Reklama

Reklama

​USA: Spięcie w studiu Newsmax. Prezenter nie wytrzymał

Prezenter konserwatywnej, amerykańskiej stacji Newsmax, Bob Sellers, opuścił telewizyjne studio, gdy jego gość powtórzył teorie spiskowe o sfałszowanych wyborach prezydenckich.

Gościem Boba Sellersa był prezes firmy produkującej poduszki - Mike Lindell. Rozmowa miała dotyczyć zawieszenia Lindella na Twitterze. Zapytany o przyczyny tej sytuacji, Lindell odparł bez wahania: - Zabrali mi konto z powodu fałszerstw wyborczych przy pomocy maszyn Dominion, mam 100-procentowe dowody.

Reklama

Wówczas prowadzący podkreślił, że nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie tych słów.

Sellers oznajmił, że stacja Newsmax (która wcześniej również promowała teorie spiskowe na ten temat) uznaje wyniki wyborów prezydenckich za "legalne i ostateczne". Zaznaczył przy tym, że do takich konkluzji doszły także amerykańskie sądy.

- Nie chcemy uwiarygadniać twoich stwierdzeń, Mike - powiedział Sellers.

Przedsiębiorca jednak uparcie powtarzał, że ujawni dowody na sfałszowanie wyborów za pomocą maszyn Dominion.

- Mam pytanie do producentów: możemy się stąd wynieść? - zapytał Sellers, zanim niespodziewanie opuścił telewizyjne studio.

Wyjaśnijmy, że sprawę rzekomych fałszerstw wyborczych badał Departament Sprawiedliwości obsadzony jeszcze przez nominatów Donalda Trumpa, a także amerykańskie służby, władze stanowe, sądy stanowe i federalne. Wszyscy oni uznali, że wybory nie zostały sfałszowane. Nie potwierdziły się zarzuty dotyczące głosujących zmarłych czy maszyn Dominion. Zdominowany przez konserwatystów Sąd Najwyższy nie znalazł podstaw, by w ogóle zająć się tą sprawą.

Najważniejszy obecnie republikański polityk Mitch McConnell określił tezy o sfałszowanych wyborach mianem kłamstw.

Firma Dominion pozwała m.in. prezydenckiego prawnika Rudy'ego Giulianiego za zniesławienie i domaga się ponad miliarda dolarów odszkodowania.

(mim)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL