby zajmować się kwestiami pracowników zarobkowych z Europy Wschodniej. (...) O wiele łatwiej mu było nastawić się na elektorat antyislamski, który w dodatku nie był zadowolony z tego, że Holandia przyjęła tylu uchodźców. W tym momencie jedynymi partiami, które coś mówią o Polakach i pracownikach z Europy Wschodniej, są partie lewicowe, np. tutejsza Partia Socjalistyczna (SP), która jako jedyna oficjalnie chciałaby wprowadzić pozwolenia na pracę dla osób z Europy Środkowo-Wschodniej" - tłumaczy dziennikarz Niedziela.nl.

Świstak dodał, że temu postulatowi sprzeciwiają się mocno holenderscy przedsiębiorcy, którzy od pewnego czasu ostrzegają, że brakuje im wykwalifikowanych pracowników.

Odnosząc się do kampanii wyborczej, dziennikarze przypomnieli, że kwestie imigracji podniósł też przywódca Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji (VVD), premier Mark Rutte. Przytaczają jego słowa o tym, że jeżeli ktoś nie chce żyć w Holandii i stosować się do jej praw, to powinien wyjechać. To zdanie oraz ostatnia twarda reakcja na politykę władz Turcji przysporzyła Rutte popularności i to najpewniej kosztem Wildersa - dodają.

W środowych wyborach parlamentarnych w 17-milionowej Holandii o 150 mandatów ubiega się 1114 kandydatów z 28 partii politycznych. W obecnym parlamencie reprezentowanych jest 16 ugrupowań.

Z Amsterdamu Łukasz Marciniak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje