Reklama

Reklama

Wybory prezydenckie w USA. Pierwsza debata Donald Trump-Joe Biden

Ubiegający się o reelekcję prezydent Donald Trump i kandydat demokratów Joe Biden we wtorek (29 września) wezmą udział w pierwszej debacie prezydenckiej, która odbędzie się w Cleveland w Ohio. Tematami będą m.in. COVID-19 i sprawy rasowe. Z powodu epidemii kandydaci nie podadzą sobie rąk.

Epidemia i spowodowany nią kryzys gospodarczy oraz kwestie rasowe to główne tematy tegorocznej kampanii prezydenckiej. Zagadnienia te najpewniej zdominują pierwszą debatę kandydatów, która rozpocznie się o godz. 3 czasu polskiego w nocy z wtorku na środę. Następna debata odbędzie się 15 października, a ostatnia tydzień później.

Gospodarka i kwestie rasowe

Reklama

W przypadku gospodarki to Trump cieszy się większym zaufaniem wyborców. We wrześniowym badaniu dla ośrodka YouGov 37 proc. Amerykanów wyraziło przekonanie, że sytuacja ekonomiczna poprawi się, jeśli wygra urzędujący prezydent. W to, że stanie się tak za rządów Bidena, wierzy o 5 pkt proc. wyborców mniej.

Jeśli chodzi o kwestie rasowe, Amerykanie uważają, że Biden, zastępca Baracka Obamy w latach 2008-2016, byłby lepszym przywódcą niż Trump. Po zabójstwie przez policję w Minneapolis pod koniec maja Afroamerykanina George’a Floyda przez Stany Zjednoczone przetoczyły się gwałtowne antyrasistowskie protesty. Na ich fali rosły notowania Bidena, a spadały urzędującego prezydenta.

Aktywność kandydatów

Komentatorzy zwracają uwagę, że Trump prowadzi aktywną kampanię wyborczą, odbywając nawet po kilka wieców dziennie, na które często wybiera płyty lotnisk. Z kolei Biden - zarzucający Trumpowi lekceważenie epidemii i postulujący obowiązek zakładania maseczek w miejscach publicznych - od marca do sierpnia nie uczestniczył osobiście w żadnym kampanijnym wydarzeniu.

Również we wrześniu przejawiał znacznie mniejszą aktywność niż jego rywal. "Niecałe sześć tygodni przed wyborami jednym z największych rozczarowań wśród niektórych zwolenników Joe Bidena jest to, że wydaje się, że on nawet się nie stara" - pisze na portalu The Hill Brett Samuels. Trump atakuje taktykę kontrkandydata - mówi, że prowadzi on kampanię "w piwnicy", nazywa go "ospałym" i zarzuca mu "niską energię". Postuluje, by przed debatą przeprowadzić test na obecność niedozwolonych substancji.

"Kandydat demokratów trzyma się swojej strategii - nie wychylać się i dać 'wypalić się' Trumpowi" - ocenia portal Politico. Jak dodaje, sztabowcy Bidena są zadowoleni z sondaży i wskazują, że nie ma konieczności większej aktywności, gdyż wybory "to referendum w sprawie Trumpa".

364,5 mln dolarów w miesiąc

Elektorat demokratów jest wyjątkowo zmobilizowany, o czym świadczą kampanijne datki zwolenników ugrupowania. W sierpniu, miesiącu, w którym odbyła się konwencja partyjna, ich sztab zebrał rekordowe 364,5 mln dolarów. To najlepszy miesięczny wynik w historii amerykańskich wyborów prezydenckich. 

Wrzesień może okazać się pod tym względem jeszcze lepszy, w nieco ponad dobę po informacji o śmierci liberalnej sędzi Ruth Bader Ginsburg na kampanię demokratów wpłynęło aż 91 mln dolarów.

Debaty bez większego wpływu

Przedwyborcze debaty telewizyjne tradycyjnie cieszą się sporym zainteresowaniem Amerykanów. Jednak zdecydowana większość ma już ukształtowane preferencje wyborcze. Jak wskazuje sondaż dla "Wall Street Journal" i NBC News, więcej niż siedmiu na 10 z nich jest przekonanych, że debaty kandydatów na prezydenta nie będą miały większego wpływu na ich polityczny wybór. 44 proc. - najwięcej od 20 lat - uważa, że telewizyjne starcia kandydatów w żaden sposób nie zmienią ich preferencji.

Przeprowadzający sondaże dla "WSJ" Jeff Horwitt twierdzi, że w ostatnich tygodniach amerykańskiej kampanii elektorat jest stabilny. - Sondaż po sondażu, nie ma znacznych zmian - ocenia. Jego zdaniem wtorkowa debata w Cleveland nie wpłynie znacząco na notowania przodującego w sondażach Bidena.

Jednocześnie z badań "WSJ" wynika, że decyzji wyborczej nie podjął jeszcze nawet co dziesiąty Amerykanin. To o tych wyborców na finiszu kampanii walczyć będą sztabowcy obu partii.

Amerykanie już głosują

W wyborach, które odbędą się 3 listopada, z uwagi na zagrożenie epidemiczne znacznie poszerzono możliwość oddania głosów w formie korespondencyjnej. W niektórych stanach wybory już się rozpoczęły - do minionej soboty (26 września) głos oddało już blisko milion Amerykanów.

Rozłożenie w czasie procesu ma pozwolić na uniknięcie kolejek w lokalach. Gospodarz Białego Domu ostro krytykuje powszechne głosowanie korespondencyjne, a szczególnie wysyłanie kart wyborczych do osób, które o to nie wnioskowały. Jego zdaniem przyczyni się to do wyborczych oszustw.

"Washington Post" ocenia, że w związku z powszechnym głosowaniem pocztowym być może nie poznamy zwycięzcy wyborów w nocy z 3 na 4 listopada. W wielu stanach jeszcze po tej dacie przyjmowane i zliczane będą karty wyborcze. Jeśli o wyniku decydować będą setki czy tysiące głosów, to oznaczać to może długie batalie prawne - pisze "Wall Street Journal". Tak było w 2000 roku, gdy to Sąd Najwyższy przyznał minimalną i budzącą kontrowersje wygraną na Florydzie George’owi W. Bushowi, co zapewniło mu prezydenturę.

To m.in. z uwagi na głosowanie korespondencyjne na jeden z głównych tematów kampanijnych wyrosła w USA kwestia następczyni zmarłej 18 września Ginsburg. Zastąpienie jej przez konserwatywną Amy Coney Barrett byłoby znaczące nie tylko z uwagi na najbliższy w historii wyborów prezydenckich termin nominowania. Sąd Najwyższy, jak prognozuje sam Trump, może okazać się w roku pełnym społecznych napięć decydujący w kwestii wskazania zwycięzcy wyborów.

Wybory parlamentarne

W cieniu elektryzujących opinię publiczną wyborów prezydenckich 3 listopada odbędą się również wybory parlamentarne. 

W Senacie stawką jest 35 mandatów senatorów, w tym 23 należących obecnie do republikanów i 12 do demokratów. Obecnie Senat większością trzech mandatów kontroluje Partia Republikańska (GOP). 

"Washington Post" szacuje, że w listopadzie niepewne jest aż 13 mandatów republikanów i jedynie dwóch demokratów. Amerykańscy bukmacherzy przewidują, że republikanie stracą kontrolę nad Senatem, a demokraci utrzymają Izbę Reprezentantów.

Z Waszyngtonu Mateusz Obremski 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje