Reklama

Reklama

​Szalona podróż jamnika-żeglarza. Przebył 16 tys. kilometrów, by być ze swoimi właścicielami

Jamniczka o imieniu Pipsqueak towarzyszyła swoim właścicielom w podróży dookoła świata łodzią. Przez pandemię Zoe i Guy Eilbeck oraz ich dwaj synowie zmuszeni zostali do powrotu do Australii. Niestety nie mogli zabrać ze sobą psa - relacjonuje CNN. To był początek eskapady jamniczki.

W Australii obowiązują surowe przepisy dotyczące wwozu zwierząt. To prawo uniemożliwiło Eilbeckom zabranie pupilki do domu. W ostatniej chwili musieli jej zorganizować opiekę. Wydawało im się, że rozłąka potrwa zaledwie kilka tygodni. Okazało się, że koronawirus pokrzyżował wszystkie.

Reklama

Rodzina Eilbecków wyruszyła z Australii w czteroletnią podróż łodzią dookoła świata. Jamniczka Pipsqueak dołączyła do nich w 2018 roku w Messynie na Sycylii, bardzo szybko adaptując się do życia na pokładzie. Zoe zdawała sobie sprawę z tego, że ewentualne przywiezienie Pip do Australii będzie się wiązać z żmudnym procesem biurokratycznym i 10-dniową kwarantanną, jednak wydawało się że to sprawa do załatwienia w odległej przyszłości.

Rozdzielił ich COVID-19

Kiedy na świecie zaczął się szerzyć koronawirus, rodzina zdecydowała się zawinąć do portu w amerykańskiej Południowej Karolinie, gdzie mieli nadzieję znaleźć bezpieczną przystań dla swojej łodzi. Pomyśleli też o tym, że trzeba znaleźć opiekę dla psa. Zoe wynajęła samochód i wyruszyła w ośmiogodzinną podróż do swojej znajomej w Karolinie Północnej, u której jamniczka miała zamieszkać. Pies trafił z łodzi wprost na farmę bizonów.

Niestety okazało się, że przyjaciółka rodziny może się nim zająć tylko przez krótki okres, w związku z czym jamniczka znalazła się w innej rodzinie. W ogłoszeniu nie umieszczono zbyt wielu informacji na temat Pipa i nowi opiekunowie myśleli początkowo, że pies został porzucony przez rodzinę, która postanowiła wrócić do Australii.

Szybko okazało się, że pierwsze wrażenie było złudne, a przebywający w Australii opiekunowie robią wszystko co możliwe i walczą z biurokracją, by odzyskać czworonoga.

Aby móc przyjechać z USA do Australii Pip potrzebowała amerykańskich dokumentów i konkretnych badań laboratoryjnych. Uzyskanie ich było trudne ze względu na lockdown. Kiedy wreszcie się udało, Pip napotkała kolejną przeszkodę - australijski narodowy przewoźnik lotniczy ogłosił, że przestaje zabierać psy na pokład.

Daleka droga do domu

Dzięki determinacji właścicieli udało się dowiedzieć, że psa można przywieźć, jeżeli poleci z Los Angeles do Auckland w Nowej Zelandii, z pomocą firmy zajmującej się przewozem zwierząt. Problemem było przetransportowanie go z Karoliny Północnej do Los Angeles. Z pomocą przyszła wolontariuszka z fundacji ratującej psy, która poleciała z jamnikiem. W Los Angeles zwierzakiem zajęła się firma przewozowa. Gdy następnego dnia samolot z Pipsqueak wystartował, śledziły go oczy dotychczasowych opiekunów, rozsianych po świecie.

Jamniczka przybyła do Nowej Zelandii i została poddana kwarantannie. Nazajutrz wysłano ją samolotem do Sydney, gdzie czekało ją kolejne 10 dni kwarantanny, która jest obowiązkowa dla każdego zwierzęcia wwożonego do Australii. Kiedy kwarantanna się zakończyła przed psiakiem wyrosła nowa przeszkoda. Z powodu wzrostu liczby zakażeń granice pomiędzy stanami Wiktoria i Nowa Południowa Walia zostały zamknięte. Pip wziął do siebie brat Zoe.

Po tym, jak historią psiej podróżniczki zainteresowały się lokalne media, przewoźnik Virgin Australia zdecydował się dostarczyć psa do domu.

Rodzina obawiała się, że Pipsqeak może ich nie pamiętać. Okazało się, że niepotrzebnie. Jak relacjonuje CNN, Pip rzuciła się w ich stronę, gdy tylko usłyszała znajome głosy. Aby odzyskać swoją rodzinę przebyła pół świata. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne