Reklama

Reklama

Wojna domowa w Hiszpanii wciąż jest dla kraju niezagojoną raną

- ​Totalitaryzm jest złem, niezależnie od tego, jaka ideologia mu towarzyszy - podkreśla w rozmowie z Interią Katarzyna Kobylarczyk, laureatka nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki, autorka książki "Strup. Hiszpania rozdrapuje rany" o pamięci i postpamięci o ofiarach hiszpańskiej wojny domowej. Przykład hiszpańskiej wojny domowej pokazuje, czym grozi walka ideologiczna, eskalująca podziały społeczne.

W latach 1936-1939 Hiszpania ogarnięta była brutalną wojną domową. Wyniszczającą walkę prowadzono zarówno na polu ideologicznym, jak i z bronią w ręku, a efektem tego starcia był naród podzielony na dwa zwalczające się obozy. W lipcu 1936 roku doszło do przewrotu wojskowego pod hasłem obrony tradycyjnych wartości, który w konsekwencji doprowadził do upadku demokratycznej Drugiej Republiki Hiszpańskiej i wprowadzenia dyktatury gen. Francisco Franco. Wrogość pomiędzy wierzącymi w komunizm republikanami i nacjonalistami wspieranymi przez Kościół eskalowała, co doprowadziło do brutalnych prześladowań po oby stronach.

Reklama

Czerwony terror, którego sprawcami byli członkowie lewicowych oddziałów, wymierzony był w katolików i duchowieństwo. Szczątki jego ofiar za czasów dyktatury Franco przeniesione zostały w większości do Doliny Poległych. Według różnych szacunków w wyniku czerwonego terroru zginęło od 38 do 110 tys. osób. Biały terror, który rozpoczął się już w dniu przewrotu, był dziełem oddziałów nacjonalistycznych i kontynuowany był także po wojnie, do 1945 roku. Prześladowania pochłonęły, według różnych szacunków, od 60 do nawet 400 tys. ofiar. Złapanych republikanów wywożono i zabijano, pozostawiając ich ciała w bezimiennych grobach. Poszukiwania i ekshumacje ich szczątków trwają do dziś.

Aleksandra Zaprutko-Janicka, Interia: Podjęła się pani opowiedzenia niezwykle trudnej historii. Co panią przyciągnęło akurat do tego tematu?

Katarzyna Kobylarczyk: - Dowiedziałam się, że w Hiszpanii prowadzone są ekshumacje i nie byłam w stanie pojąć, dlaczego dzieje się to tak późno. Początkowo myślałam, że tych ciał nie udało się wcześniej zlokalizować. Kiedy pojechałam obserwować pierwszą ekshumację, dowiedziałam się, że to nie tak. Ludzie mieszkający w wioskach rozsianych po interiorze doskonale wiedzą, gdzie te groby są. Powód był inny. Wcześniej po prostu się bano. Bano się je ruszać, tłumacząc, że jest jeszcze za wcześnie. Minęło osiem dekad, a tej sytuacji nie rozwikłano. Ona była takim wrzodem. Chciałam to zrozumieć.

Czy współczesna Hiszpania wciąż żyje w cieniu tej bratobójczej walki?

- I tak, i nie. Jest pokolenie, które nie pamięta już w ogóle dyktatury. Franco umarł w 1975 roku. Duża część społeczeństwa hiszpańskiego to ludzie młodzi, którzy już go nie pamiętają. On jest dla nich jak Jaruzelski dla Polaków, którego ludzie urodzeni po 1980 roku pamiętają z trudem. Dla wielu Hiszpanów wojna domowa i dyktatura to jest zamierzchła przeszłość i oni już nie chcą się w to bawić, nie chcą tego słuchać, nic to dla nich nie znaczy. Bardzo duża część ludności jest w to jednak zaangażowana osobiście. Wojna bardzo przeorała społeczeństwo i nie trzeba daleko szukać, żeby znaleźć osoby, które straciły w niej ojca, dziadka, wujka, czy ciotkę. To jest część ich rodzinnej historii. Dla tych ludzi to wciąż jest bolesny strup, niezagojona rana. Oni żyją tym bardzo intensywnie.

Czy można to w pewien sposób porównać to do tego, jak Polacy przeżywają i pamiętają wywózki na Sybir?

- Myślę, że to wspólne doświadczenie. Kontakt z systemem autorytarnym, opresyjnym państwem, to przeżycie, które nas łączy z Hiszpanami. Ja bardzo często dzięki temu znajdowałam z ofiarami wojny domowej płaszczyznę porozumienia. Oni mówili "Wy mieliście Katyń, więc ty nas zrozumiesz, wiesz jak to jest".

Trudno uciec od analogii pomiędzy historią Hiszpanii i historią Polski XX wieku, do zbrodni wołyńskiej, zbrodni katyńskiej, czy zbrodni komunistycznego aparatu bezpieczeństwa. Czego moglibyśmy się od Hiszpanów nauczyć w radzeniu sobie z tą traumą?

- Paradoksalnie pewnej nadziei. Mimo że dyktatura w kraju trwała tyle lat, była tak mocna, i że za jej czasów kazano zapomnieć, pamięć nie zaginęła. To jest bardzo ważna lekcja. Nie da się pewnych rzeczy zamieść pod dywan, nie da się ich przemilczeć i nie da się o nich zapomnieć. Wszystkie takie nieprzepracowane traumy wrócą. Jeśli ktoś jest zmuszany do milczenia, będzie milczał, jednak jego dzieci i wnuki już nie. Dla mnie ta książka jest w pewnym sensie wyrazem nadziei, że nawet pamięć zakopana i stłamszona, zawsze wraca.

A czego w takim razie Hiszpanie mogliby się nauczyć od nas?

- Nie ustawiam się w kategorii osoby, która chce pouczać Polaków czy Hiszpanów. Tym niemniej w rozmowach z Hiszpanami czasem brakowało mi uznania, że totalitaryzmy, systemy autorytarne są złem, niezależnie od ideologii, która im towarzyszy. Gdy rozmawiałam z potomkami nacjonalistów, frankistów, oni mieli mocne przeświadczenie, że komunizm był zły, ale ich reżim był dobry. Kiedy rozmawiałam z potomkami komunistów, oni z kolei mówili, że komunizm jest dobry, a to nacjonalizm, faszyzm był zły. Dla mnie, i to jest mam wrażenie doświadczenie bardzo polskie, i jedna, i druga ideologia jest zbrodnicza. Nie ma znaczenia, czy wychylone są w lewo, czy w prawo.

W pani książce padają słowa "frankizm mógł być zbrodnią doskonałą". Co poszło nie tak?

- Tak naprawdę zabrakło tylko kilku lat. Gdyby udało się utrzymać w milczeniu jeszcze pokolenie wnuków, nie byłoby jak tej pamięci odkryć. To jest doświadczenie, z którym Hiszpanie mierzą się paradoksalnie właśnie teraz, w związku z COVID-19. Wirus bardzo agresywnie zaatakował najstarszych i w tej chwili społeczeństwo zdało sobie sprawę, że odchodzą ostatni świadkowie, że ludzie pamiętający wojnę domową i dyktaturę właśnie teraz umarli, zniknęli. To był ostatni moment, żeby jeszcze z nimi porozmawiać, żeby zebrać świadectwa. Ostatnia szansa, żeby ten starszy człowiek mógł wskazać, gdzie znajduje się pochówek, stanąć nad grobem i powiedzieć, kto jest kim, kto tam leży i w jakich okolicznościach zginął.

Pracując nad książką zetknęła się pani z historią podzielonego kraju. Czy badanie śladów zbrodni hiszpańskiej wojny domowej i blizn po niej w hiszpańskim społeczeństwie wpłynęło na pani postrzeganie wojny polsko-polskiej?

- Zbierając materiały do "Strupa", czytałam bardzo dużo propagandy lat 20. i 30., kiedy w Hiszpanii walczyły ze sobą dwa światy - świat republikański i nacjonalistyczny, kiedy rodziła się w bólach druga republika hiszpańska, kiedy wszystko zmierzało do wojny domowej. Analizując te materiały propagandowe miałam mocne przeświadczenie, że to jest punkt, w którym Polska jest teraz. To jest ten moment, kiedy jeszcze się mówi, kiedy używane są słowa, nazywane dzisiaj mową nienawiści, kiedy społeczeństwo się dzieli i próbuje zohydzać drugą stronę, odbierać jej człowieczeństwo, porównywać do robactwa, do zarazy. 

- Robiłam nawet pewien eksperyment ze znajomymi. Czytałam im fragmenty przemów z Hiszpanii lat 30. i kazałam im zgadywać, czy to współczesna Polska, czy tamta Hiszpania. Było bardzo blisko. Nie wolno nam dopuścić, żeby to poszło dalej. Nie wolno nam igrać z ogniem, bo to, co robimy to jest igranie z ogniem. To było dla mnie naprawdę przerażające doświadczenie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne