Reklama

Reklama

"Wojownicze wypowiedzi polityków USA". Iran protestuje

MSZ Iranu wezwało ambasadora Szwajcarii, który reprezentuje w Teheranie interesy USA, by "zdecydowanie zaprotestować przeciw wojowniczym wypowiedziom" amerykańskich polityków. Prezydent Donald Trump zagroził Iranowi odwetem za "organizowanie protestów" przed ambasadą USA w Bagdadzie.

"Iran kategorycznie protestuje przeciw wojowniczym wypowiedziom polityków USA, stanowiącym pogwałcenie Karty Narodów Zjednoczonych" - oświadczyło ministerstwo.

Trump ogłosił, że "Iran jest całkowicie odpowiedzialny" za protesty przed ambasadą USA w Bagdadzie, do których doszło po nalotach amerykańskich sił powietrznych na cele związane z szyicką milicją Kataib Hezbollah.

Wcześniej w środę duchowo-polityczny przywódca Iranu ajatollah Ali Chamenei potępił te naloty i odrzucił oskarżenia Białego Domu o organizowanie protestów przed ambasadą USA.

Reklama

Protesty te ciągnęły się od poniedziałku do środy. We wtorek kilkuset demonstrantów podpalało opony, wznosiło okrzyki i rzucało kamieniami w funkcjonariuszy ochrony i policję. Demonstranci wyłamali jedną z bram placówki i wtargnęli na jej teren.

W środę manifestanci ponownie wdarli się na teren kompleksu ambasady, po czym zniszczyli recepcję, gdzie wzniecili ogień i powybijali wiele szyb w oknach. Próbowali sforsować także drugą bramę wjazdową na teren ambasady, którą również podpalili.

Amerykańskie media podkreślają, że manifestacja została zwołana przez szyickie bojówki w Bagdadzie, znane ze swych proirańskich sympatii. "Iran będzie pociągnięty do odpowiedzialności za każde odebrane życie lub szkodę materialną jakiejkolwiek części naszej infrastruktury" w Bagdadzie - napisał na Twitterze Trump. Wyjaśnił, że jego słowa "nie są ostrzeżeniem, ale groźbą". Później amerykański prezydent złagodził swoje stanowisko i oświadczył, że "nie chce i nie przewiduje wojny z Iranem".

Protesty przed amerykańską ambasadą w Bagdadzie rozpoczęły się po niedzielnej informacji Pentagonu, który podał, że amerykańskie siły przeprowadziły naloty na związane z Kataib Hezbollah cele w Iraku i w Syrii. USA uważają, że Kataib Hezbollah stoi m.in. za piątkowym atakiem rakietowym na bazę wojskową w pobliżu miasta Kirkuk na północy Iraku. Zginął w nim cywilny pracownik amerykańskiej misji wojskowej, a sześć osób zostało rannych. 

W atakach lotnictwa USA zginęło co najmniej 25 osób, a 55 zostało rannych.

W obawie przed dalszą eskalacją we wtorek do Iraku skierowano w trybie natychmiastowym 750 żołnierzy z 82. Dywizji Powietrznodesantowej stacjonującej w Fort Bragg. W stan gotowości postawiono dodatkowe 3 tys. żołnierzy z sił szybkiego reagowania, którzy mogą zostać wysłani na Bliski Wschód w najbliższych dniach - podaje Associated Press. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy