Reklama

Reklama

​Wielka Brytania: Nowa, milsza Partia Pracy

Po tym jak Partia Konserwatywna odbiła w lewo, a Partia Pracy ruszyła ku centrum, zacierają się ostatnie różnice między dwoma największymi stronnictwami Wielkiej Brytanii. Zakończona w tym tygodniu konwencja laburzystów tylko to unaoczniła.

Tym razem konwencja Partii Pracy odbyła się wirtualnie, jednak miejsce, z którego przemawiał nowy lider laburzystów Keir Starmer, było nieprzypadkowe. Doncaster na północy Anglii to część "czerwonej ściany", gdzie w ostatnim czasie Partia Pracy straciła wielu wyborców.

Reklama

Było to wydarzenie symboliczne nie tylko z tego powodu. Starmer zdecydowanie odciął się od poprzedniego kierownictwa Partii Pracy, a przede wszystkim od jej byłego lidera Jeremy’ego Corbyna. Jego nazwisko nie padło ani razu (co również wymowne), natomiast ostro skrytykowany został kierunek obrany przez ugrupowanie pod jego wodzą. Ciepło natomiast wspominał Starmer czasy wyborczych zwycięstw Tony’ego Blaira, co jasno wskazuje, jaką drogą będą teraz podążać laburzyści.

Spór o patriotyzm

Wprawdzie na konwencji zabrakło istotnych postulatów programowych, jednak kluczowa była zmiana narracji. W przemówieniu Starmera pojawiły się wątki patriotyczne, duma z bycia Brytyjczykiem, była także mowa o "wartościach rodzinnych". Nowe szefostwo partii zarzuca poprzedniemu, że traktowało każdy patriotyczny akcent jako przejaw nacjonalizmu. Odwołanie się do tych wątków ma pomóc laburzystom odzyskać wyborców klasy pracującej.

Komentatorzy, którzy z dużą niechęcią traktowali Corbyna, dziś w równym stopniu rozpływają się w zachwytach nad spokojem, kompetencją Starmera i wyznaczonym przez niego kierunkiem. Nie wszystkich jednak nowa Partia Pracy przekonuje.

"Keir Hardie, patriota, który zbudował Partię Pracy, uważał, że jego zadaniem jest kształtować debatę publiczną, a nie tylko na nią reagować. Dlatego jako socjalista i pacyfista sprzeciwiał się udziałowi Wielkiej Brytanii w pierwszej wojnie światowej, opowiadał się za samostanowieniem Indii i głośno walczył o prawa kobiet" - argumentuje publicystka Grace Blakeley.

Nie chce być "totalną opozycją"

Starmer zrywa z tym, co reprezentował Corbyn - nie chce już socjalistycznych postulatów, nie chce być pacyfistycznym, antykapitalistycznym, antyrządowym ruchem protestu. Sięgając po nomenklaturę znaną z naszego podwórka, nie chce być "totalną" opozycją, lecz opozycją "merytoryczną", "konstruktywną".

Programowo Starmer idzie bezpiecznie: mówi o konieczności walki z nierównościami, zmianami klimatycznymi, postuluje wysoką jakość usług publicznych i edukację na najwyższym poziomie. Jednocześnie wyciąga rękę do przedsiębiorców i przekonuje o konieczności wypracowywania rozwiązań w trójkącie rząd-związki-biznes.

Sir Keir mówi wprost: tylko obierając centrową, bezpieczną drogę z akcentami patriotycznymi i prorynkowymi mamy szansę na wyborcze zwycięstwa, jak w czasach Tony’ego Blaira. A o to przecież w polityce chodzi. Żeby wygrywać wybory i zmieniać życie ludzi na lepsze z Downing Street - argumentuje.

Swojego poprzednika oskarżył o doprowadzenie w grudniu 2019 r. do historycznej klęski wyborczej, a także podważenie zaufania do Partii Pracy w kwestii bezpieczeństwa narodowego.

Konflikt z socjalistami

Takie postawienie sprawy tylko pogłębiło ideowy konflikt Starmera z socjalistycznym skrzydłem laburzystów.

Konflikt ten narastał od miesięcy. Najpierw podejrzewano Starmera, że będzie chciał odejść od socjalistycznych postulatów, później zaobserwowano pierwsze symptomy odsuwania tego skrzydła od wpływów.

Najbardziej wymowne było wyrzucenie z gabinetu cieni Rebekki Long-Bailey, jego rywalki w walce o przywództwo w partii i zagorzałej "corbynistki". Long-Bailey została wyrzucona za zachwalanie na Twitterze wywiadu z aktorką i aktywistką Maxine Peake. Starmer uznał, że w wywiadzie promowane były antysemickie teorie spiskowe. Peake, w kontekście brutalności amerykańskiej policji, stwierdziła bowiem, że izraelskie służby zaangażowane były w trening funkcjonariuszy z USA. Nawiązała w ten sposób do raportu Amnesty International z 2016 r., gdzie taki wątek się pojawił. Long-Bailey nie chciała tweeta usunąć ani za udostępnienie go przeprosić, więc Starmer ją wyrzucił, by symbolicznie odciąć się od antysemityzmu, który zarzucano propalestyńskiemu Corbynowi i jego stronnikom.

Polityka odcinania balastu, za jaki uznawany jest w partyjnym mainstreamie dorobek corbynistów, zdaje się przynosić efekty. Laburzyści zrównali się w sondażach z torysami, a Starmer jest już oceniany nieco lepiej niż Boris Johnson.

Na jedno wychodzi?

Skutkiem ubocznym tej metamorfozy jest programowe zbliżenie dwóch największych ugrupowań na Wyspach. W obliczu kryzysu pandemiczno-gospodarczego Boris Johnson oświadczył jasno: nie będzie powrotu do polityki cięć. Dzisiejsza Partia Konserwatywna nie stroni od keynesizmu, a więc uruchamiania środków publicznych, by stymulować gospodarkę w czasach kryzysu, kosztem rosnącego zadłużenia. Obecni torysi również chcą wzmacniać usługi publiczne (przynajmniej deklaratywnie), a jeśli chodzi o klimat, to właściwie obie partie mówią jednym głosem. Być może mogliby się porządnie pokłócić o migrację, ale wobec pandemii nie ma za bardzo na to czasu i miejsca. Spór o brexit będzie się już raczej sprowadzał do poszczególnych aspektów umowy z UE, niekoniecznie całościowej wizji dotyczącej miejsca Wielkiej Brytanii w świecie.

Wyjaśnijmy, że na Wyspach nie ma ostrego światopoglądowego konfliktu prawica-lewica, jaki kojarzymy z polskiego podwórka. Jest daleko idący konsensus, dlatego kwestie takie jak prawa osób LGBT czy aborcja w ogóle nie są tematem debaty publicznej. W sytuacji gdy również poglądy gospodarcze torysów i laburzystów zaczynają się zlewać w jedno, różnice między nimi będą się sprowadzać do argumentu skuteczności.

I to się dzieje. Keir Starmer przekonuje, że Boris Johnson jest po prostu nieskuteczny i niekompetentny. Że nie radzi sobie z epidemią i gospodarką. Do wyborców kierowany jest następujący przekaz: wybierzcie lepszego menedżera do zarządzania krajem.

Spory z Borisem Johnsonem w Izbie Gmin przestały być walką dwóch różnych ideologii, dwóch różnych wizji państwa. Premier jest natomiast punktowany za konkretne działania (albo ich brak) i konkretne wpadki.

Nowa, milsza i bardziej patriotyczna Partia Pracy i nowa, bardziej prospołeczna Partia Konserwatywna spotkały się więc w połowie drogi i grają teraz na cztery ręce na jednym fortepianie, choć każda uważa, że gra zdecydowanie lepiej. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne