Reklama

Reklama

Walczy o życie noworodków w Nyangao. "Są na krawędzi śmierci"

Marijke na jakiś czas porzuciła Holandię, swoją ojczyznę, nauczyła się mówić w suahili i szybko dostosowała się do zupełnie innej kultury. Wszystko po to, by spełnić swoje zawodowe powołanie – walkę o zdrowie kobiet i dzieci w Nyangao. O dwóch latach pracy na misji w Tanzanii opowiada Marijke Slenderbroek, lekarka współpracująca z Polską Misją Medyczną.

Marijke, zdążyłaś się już zadomowić w Tanzanii i na pewno za chwilę opowiesz o swoich przeżyciach, ale na początek dokończ trzy krótkie zdania: Cenię Tanzańczyków za...

Reklama

- Ich gościnność.

Zostałam lekarzem, bo...

- Pomaganie mam we krwi, zawsze wiedziałam, że będę to robić.

Swoją pracę rozpoczynam od...

- Wejścia ma oddział intensywnej terapii noworodka i sprawdzenie, co wydarzyło się w nocy...

Jak to się stało, że stałaś się częścią społeczności szpitala w Nyangao?

- To, co mnie sprowadziło do Tanzanii, to po prostu dużo szczęścia. Wybrałam zawód lekarza misyjnego, ponieważ bardzo lubię pracować w Afryce. Lubię wyzwania, które tutaj na mnie czekają i sprawia mi dużą satysfakcję, kiedy mogę uczyć innych. Kiedy dowiedziałam się, że szpital w Nyangao potrzebuje lekarza, szybko podjęłam decyzję. Świat afrykański znam, odkąd pierwszy raz wyjechałam do Ghany, a potem Kenii, jeszcze w trakcie studiów, więc nawet reakcja mojej rodziny była przychylna: "Świetnie, w końcu się udało". Razem z mężem planowaliśmy ten wyjazd od wielu lat. Spakowaliśmy się i z dwójką naszych dzieci wyruszyliśmy do Tanzanii. Mój młodszy syn miał wtedy rok, a starszy trzy lata.  

Z perspektywy trzech wyjazdów misyjnych dobrze wiesz, z jakimi problemami mierzą się szpitale, m.in. ten w Tanzanii?

- Pracuję na oddziale intensywnej terapii noworodka. Zajmuję się dziećmi, które czasami są na krawędzi życia i śmierci. Największy problem? Matki z chorymi noworodkami i kobiety ciężarne, które przychodzą do szpitala za późno. Nie chodzą na badania kontrolne, a my dowiadujemy się na samym końcu, że kobieta ma anemię lub HIV i zbyt wysokie ciśnienie tętnicze w ciąży. To jeszcze nie wszystko. Szpital mierzy się z dużymi brakami, więc zawsze trzeba mieć z tyłu głowy, że nie ma na przykład wystarczająco dużo sprzętu jednorazowego użytku. Ratujemy wszystkie kobiety, ale nie wszystkim jesteśmy w stanie pomóc.

- Często zdarza się, że kobiety po prostu nie mają pieniędzy na dojazd do szpitala, a oprócz tego Tanzańczycy, niestety, ciągle polegają na medycynie naturalnej, na przykład na ziołach, kościach. Oni naprawdę wierzą w moc uzdrowienia przez siły natury. Zazwyczaj, zanim przyjdą do szpitala, najpierw idą do lokalnego uzdrowiciela. Jeśli chodzi o porody, może częściej wybierają się prosto do szpitala, choć trzeba też powiedzieć, że 80 proc. porodów w Tanzanii odbywa się w domu, a szpital jest ostatecznością, gdy dzieje się coś złego. Co do innych dolegliwości, wpierw próbują ziołolecznictwa. A kiedy szaman nie pomoże, na pomoc szpitalną bywa już zbyt późno.

Poznałaś historie wielu kobiet. Nie wszystkie mają szczęśliwe zakończenie...

- Pamiętam dobrze jedną kobietę w ciąży z bliźniakami. Kiedy ją spotkałam była w 30. tygodniu ciąży i miała niebezpiecznie wysokie ciśnienie tętnicze. Przepisaliśmy jej lekarstwa, ale gdy jej stan się ustabilizował, od razu wypisała się ze szpitala. To bardzo częsta praktyka Tanzańczyków, żeby nie tracić pieniędzy. Wtedy kontakt z nią się urwał. Gdy zobaczyłam ją następnym razem, była w dziewiątym miesiącu ciąży - bardzo chora z powodu zbyt wysokiego ciśnienia. Zrobiliśmy wszystko, żeby uratować ją i jej dzieci. Wkrótce potem urodziła, ale maluszki ważyły niewiele, około kilograma każdy. Przez dwa tygodnie pozostały na oddziale intensywnej terapii noworodka. Po porodzie kobieta wyzdrowiała, z ogromną pomocą personelu medycznego, a potem cała trójka wróciła do domu. To był dla wszystkich bardzo wzruszający moment.

- Niestety, ta kobieta wróciła potem do szpitala. Jej stan się bardzo pogorszył i w ciągu kilku dni zmarła. To był duży cios dla rodziny, a zarazem problem, ponieważ osierociła dwójkę małych dzieci. Zdecydowaliśmy się na wspieranie bliźniaków. Teraz ogromnie się cieszę, widząc półroczne już, zdrowe dzieci, które zaczynają raczkować. Ta dwójka maluchów naprawdę chwyciła mnie za serce.

Gdyby kobieta miała dostęp do opieki medycznej, można by było uniknąć tragedii?

- Gdyby wszystkie oddziały w szpitalu były wyposażone w odpowiedni sprzęt, a personel wiedziałby, jak go użyć, moglibyśmy uratować znacznie więcej pacjentów. W ubiegłym roku Polska Misja Medyczna w ramach programu Polska Pomoc MSZ odnowiła i wyposażyła oddział ginekologiczny i położniczy. Jeszcze rok temu, przed remontem sali, na oddziale położniczym było siedem matek siedzących na ziemi. Nie było żadnego sprzętu, więc jeśli dzieci przychodziły na świat, to była loteria, które przeżyje, a które nie. Dzięki wsparciu z Polski udało nam się wybudować oddział intensywnej terapii noworodka i zmniejszyć śmiertelność noworodków o 30 proc. Jeśli chodzi o sytuację na innych oddziałach, nadal brakuje sprzętu, nawet tego podstawowego - materiałów opatrunkowych.

Polska Misja Medyczna w ramach akcji "Inkubator nadziei" zbiera fundusze na ratowanie życia dzieci w TanzaniiDziałania PMM można wesprzeć TUTAJ.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne