Reklama

Reklama

Wybory lokalne: Kto wygra w Stambule, wygra w Turcji

Turcję czekają w niedzielę wybory samorządowe. Wielu ekspertów uważa, że będą także swoistym referendum, którego wynik może zadecydować o przyszłości premiera Recepa Tayyipa Erdogana, zmagającego się od grudnia z oskarżeniami o korupcję i autorytarne zapędy.

- Wszystkie następne ruchy premiera będą zależały od tego, jak wiele głosów (jego partia) AKP zdobędzie 30 marca - powiedział dyrektor think tanku International Crisis Group, Hugh Pope. - Wydarzenia kilku ostatnich miesięcy pokrzyżowały wiele jego planów. Jeśli wybory pójdą po jego myśli, będzie mógł do tych planów wrócić. Dlatego te wybory są dla Erdogana sprawą niezmiernie ważną - dodał.

W ostatnich miesiącach szef rządu tureckiego prowadził aktywną kampanię wyborczą na rzecz swojej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), jeżdżąc po całej Turcji i zagrzewając witające go entuzjastycznie, wielotysięczne tłumy do zjednoczenia się w walce z "wrogami Republiki Tureckiej, którzy próbują zawładnąć krajem, publikując fałszywe informacje na Twitterze, YouTube'ie i Facebooku".

Reklama

- Ci ludzie nagrywają waszego premiera nawet w najbardziej prywatnych sytuacjach - informował wyborców Erdogan, który ma opinię dobrego oratora. - Ale to wszystko to kłamstwa, montaż, fabrykacja. Oni po prostu chcą mnie zniszczyć, przejąć władzę, zrobić ze mną to samo, co z Menderesem. Adnan Menderes, premier Turcji w latach 1950-60, został powieszony przez turecką armię.

Według sondaży opinii publicznej w wielu okręgach wyborczych tradycyjnie popierających AKP partia Erdogana jest wciąż najbardziej popularna, a sposób rozumowania kontrowersyjnego polityka trafia do przekonania większości jego zwolenników. Jednak w dwóch największych miastach Turcji - Stambule i Ankarze - sytuacja nie jest już tak jednoznaczna i to właśnie tam będzie się toczyć najbardziej zacięta walka o rząd dusz.

- W Turcji mamy takie powiedzenie: kto wygra w Stambule, rządzi całą Turcją. Mówi się także, że kto straci Ankarę, straci władzę. Różnica między utratą władzy w tych dwóch ośrodkach jest jedna, ale zasadnicza: tracisz Stambuł - upadasz szybko, tracisz Ankarę - upadasz wolno i jest to bolesne dla wszystkich - tłumaczy Guven Karatas, stambulski działacz Partii Ludowo-Republikańskiej (CHP).

Od wielu lat burmistrzami obu miast są członkowie AKP, cieszący się dotychczas dużą popularnością, także wśród wyborców niezwiązanych z tą partią. Jednak sytuacja uległa zmianie w czerwcu ubiegłego roku, gdy protest niewielkiej grupy obrońców stambulskiego parku Gezi przerodził się w wielodniowe zamieszki antyrządowe, brutalnie stłumione przez policję.

- (Burmistrz Stambułu) Kadir Topbas dużo zrobił dla miasta. Jeszcze rok temu bez wahania oddałbym na niego głos. Teraz jednak nie widzę w nim prawdziwego burmistrza. To tylko marionetka w rękach Erdogana - mówi turecki biznesmen.

Charyzmatyczny premier istotnie traktuje miasto nad Bosforem jak własne podwórko - po pierwsze dlatego, że tam się wychował, po drugie dlatego, że swoją polityczną karierę rozpoczął w 1994 r. właśnie jako burmistrz Stambułu. Nawet obecnie dla wielu mieszkańców tego miasta Erdogan i AKP to symbol postępu i rozwoju, które nastąpiły nad Bosforem w ciągu ostatnich 20 lat.

- Na AKP patrzę jak na doskonałą firmę budowlaną. Co obiecają, to zrobią. Powiedzieli, że zrobią pod Bosforem tunel i proszę bardzo, jest tunel. Aby dostać się na stronę azjatycką, potrzebuję teraz tylko pięciu minut, a wcześniej godziny - entuzjazmuje się recepcjonista w hotelu położonym w starej dzielnicy miasta Fatih.

Jednak niektóre poczynania Erdogana sprawiły, że mieszkańcy Stambułu i Ankary woleliby, aby ich miastami rządził ktoś, kto przynajmniej od czasu do czasu byłby w stanie powiedzieć "nie" potężnemu szefowi rządu. Chodzi o monumentalne zapędy skutkujące często wycinką drzew czy zmianami w planach zagospodarowania w miejscach, gdzie premier chce wybudować nowe centrum handlowe, meczet czy lotnisko, a także bezwzględność, z jaką rozprawia się z wrogami, oraz wprowadzone w ostatnich miesiącach niepokojące zmiany w przepisach dotyczących internetu i wymiaru sprawiedliwości.

- Modlę się, żeby przegrał. Boję się, do czego doprowadzi moje miasto i całą Turcję -powiedziała Rana mieszkająca tuż obok parku Gezi. - Tutaj żyje się teraz w stanie permanentnego oblężenia. Prawie codziennie mamy jakiś protest, na który policja odpowiada gazem łzawiącym. Jak długo to może jeszcze trwać?.

Jeśli Erdogan i AKP wygrają niedzielne wybory dużą większością głosów, premier może zdecydować się kandydować w sierpniu na prezydenta kraju. Może też zmienić statut AKP i zechcieć pozostać premierem na kolejną, czwartą już kadencję.

Na razie Rana ma nadzieję, że do tego nie dojdzie. Ciągle liczy na to, że tuż przed wyborami w mediach społecznościowych pojawi się nagranie przedstawiające go w tak skandalicznym świetle, że porzucą go nawet najbardziej zagorzali zwolennicy.

Jednak znany dziennikarz turecki, od roku bezrobotny z powodu wymierzonych w AKP artykułów, uważa, że bez względu na to, co przyniosą najbliższe dni, tak się nie stanie.

- Nawet ci, którzy nie zgadzają się z ostatnimi posunięciami Erdogana, w tych wyborach staną za nim zwartym szeregiem. W tej chwili Erdogan jest głosem całej partii. Dopiero po wyborach szeregi AKP mogą się załamać, ale tylko jeśli okaże się, że taktyka premiera zawiodła - powiedział dziennikarz.

Ze Stambułu Agnieszka Rakoczy

Dowiedz się więcej na temat: Recep Tayyip Erdoğan | Turcja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje