Reklama

Reklama

Węgierska prasa pisze o Polsce. "Podobieństwa są ewidentne"

​Między polityką obecnych rządów Polski i Węgier występują podobieństwa, ale wielkość Polski sprawia, że będzie ona miała coś do powiedzenia o przyszłości UE - ocenia w środę, po debacie w PE, prasa węgierska.

Gospodarczy tygodnik "Vilaggazdasag" podkreśla, że chociaż od wstąpienia do UE gospodarcze i polityczne drogi Węgier i Polski kształtowały się odmiennie, to w ostatnim czasie podobieństwa między nimi znów są ewidentne.

Reklama

"Rządząca elita polityczna zarówno w Polsce, jak i na Węgrzech nie podziela niektórych podstawowych wartości liberalnej demokracji, co do których w Europie Zachodniej występuje konsens wśród umiarkowanych partii" - czytamy w tygodniku.

Według pisma, nie chodzi przy tym o kwestie światopoglądowe i ideologiczne, tylko o "nieliberalne pojmowanie funkcjonowania instytucji demokratycznych".

"Od jesieni ubiegłego roku(...) w Polsce znacznie zostały uszczuplone kompetencje instytucji nadzorujących lub ograniczających władzę polityczną, osłabiła się zasada hamulców i równowagi. Nie przypadkiem różne organa KE domagają się od polskiego rządu wyjaśnień przede wszystkim w sprawach sposobu pojmowania państwa prawa(...)" - czytamy.

Tygodnik widzi też podobieństwa między Polską i Węgrami w tym, że od czasu przejęcia władzy przez PiS w Polsce - tak jak wcześniej na Węgrzech - "w ogniu krzyżowym znalazł się sektor bankowy" i rząd podejmuje w tej sferze podobne kroki, takie jak podatek bankowy czy konwersja kredytów we frankach szwajcarskich.

Zdaniem tygodnika "logicznym krokiem może być przebudowanie struktury własności sektora bankowego, upaństwowienie niektórych instytucji finansowych lub utworzenie państwowych banków".

Jednakże "polskim kamieniem probierczym będzie w istocie polityka finansowa państwa: jeśli uda się ustabilizować deficyt budżetowy poniżej 3 proc. PKB, a zadłużenie państwowe brutto na poziomie ok. 50 proc., to środowisko inwestorów zniesie najprzeróżniejsze zmiany polityczne, nawet gdyby trwały przez kilka lat" - ocenia tygodnik.

"Polska chce być mistrzem Europy, ale jej nie wierzą"

Lewicowy "Nepszabadsag" pisze po wtorkowej debacie w Strasburgu, że Polska "chce być mistrzem Europy, ale jej nie wierzą". Według dziennika premier Beata Szydło chciała zaprezentować się jako "wysłanniczka pokoju" i dlatego jeszcze przed południem spotkała się m.in. z przewodniczącym PE Martinem Schulzem.

Podczas debaty odbywała się jednak - według "Nepszabadsag" - "rozmowa głuchych": "Wielkie frakcje PE były zgodne, że w Polsce zagrożone są podstawowe wartości Unii. Beata Szydło kwestionowała te opinię".

Prawicowy "Magyar Nemzet" pisze natomiast, że zdecydowany front przeciwko środkowoeuropejskim państwom, które "zbłądziły na nieliberalną drogę", wyrażanie niepokoju o zasady państwa prawa, czy uruchomienie wobec Polski procedury ochrony państwa prawa wskazują na to, że "Bruksela z zasady nie toleruje odstępstw od głównego nurtu".

Stawiając pytanie, na ile poważnie można traktować unijne posunięcie wobec Polski, dziennik pisze, że były także głosy przeciwne wdrażaniu tej procedury. "Powód jest prosty: może to dać skutek odwrotny do zamierzonego i uaktywnić siły eurosceptyczne" - czytamy.

"Według naszych informatorów za wcześnie na wróżenie, czy Komisja zamierza zastosować wobec Polski ostre sankcje. Nadal celem jest osiągnięcie konsensu, ale też chęć pokazania, że (w Brukseli) nie godzą się na to, by w Europie zapuścił korzenie nowy model nieliberalny" - ocenia gazeta.

Dziennik podkreśla, że niczyim celem w Brukseli nie jest zaatakowanie Polski, choćby z tego względu, by nie popchnęło to państw środkowoeuropejskich "w kierunku coraz silniejszego sojuszu nieliberalnego".

Strasburski teatr

Komentator dziennika Istvan Pataky stawia zaś pytanie, czy rzeczywiście posunięcia władz polskich są sprzeczne z zasadami Unii i europejskim duchem, czy też może wystąpienie przeciwko Warszawie jest pretekstem do osłabienia i wykluczenia wschodnioeuropejskiego obszaru.

Według niego "strasburski teatr" ze swą "histeryczną tonacją" stanowi część "pracy" PE, nie należy więc przywiązywać do niego zbytniej wagi.

"Dużo ciekawsze jest pytanie, jaką rolę widzi dla Polski zachodnia połowa Europy. Niezdolność (UE) do podejmowania decyzji także w tej sferze zapewne da o sobie znać, zatem nie powinniśmy liczyć na szybką odpowiedź, ale coraz więcej wskazuje na to, że cały region Europy Wschodniej jest spisywany na straty, świadomie spychany na margines" - ocenia Pataky.

Podkreśla on jednak, że jakikolwiek kierunek obierze pogrążona w kryzysie Unia, "dużej i coraz silniejszej gospodarczo Polski nie można łatwo spisać na straty".

"Warszawa, która jest jednym z najważniejszych europejskich sojuszników Ameryki, stanowi ogromny rynek i jako państwo członkowskie głośno broni swoich interesów, będzie jeszcze miała - choć obecnie wydaje się pod presją - coś do powiedzenia w kształtowaniu przyszłości Unii" - konkluduje komentator.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje