Reklama

Reklama

USA: Rubio ma największe szanse na nominację Republikanów

Wyborcy GOP dzielą się na różne frakcje, ale kluczowe w procesie nominacji jest centrum, które nie lubi radykałów i chce na prezydenta doświadczonego polityka. Największe szanse, by zdobyć ten elektorat, ma senator Marco Rubio - mówi analityk Henry Olsen.

Związany z ośrodkiem Ethics and Public Policy Center w Waszyngtonie Olsen jest jednym z głównych badaczy Partii Republikańskiej. Od lat analizuje profile jej wyborców oraz sondaże; właśnie ukazała się jego książka pt. "The Four Faces of the Republican Party: The Fight for the 2016 Presidential Nomination" (Cztery twarze Partii Republikańskiej: Walka o nominację w wyborach prezydenckich 2016).

Reklama

Olsen dzieli w niej wyborców Republikanów na cztery frakcje: umiarkowanych i liberalnych (25-30 proc. elektoratu); tzw. niepełnych konserwatystów (somewhat Republcans) (35-40 proc.) oraz bardzo konserwatywnych ewangelików (20 proc.) i bardzo konserwatywnych świeckich wyborców (5-10 proc.).

Każda z tych grup od lat wspiera różne typy kandydatów. Najprostsze do zdefiniowania są dwie ostatnie grupy superkonserwatystów. Ale to nie one liczą się w ostatecznym rozdaniu. Od lat największa i kluczowa w procesie nominacji jest grupa "niepełnych konserwatystów", którą media rozumieją najsłabiej - mówi  Olsen w rozmowie z PAP.

"To ludzie, którzy wspierają ideę amerykańskiego ruchu konserwatywnego. Chcą niższych podatków i mniejszego rządu. Lubią tradycyjne wartości, ale religia nie jest dla nich determinująca. I bardzo cenią sobie stabilność. Nie lubią Demokratów, bo ta partia reprezentuje dla nich radykalną zmianę. Ale po prawej stronie Partii Republikańskiej też widzą radykalizm i dlatego nie głosują tak jak bardzo konserwatywne frakcje" - tłumaczy Olsen. Ponadto wyróżnia ich "otwartość na imigrację" oraz to, że "zawsze głosują na osobę z doświadczeniem politycznym".

Typowym przedstawicielem tej grupy jest były spiker Izby Reprezentantów John Boehner. To ta grupa zapewniła cztery lata temu w prawyborach nominację Mittowi Romneyowi, a wcześniej poparła kandydaturę George'a W. Busha. "W czasach współczesnych to ci niepełni konserwatyści zawsze decydowali, kto uzyska nominację. Obecnie skłaniają się ku głosowaniu na Marco Rubio" - mówi Olsen.

44-letni Rubio nie ma co prawda zbyt imponującego doświadczenia (jest senatorem USA dopiero pierwszą kadencję, a wcześniej był spikerem parlamentu na Florydzie), ale o jego szansach przesądza w znacznej mierze to, że przynajmniej na razie kandydatura Jeba Busha okazuje się zupełnym niewypałem. To właśnie brat i syn byłych prezydentów, ulubieniec establishmentu, miał był głosem elektoratu centrowego. "Wydaje miliony dolarów, ale jego sondaże nie idą w górę - zauważył Olsen - To Rubio mobilizuje centrum. Jeśli utrzyma obecną (dynamikę) kampanii, to najprawdopodobniej zdobędzie nominację Republikanów".

Notowania Rubio wolno, ale systematycznie rosną od kilku miesięcy. Obecnie zajmuje trzecią pozycję wśród kilkunastu kandydatów Republikanów (za miliarderem Donaldem Trumpem i ultrakonserwatywnym senatorem z Teksasu Tedem Cruzem), ale już teraz prowadzi w sondażach, plasując się nie tylko z Bushem, ale i przed wszystkimi innymi kandydatami, którzy liczą na elektorat centrowy lub umiarkowany, jak gubernator Ohio John Kasich i gubernator New Jersey Chris Christie. Jeśli, jak przewiduje Olsen, Rubio pokona Busha, Kasicha i Christiego już na początku prawyborów, to niektórzy z nich szybko wycofają się z wyścigu, a wówczas wyborcy należący do umiarkowanego skrzydła Partii Republikańskiej przeniosą swoje głosy na Rubio. "To da mu bardzo silny przyrost poparcia zwłaszcza w dalszych fazach prawyborów, gdy zagłosują stany umiarkowane" - wyjaśnia.

Na ostatnim etapie prawyborów zwykle liczy się już tylko dwójka kandydatów. Zdaniem Olsena wszytko wskazuje na to, że tym razem będą to Rubio i Trump albo Rubio i Cruz, który jest popularny zwłaszcza wśród frakcji "bardzo konserwatywnych ewangelików". Zdaniem Olsena Rubio zwycięży w każdej z tych dwóch konfiguracji.

"Cruz jest zbyt radykalny i zbyt religijny" - wyjaśnia. Natomiast "niepełni konserwatyści" nie zagłosują na Trumpa, gdyż jest outsiderem politycznym i nie gwarantuje stabilności. "Nie wierzę, by ktoś taki jak Trump albo Cruz został wybrany na prezydenta. Obaj z różnych powodów wywołują bardzo silne negatywne reakcje ludzi z centrum" - dodaje Olsen. Jego zdaniem obaj ponieśliby też klęskę w pojedynku z faworytką Demokratów Hillary Clinton, co potwierdzają  sondaże.

Olsen przyznał, że zwolenników Trumpa można obecnie znaleźć we wszystkich frakcjach Republikanów poza "niepełnymi konserwatystami".

Sympatycy Trumpa "to ludzie, którzy mają najniższe wykształcenie spośród wyborców Partii Republikańskiej" - tłumaczy. To także osoby, które "zostały w tyle": gorzej powodzi im się w pracy i uważają, że są ignorowane przez elity. Dlatego są przeciwne imigrantom i globalizacji. Stanowią "amerykańską wersję" wyborców, którzy w Europie głosują na populistyczne i nacjonalistyczne partie protestu, jak francuski Front Narodowy czy Duńska Partia Ludowa.

"Ponieważ w USA mamy otwarty system prawyborów, to nie musi się, tak jak w Europie, zakładać osobnej partii; można próbować podważyć istniejący system i struktury partii w ramach prawyborów" - wyjaśnia rozmówca PAP.

To właśnie robi Trump, ale zdaniem Olsena, mimo obecnej pozycji lidera w republikańskich sondażach, miliarder ostatecznie przegra. Jest on bowiem "ekstremalnie polaryzujący"; prowadzi także w sondażach, w których wyborcom stawia się pytanie, na kogo nigdy nie zagłosują. "Ponieważ jego wyborcy są zjednoczeni, a przeciwnicy rozproszeni obecnie pomiędzy wielu różnych kandydatów, to jego prowadzenie (w sondażach) wygląda na duże - zauważa ekspert - Ale jeśli, jak zwykle, na koniec pozostanie dwóch kandydatów, w tym Trump, to myślę, że przegra. Niewielką różnicą, ale przegra".

Senatorowi Rubio sprzyja też proces prawyborów, który w USA trwa długo i jest bardzo skomplikowany.

Na początku głosuje większość stanów konserwatywnych, które - jak mówi Olsen - są najbardziej skłonne poprzeć Cruza. Nawet jeśli Cruz w nich wygra (jak wskazują sondaże np. w stanie Iowa, który wybiera jako pierwszy 1 lutego), to uzyska stosunkowo niewielu delegatów na konwencję krajową Republikanów, która w lipcu powinna zatwierdzić nominowanego. A to dlatego, że w polu boju będzie na początku wielu kandydatów i głosy (przeliczane proporcjonalnie na liczbę delegatów) rozłożą się.

Od 15 marca, gdy kandydaci zaczną się już wykruszać, głosować będą duże stany umiarkowane, z których pochodzi znacznie więcej delegatów, np. z Florydy 99, Illinois 69, a Kalifornii aż 172. Co więcej w 2012 roku partia zmieniła zasady i pozwoliła, by od połowy marca stany wybierały delegatów zgodnie z zasadą "zwycięzca bierze wszytko". A to oznacza, że pochodzący z Florydy Rubio będzie mógł tu zdobyć wszystkich 99 delegatów, nawet jeśli zwycięży niewielką przewagą. W Missisipi (głosuje 8 marca) popularny Cruz musiałby uzyskać ponad 50 proc. głosów, by przejąć wszystkich 39 delegatów.

Z Waszyngtonu Inga Czerny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje