Reklama

Reklama

​Tygodnik "Przegląd": Etiopska euforia

Premier Abiy Ahmed Ali rządzi dopiero od kwietnia, a już przekonał do siebie cały naród, w zawrotnym tempie zmieniając swój kraj - ocenia dziennikarz Tygodnika "Przegląd".

Zaledwie cztery miesiące po objęciu stanowiska szefa Rady Ministrów Etiopczycy dostrzegli w Abiym Ahmedzie nowego zbawiciela narodu. Udało mu się bowiem coś, co wydawało się niemożliwe - w lipcu nowy premier zawarł pokój z sąsiednią Erytreą, z którą Etiopię łączy i dzieli bolesna historia. Istotną rolę odgrywały w tym m.in. wzajemne roszczenia terytorialne. Gdy w 1993 r. Erytrea ogłosiła niepodległość, Etiopia straciła dostęp do Morza Czerwonego. Pięć lat później wybuchła między tymi spokrewnionymi krajami tzw. wojna graniczna, która w ciągu zaledwie dwóch lat pochłonęła ponad 90 tys. ofiar śmiertelnych.

Reklama

Złowroga granica rozdzieliła wiele rodzin. Mimo że po 1993 r. oba narody miały chłonąć płynącą z głośników propagandę podsycającą wzajemną nienawiść, wielu trwało w przeświadczeniu o jedności Etiopii i Erytrei. 29-letni Chamola nie widział matki od 11 lat. - Wolała zostać w Asmarze, ja nie wytrzymałem i uciekłem do Addis Abeby. Dopiero tydzień temu mama wreszcie mogła mnie odwiedzić. Niech Bóg błogosławi naszego nowego premiera! To on sprawił, że ta śmiercionośna granica znów jest przekraczalna i że nasza rodzina jest razem - cieszy się Erytrejczyk.

Chamola miał 18 lat, gdy pogarszająca się sytuacja polityczna skłoniła go do opuszczenia kraju. - Chcieli mnie zmusić do służby wojskowej. To Afewerki (prezydent Etiopii Isajas Afewerki - przyp. aut.) jest odpowiedzialny za ucieczkę tysięcy moich rówieśników w kierunku Europy. Ale stopniowo to się zmienia, bo erytrejski prezydent nie może ignorować polityki pokojowej Abiyego. Wciąż nie wierzę, że to się dzieje naprawdę!

Odprężenie na linii Addis Abeba-Asmara rzeczywiście jest w dużej mierze zasługą nowego premiera, który zmienia swój kraj w zawrotnym tempie, nie tylko w kwestii stosunków z Erytreą. Zniósł trwający od lat stan wyjątkowy i doprowadził do uchwalenia ustawy o amnestii, otwierającej bramy kilkuset więzień, w których przetrzymywano tysiące dysydentów. Co więcej, oficjalnie przeprosił ich za doznane krzywdy i za swoich poprzedników. Zapowiedział też m.in. stopniową prywatyzację koncernów państwowych i dalsze reformy, które mają zdemokratyzować Etiopię. - W ciągu kilku tygodni stało się coś, co nie wydarzyło się przez dekady - uważa Eskinder Nega, znany etiopski dziennikarz, który większość życia spędził w więzieniach, bo wykonywał swój zawód.

Nie jest więc szczególnie zdumiewające, że wszędzie widać nowego premiera. Abiy Ahmed spogląda z plakatów, transparentów i naklejek. Uśmiechniętą twarz szefa rządu widać na ścianach barów i bibliotek. Kult władców istniał tu już wcześniej, ale był zarządzany odgórnie. Teraz Etiopczycy zdobią mieszkania podobizną premiera z własnej woli. Nawet taksówkarze trzymają i wystawiają małe zdjęcia wschodzącej gwiazdy etiopskiej polityki w miejscu, które u nas przeznaczone jest dla św. Krzysztofa. A świeżo upieczeni rodzice nie muszą długo szukać imion dla synów.

Kim jest ów charyzmatyczny człowiek, który w tym tygodniu skończy dopiero 42 lata i przed objęciem urzędu prawie nikomu nie był znany? Jak na etiopskie warunki to polityk niezwykle nowoczesny i obeznany z mediami. Bezustannie mówi o zawieszeniu konfliktów i pojednaniu. W Etiopii oprócz duchownych żaden polityk nie przemawiał dotąd w ten sposób. Ostatnim etiopskim władcą, który zachowywał się jak kaznodzieja, był Hajle Sellasje, mistrzowsko opisany przez naszego "cesarza reportażu".

Abiy, syn muzułmanina i chrześcijanki, w oczach rodaków ma umiejętności pozwalające mu pojednać kilkadziesiąt grup etnicznych żyjących w Etiopii. Wszak trafił zwłaszcza do młodych ludzi, którzy uwierzyli, że ich lider może zmodernizować kraj, który (po Nigerii) jest drugim najludniejszym w Afryce, a zarazem jednym z najuboższych.

Polityczny parweniusz

Można odnieść wrażenie, że Abiy istotnie ma wszelkie potrzebne talenty. Studiował m.in. ekonomię i informatykę, także w USA. W pracy doktorskiej zawarł jednak już zagadnienia socjologiczne. Jej tytuł - "Rozwiązania w konfliktach religijnych". Ale czy ostatnie rozmowy z dyktatorem Erytrei (nazywanej przez zachodnich komentatorów Koreą Północną Afryki) i amnestia dla więźniów politycznych wystarczą, by przyznać mu Pokojową Nagrodę Nobla?

Zalewające łamy etiopskich gazet porównania z Barackiem Obamą nie są zupełnie pozbawione trafności. Jak wiadomo, były prezydent USA prowadził wojny i to mu nie zaszkodziło. Także Abiy nie jest jedynie koncyliacyjnym pacyfistą. Etiopskie wojsko zna od podszewki. Był wzorowym żołnierzem, dosłużył się rangi podpułkownika. Po ludobójstwie dokonanym w Ruandzie był w kontyngencie wojsk ONZ. W wojnie granicznej strzelał go erytrejskich żołnierzy. Był wtedy odpowiedzialny za służby wywiadowcze, które kontrolowały media elektroniczne i zbierały informacje o odszczepieńcach. Należał do Etiopskiego Ludowo-Rewolucyjnego Frontu Demokratycznego (EPRDF), który w 1991 r. obalił rządy "czerwonego dyktatora" Mengystu Hajle Marjama. Ruch ten miał na początku wyraźny profil lewicowy, jednak w trakcie rządów EPRDF porzucił dawne marksistowskie poglądy i przeistoczył się w partię wyznawców kapitalizmu, zręcznie przyczyniających się do szybkiego wzrostu gospodarczego w Etiopii. Władze EPRDF były zdominowane przez wpływowych ludzi Tigrajskiego Ludowego Frontu Wyzwolenia, którzy po transformacji ustrojowej zaczęli ulegać dyktatorskim impulsom.

Abiy był wtedy typowym politycznym parweniuszem, sprytnie i swobodnie poruszającym się w tym środowisku. Był wszędzie, a zarazem nikomu nie podpadał, niepostrzeżenie wspinając się po szczeblach kariery. Gdy jego nielubiany poprzednik Hajle Marjam Desalegne podał się w lutym do dymisji, żaden bukmacher polityczny nie miał 41-letniego wówczas posła na liście kandydatów. Było dwóch innych potencjalnych następców, ale jeden musiał ustąpić, bo nie był członkiem parlamentu, a drugi zrezygnował, gdy EPRDF postanowił wybrać nowego szefa partii. Wygrał w końcu Abiy Ahmed, pięć dni później był już szefem rządu. Starzy wyjadacze zastanawiali się, jakim cudem mało znany polityk tak szybko mógł się znaleźć na tak wysokim stanowisku.

Premier z Oromów

Przez większość rodaków został jednak od razu zaakceptowany, zwłaszcza przez swoich braci plemiennych. Abiy jest bowiem pierwszym etiopskim premierem wywodzącym się z licznej wprawdzie, lecz odwiecznie marginalizowanej grupy etnicznej Oromów, zamieszkujących południowe obszary kraju i przyległe tereny północnej Kenii. To była sensacja w elitarnych środowiskach Addis Abeby. Teraz Abiy jest szefem i rządu, i partii, ma więc ogromną swobodę przeprowadzania zmian w kraju, bo mimo że chce go zdemokratyzować, dalej tkwi w archaicznych strukturach stworzonych przez poprzedników. To paradoksalnie mu pomaga, bo jest nietykalny, a starszym kolegom partyjnym nie pozostaje nic innego, jak przyglądać się z przerażeniem zachodzącej rewolucji.

Relacje młodszych Etiopczyków zgadzają się z nagłówkami mówiącymi o panującym w kraju optymizmie, którego nie zdołał dotąd zgasić fakt, że euforia panuje tu po każdym przewrocie. - My go kochamy. Cieszę się, że rządzi ktoś z Oromów, ktoś, kto wreszcie pojedna nasz naród - entuzjazmuje się Kefale Kebede, 26-letni student ze stolicy. Można wręcz odnieść wrażenie, że premier tchnął w młodych ludzi ducha obywatelskiego. Młodzież czyta dziś gazety, śledzi programy informacyjne, tylko dlatego, by nie przegapić ani jednego newsa o swoim nowym premierze, który przemawia ich głosem. Z entuzjazmem ogląda, jak Abiy obejmuje Afewerkiego, porywa Etiopczyków przemówieniem albo jak w okularach słonecznych, uśmiechnięty, odpoczywa u siebie na tarasie. Polityk promieniuje optymizmem, co u zamkniętych w sobie Etiopczyków jest raczej rzadkie.

- Najpierw polityczny terror Mengystu Marjama, potem dyktatura Melesa Zenawiego. Już przestałem liczyć, jak często mnie zatrzymywano. Dopiero teraz zaczyna się rewolucja, jedyna taka na całym kontynencie - przekonuje Getaneh Balcha, jeden z liderów etiopskiej opozycji.

Co ciekawe, obecny prezydent Erytrei Isajas Afewerki pod koniec lat 80. współpracował z etiopskim władcą Zenawim, z którego ruchu wywodzi się także Abiy. Oba ugrupowania, EPRDF oraz ELF (Erytrejski Front Wyzwolenia), walczyły wspólnie w celu odsunięcia od rządów Mengystu Marjama. Niepodległościowe dążenia Afewerkiego doprowadziły jednak do rozłamu i przybierającego na sile konfliktu. Dla zdegustowanego tymi niesnaskami Afewerkiego obalenie komunistycznych władz w Etiopii było tylko rozbiegiem do odegrania ważniejszej roli w Erytrei. Autokratyzm w obu krajach rósł wraz z apetytem Zenawiego i Afewerkiego.

- My już się nie boimy. Od kilku miesięcy możemy wreszcie normalnie oddychać - twierdzi teraz Getaneh Balcha. Według niego także obawy związane z opadnięciem euforii, która tradycyjnie pojawia się w państwach Półwyspu Somalijskiego po każdej zmianie ustrojowej, tym razem nie istnieją. - Abiy ma po swojej stronie prawie wszystkie grupy etniczne w Etiopii. Jeśli ktoś chciałby przeprowadzić pucz, rozpętałby wojnę domową z całym narodem - przekonuje.

Trochę jak Solidarność

Niektórym ekspertom od Afryki etiopska rewolucja przypomina w pewnym stopniu fenomen polskiej Solidarności lub upadku muru berlińskiego. Jednak w przeciwieństwie do Solidarności jest na Zachodzie niemal niezauważana. A mamy do czynienia z przełomem, głośnym sygnałem dla pozostałych państw afrykańskich. Abiy pokazuje ponadto Europie i Ameryce, że Róg Afryki otworzył się na ich pomoc. Premier zmierza bowiem wyraźnie ku gospodarce wolnorynkowej i demokratyzacji Etiopii. Nie zmienia to faktu, że Addis Abeba nadal upatruje w Pekinie silnego partnera, kierującego na Półwysep Somalijski znaczny strumień pieniędzy, inwestującego w etiopską infrastrukturę, oświatę i gospodarkę. Więzi z Chinami są zresztą dla niektórych etiopskich obserwatorów powodem do sceptycyzmu. - Stare elity zostały odesłane do lamusa, ale stary system wciąż istnieje. Pałowanie "niegrzecznych" opozycjonistów na ulicach nadal jest na porządku dziennym - twierdzi Bethlehem Tilahun, przedsiębiorczyni z Addis Abeby.

Czy deszcz komplementów, który spada na nowego premiera, nie jest zatem przedwczesny? W czerwcu na jednym z jego wieców ktoś rzucił w ludzi granatami, zginęły dwie osoby. Dwa tygodnie temu zabito inżyniera, który na zlecenie rządu budował w kraju nowe zapory. Na południu i wschodzie rywalizują rozmaite plemiona. Dopiero w ubiegłym tygodniu w regionie graniczącym z Somalią etiopski rząd udaremnił powstańcze zapędy Abdiego Mohamuda Omara, który nie akceptuje nowego rządu. - Abiy ma także wrogów we własnej partii, poprzednicy mają zbyt wiele do stracenia, aby biernie się przyglądać jego działaniom - tłumaczy Getaneh Balcha. Podobnego zdania jest Bethlehem Tilahun. - Abiy zachowuje się jak reformator i pacyfista, ale jest też zdyscyplinowanym wojskowym. Dlatego zawczasu wyrzucił wszystkich generałów, którzy mogli się okazać niewygodni. Pucz przeciwko niemu jest więc mało prawdopodobny. Ale jeśli jego reformy zawiodą, szybko zostanie skonfrontowany z niechęcią narodu. Gdyby doszło do ludowego powstania, bez mrugnięcia okiem by interweniował, sięgając po wszystkie środki, jakie ma do dyspozycji. Przecież jest częścią tego systemu - obawia się 39-letnia Etiopka, której firma SoleRebels wytwarzająca buty z materiałów z recyklingu prosperuje już na całym świecie. W 2012 r. Bethlehem Tilahun znalazła się na liście 100 najbardziej wpływowych kobiet magazynu "Forbes". Z drugiej strony Etiopka wierzy w politykę premiera i jego otwarcie na Zachód. - Mam nadzieję, że Europa i Ameryka wreszcie uznają potencjał Etiopii. Ale my potrzebujemy już nie pomocy rozwojowej, tylko zwykłych inwestorów, którzy pomogą stworzyć nowe miejsca pracy - postuluje.

Pomoc - bez względu na to, w jakiej formie - na pewno jest potrzebna. 70% ze 105 mln mieszkańców Etiopii nie ukończyło 30. roku życia. 40 mln młodych nie ma stałej pracy. Na razie Abiy Ahmed skupia się na zarządzaniu rozhuśtanymi emocjami tej części Etiopczyków, która okazała się podatna na hasła o zmianach ekonomicznych. Przez młodych rodaków premier będzie rozliczany przede wszystkim z reform. W każdym razie praca na ulicach Addis Abeby wre, wszędzie widać dźwigi i słychać wiercenie. Jeśli jednak na prowincji jego reformy się nie powiodą i nie skonsoliduje on tam elektoratu, ten przyśpieszony kapitalizm może się okazać bombą z opóźnionym zapłonem.


Wojciech Osiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy