Reklama

Reklama

"Szanse na odnalezienie kogoś przy życiu są znikome"

Po drugim dniu poszukiwań rozbitków z cementowca Cemfjord szkockie ratownictwo morskie odwołało swoje łodzie do baz. "Myślę, że gdyby udało im się dostać na tratwy albo do wody, zostaliby już odnalezieni” – podkreśla Stewart Taylor dowódca ratowników ze Stromness na Orkadach.

O brzasku łodzie wypłynęły dziś ponownie na wody cieśniny Pentland Firth, gdzie nocą wrak statku dryfował powoli na wschód, skąd przypłynął dwa dni wcześniej.

Reklama

Dowódca placówki ratownictwa ze Stromness na Orkadach był przygnębiony brakiem rezultatów poszukiwań załogi, mówiąc po odwołaniu pięciu łodzi: "Helikoptery nadal przeczesują okolicę, a grupy straży przybrzeżnej przeszukują wyspy" - powiedział BBC Stewart Taylor.

"Myślę, że gdyby udało im się dostać na tratwy albo do wody, zostaliby już odnalezieni. Poszukiwania były na wielką skalę w ciągu minionej doby" - dodał Taylor.

Czy marynarze mogliby przetrwać niezauważeni do tej pory? Szkocki ratownik nie ma na to jasnej odpowiedzi.

"Trudno powiedzieć, to zależy, czy wpadli do wody. Wtedy nie przetrwaliby długo, chyba że w odpowiednim kombinezonie. Ale nie wiadomo, gdzie była załoga w chwili wypadku. Nie tracimy jednak nadziei, może są gdzieś na brzegu" - powiedział BBC komendant ratownictwa ze Stromness na Orakadach.

Czterej członkowie załogi zatopionego u wybrzeży Szkocji statku "Cemfjord" to mieszkańcy Trójmiasta - powiedziała PAP konsul Anna Dzięciołowska z konsulatu generalnego RP w Edynburgu. Członkowie ośmioosobowej załogi statku uważani są za zaginionych.

Dwóch członków załogi pochodziło z zachodniego Pomorza, a jeden ze środkowej Polski. Polakami byli kapitan z dużym doświadczeniem, pierwszy oficer i starszy mechanik. Najmłodszy z Polaków miał 24 lata. Ósmy załogant był marynarzem z Filipin.

Armator, firma Brise z Hamburga, poinformował już rodziny przez swego przedstawiciela w Szczecinie.

"Szkoci twierdzą, że w panujących na Morzu Północnym niesprzyjających warunkach szanse odnalezienia kogoś przy życiu wiele godzin po katastrofie są znikome. Dopóki jednak trwają poszukiwania, załogę statku uważa się za zaginioną" - powiedziała Dzięciołowska.

"Nowy rok zaczął się dla nas od ludzkiej tragedii" - dodała.

Zbudowany 30 lat temu Cemfjord przewoził 2 tys. ton cementu z Danii do Runcorn na zachodnim wybrzeżu Anglii. Statek o długości 83 metrów i wyporności 2301 ton był zarejestrowany na Cyprze.

Jego wystający z wody dziób został zauważony przez płynący z Orkadów do szkockiego Aberdeen prom Hrossey w zatoce Pentland Firth, w odległości ok. 10 mil morskich na wschód od czterech niezamieszkanych wysepek Pentland Skerries położonych ok. 15 mil od portu w Wick.

"Cement w trakcie przewożenia zachowuje się nieco podobnie jak płyn, zmieniając środek ciężkości. Na Morzu Północnym od kilku dni utrzymuje się sztormowa pogoda, znienacka pojawiają się bardzo wysokie fale. Morze Północne jest nieprzyjemne, zdradliwe i przede wszystkim bardzo zimne. Ładunek mógł się przemieścić przy sztormowej pogodzie, ale jest za wcześnie, by przesądzać, co było przyczyną zatonięcia" - dodała Dzięciołowska.

Ze względu na to, że statek przed zatonięciem nie wysłał żadnego sygnału SOS, można przypuszczać, iż "zatonięcie nastąpiło bardzo szybko, a załoga została zupełnie zaskoczona" - zauważyła.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy