Reklama

Reklama

USA: Kamala Harris przyjęła nominację na kandydatkę na wiceprezydenta

Senator Kamala Harris przyjęła w środę na konwencji Partii Demokratycznej nominację na kandydatkę na wiceprezydenta USA. W swych wystąpieniach zarówno Harris, jak i Joe Bidena poparli m.in. były prezydent Barack Obama i była sekretarz stanu Hillary Clinton.

Harris jest pierwszą w historii czarnoskórą kobietą i pierwszą Amerykanką pochodzenia azjatyckiego, która otrzymała nominację na urząd wiceprezydenta USA.

Reklama

Polityk przypominała o walce kobiet o ich prawa i o demokrację. Mówiła m.in. o swojej matce, która przybyła do USA z Indii i przyłączyła się do walki o prawa obywatelskie w latach 60. Harris mówiła o służbie społeczeństwu i jej znaczeniu, a także o niesprawiedliwości społecznej, braku równych szans dla wszystkich i rasizmie.

- Nie ma lekarstwa na rasizm. Trzeba nad tym pracować - apelowała, ubolewając nad obecną sytuacją w kraju.

- Ciągły chaos sprawia, że jesteśmy zagubieni. Niekompetencja wywołuje u nas strach. Bezduszność sprawia, że czujemy się samotni - wyliczała.

Wskazywała na wartości i wizję przekazywaną przez pokolenia Amerykanów, którą - jak mówiła - podziela Joe Biden. To wizja społeczeństwa, w którym wszyscy są mile widziani, "bez względu na to, jak wyglądają, skąd pochodzą lub kogo kochają" - mówiła.

- (To wizja) kraju, w którym możemy nie zgadzać się co do wszystkich szczegółów, ale łączy nas fundamentalne przekonanie, że każdy człowiek ma nieskończoną wartość, zasługuje na współczucie, godność i szacunek. Kraju, w którym zwracamy uwagę na siebie nawzajem, w którym wspólnie wznosimy się i upadamy, stawiamy czoło wyzwaniom i razem świętujemy triumfy. Dziś (...) taki kraj wydaje się odległy - przekonywała.

Obama atakuje Trumpa

W tym kontekście wzywała do wyboru Bidena na prezydenta.

- Musimy wybrać prezydenta, który przyniesie coś innego, coś lepszego i wykona ważną pracę. (...) Prezydenta, który zjednoczy nas wszystkich - czarnoskórych, białych, Latynosów, Azjatów, rdzennych mieszkańców - aby zapewnić nam przyszłość, której wspólnie pragniemy - postulowała Harris.

Ostro zaatakował prezydenta Trumpa jego poprzednik - Barack Obama. Twierdził, że Republikanin nie traktuje poważnie swojej pracy. Ostrzegał, że kolejne zwycięstwo Trumpa w wyborach zagroziłoby amerykańskiej demokracji.

- Nie był zainteresowany poświęceniem się pracy, szukaniem wspólnej płaszczyzny, wykorzystywaniem niezwykłej mocy swojego urzędu do pomocy komuś poza samym sobą i swoimi przyjaciółmi. Nie interesuje go traktowanie prezydentury jako czegoś innego niż kolejne reality show, które może wykorzystać, aby zwrócić na siebie uwagę - argumentował Obama.

Zarzucał obecnemu szefowi państwa, że stoi po stronie dyktatorów, osłabia pozycję kraju na arenie międzynarodowej i wykorzystuje wojsko "jako polityczną podporę przeciw pokojowym demonstrantom".

- Donald Trump nie dorósł do tego stanowiska. (...) A konsekwencje tego niepowodzenia są poważne. 170 000 Amerykanów nie żyje (z powodu pandemii koronawirusa - red.). Zniknęły miliony miejsc pracy. Wyzwoliły się nasze najgorsze odruchy, nasza dumna reputacja na świecie znacznie się pogorszyła, a nasze demokratyczne instytucje są zagrożone jak nigdy dotąd - przekonywał.

Obwiniał Trumpa za to, że pozwolił koronawirusowi wymknąć się spod kontroli.

- Nasza zdolność do współpracy przy rozwiązywaniu dużych problemów, takich jak pandemia, zależy od wierności faktom, nauce i logice, a nie od zmyślania - powiedział Obama, opowiadając się za Bidenem i twierdząc, że wszystko zależy od wyniku zbliżających się wyborów prezydenckich.

"Nie zapominajcie: Joe i Kamala mogą mieć 3 miliony głosów więcej, a i tak przegrać"

Do wyborów nawiązywała też Clinton. Przypomniała, że ubiegając się o prezydenturę w 2016 roku, zdobyła większe poparcie społeczeństwa niż Trump, a mimo to przegrała w Kolegium Elektorów.

- Nie zapominajcie: Joe i Kamala mogą mieć 3 miliony głosów więcej, a i tak przegrać. (...) Potrzebujemy liczb tak przytłaczających, by Trump nie mógł się przemknąć ani ukraść drogi do zwycięstwa - nawoływała.

Prezydenta zaatakowała też przewodnicząca Izby Reprezentantów USA Nancy Pelosi.

"Widziałam na własne oczy brak szacunku Donalda Trumpa dla faktów, rodzin pracujących, a zwłaszcza dla kobiet - brak szacunku zapisany w jego polityce dotyczącej zdrowia i naszych praw, a nie tylko w jego postępowaniu" - zarzucała prezydentowi.

Tematem przewodnim środowej Narodowej Konwencji Demokratów była "bardziej doskonała unia". Na nagraniach zwykli ludzie, ale też celebryci tacy jak piosenkarka Billie Eilish, mówili o takich palących problemach, jak pandemia, przemoc z użyciem broni palnej, zmiany klimatyczne i ochrona środowiska, przemoc seksualna wobec kobiet i imigracja.

Przekonywali, że Biden jest przywódcą, który potrafi te problemy rozwiązać.

Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje