Reklama

Reklama

​Swiatłana Cichanouska: Na Białorusi nikt nie wybaczy Łukaszence tego, co zrobił

Przyszłość Alaksandra Łukaszenki na Białorusi zależy od niego samego, choć Białorusinom trudno byłoby wyobrazić go sobie jako kandydata w wolnych wyborach. Nikt nie wybaczy mu tego, co zrobił - mówi w rozmowie z Polską Agencją Prasową Swiatłana Cichanouska, kandydatka opozycji w wyborach prezydenckich 9 sierpnia.

PAP: Jaka jest przyszłość Alaksandra Łukaszenki na Białorusi?

Reklama

Swiatłana Cichanouska: - To zależy od niego. Jest takim samym obywatelem Białorusi, jak każdy z nas. Sam zadecyduje, czy będzie uprawiał ogródek, czy będzie chciał wyjechać, czy zostać w kraju.

A będzie miał szansę wystartowania w wolnych wyborach prezydenckich?

- Jest wolnym obywatelem, wybory będą wolne, każdy więc będzie mógł wziąć w nich udział. Pytanie, czy będzie miał do tego moralne prawo. Ludzie nie potrafią sobie nawet wyobrazić go w roli kandydata. Nikt nie wybaczy mu tego, co zrobił.

Pani zdaniem Łukaszenka powinien być osądzony za brutalne represje wobec demonstrantów?

- Każdy winny powinien ponieść karę, a o tym, kto to będzie, zadecyduje sprawiedliwy sąd.

Kim jest obecnie Swiatłana Cichanouska - byłą kandydatką na prezydenta Białorusi, liderem opozycji czy przedstawicielką narodu?

- Zastanawiamy się nad tym, jak mnie określać. Może być i "była kandydatka na prezydenta", i "prezydent wybrany przez naród", i "lider narodowy". Najbliższe jest mi określenie "symbol przemian".

Czy białoruska opozycja ma już lidera?

- Przede wszystkim nie jesteśmy już opozycją. Stanowimy większość. Jeżeli chodzi o liderów, nie ma ich i nikt ich nie poszukuje. Teraz każdy człowiek jest u nas liderem sam dla siebie. W ostatnim czasie poziom samoorganizacji wzrósł do tak wysokiego poziomu, że każdy może być liderem.

A na czym polega rola utworzonej przez opozycję Rady Koordynacyjnej?

- Główną rolą jest rola pośrednika w rozmowach między narodem a obecną władzą. W momencie, kiedy zapadnie decyzja o złożeniu przez władzę pełnomocnictw i ogłoszeniu nowych wyborów, powinien być ktoś, kto poinformuje o tym naród. Jako że mnie tam nie ma, powołana została Rada, w której skład weszły dziesiątki aktywnych osób z różnych dziedzin i warstw społecznych. Ciągle wpływają od chętnych nowe wnioski o dołączenie.

Jaka jest pani rola w Radzie?

- Jestem inicjatorką jej powołania, ale nie jestem jej liderką, gdyż nie mogę na bieżąco reagować na dynamicznie zachodzące zmiany w kraju. Moją rolą jest uzgadnianie działań, omawianie planów. Nie jest to jednak rola zasadnicza. Zasadniczą rolę odgrywa prezydium Rady.

Głównym celem Rady Koordynacyjnej jest ogłoszenie nowych wyborów prezydenckich?

- Tak, naszym celem są nowe, wolne, przejrzyste wybory prezydenckie. To, czego żądają ludzie.

Czy udało się już nawiązać kontakt z obecną władzą Białorusi?

- Nie, ale pracujemy nad tym i sytuacja w każdej chwili może ulec zmianie. Tymczasem w strukturach rządowych ludzie zaczynają wątpić, zauważalny jest rozłam. Oni widzą nastroje ludzi, ile osób wychodzi na demonstracje. Rozumieją, że wcześniej czy później naród zwycięży, gdyż nie godzi się już na dalsze życie w państwie pod kierownictwem pana Łukaszenki.

Czy podjęła już pani decyzję w sprawie udziału w ewentualnych nowych wyborach?

- Decyzję podjęłam już dawno. Nie zamierzam ponownie ubiegać się o urząd prezydenta.

Czy Rada Koordynacyjna posiada konkretny plan działań, program na rzecz zorganizowania nowych wyborów?

- Mamy obecnie taką sytuację na Białorusi, która nie pozwala kreślić konkretnego planu. Sytuacja zmienia się każdego dnia. Nasila się presja. Dwoje członków prezydium Rady jest w areszcie. Każdego dnia mamy inną sytuację i do niej się dostosowujemy.

Czy rozważacie możliwość, że nie uda się przeprowadzić nowych, wolnych wyborów?

- Nie, to nie jest możliwe. Rozmawiamy, analizujemy różne warianty, jak to osiągnąć. Białorusini nie potrafią już spokojnie żyć, gdy u władzy jest ten człowiek. Nie wybaczą mu.

Wolnej Białorusi w waszej wizji bliżej będzie do Unii Europejskiej czy do Rosji, z którą obecnie łączy ją wiele umów politycznych, gospodarczych, prawnych?

- Prawo do decydowania o tym, w jakim kierunku będzie podążała Białoruś, należy do narodu białoruskiego. Określenie tego nie jest teraz naszym zadaniem. To będzie zadanie dla przyszłego prezydenta, być może również nowego parlamentu. To wszystko będzie potem, teraz nie to jest ważne.

Niektórzy zachodni politycy wskazują, że problemem obecnie nie jest Łukaszenka, tylko prezydent Rosji Władimir Putin. Sądzicie, że Kreml tak po prostu "odpuści" Białoruś?

- Oczywiście mamy bardzo bliskie kontakty z Rosją, ale jesteśmy państwem niezależnym i to, co teraz dzieje się w kraju, jest sprawą wewnętrzną Białorusi. Tylko naród białoruski może zadecydować o tym, w jakim kierunku mamy podążać, jak mamy żyć, jak wychodzić z tego kryzysu. Jest to sprawa naszej odpowiedzialności. Pozwólcie nam samym rozstrzygnąć ten problem.

Skontaktowali się już z panią liderzy wielu państw. Czy Rosji również?

- Nie mieliśmy na razie takich kontaktów, ale jesteśmy otwarci na dialog z każdym państwem i jesteśmy wdzięczni za udzielane wsparcie. Telefonowało do nas wielu, by wyrazić poparcie dla narodu białoruskiego.

Na Białorusi pogarsza się sytuacja gospodarcza i finansowa. W jaki sposób wpłynie to na polityczne procesy w kraju?

- W obecnej sytuacji jest to nieuniknione. Im szybciej wyjdziemy z kryzysu politycznego, w tym mniejszy gospodarczy dół wpadniemy. Ta sytuacja pogrąża władzę i przyspiesza procesy przemian. Rządzący powinni to rozumieć i powinni jak najszybciej podjąć dialog. Nikomu nie zależy na pogarszaniu się sytuacji gospodarczej, materialnej, ale ludzie rozumieją, że nie da się tego uniknąć. Godzą się na to z całą odpowiedzialnością, bo nie chcą już żyć z tym prezydentem.

Białoruś ma blisko 10 mln mieszkańców. Czy da się oszacować, ilu z nich popiera procesy przemian, ilu Alaksandra Łukaszenkę, a ilu pozostaje obojętnych?

- Nie, to nie jest możliwe. Gdyby głosy w wyborach prezydenckich były policzone sprawiedliwie, mielibyśmy wyraźny obraz. Niestety, dziś nikt nie jest w stanie wskazać, jak proporcjonalnie podzieliły się głosy, chociaż prosiliśmy ich o to, błagaliśmy. Widzimy wiece poparcia dla Łukaszenki, ale udział w nich nie jest dobrowolny. Porównujemy atmosferę na tych wiecach z atmosferą na wiecach wolnych ludzi, którzy idą z otwartą duszą.

Spadek liczebności protestów w ostatnich dniach to zjawisko tymczasowe czy pewna tendencja?

- Ludzie potrzebują wytchnienia. Nie mogą każdego dnia odbywać się wielotysięczne wiece, demonstracje. Zauważamy natomiast coraz więcej małych grup zespołów pracowniczych, które okazują solidarność. Akcje protestacyjne odbywają się też praktycznie w każdym mieście i miasteczku. Nie są one tak liczebne jak w Mińsku, ale jest ich coraz więcej. Ci ludzie powinni przekroczyć własny próg strachu. Świadomość ludzka nie zmienia się w jednym momencie. Teraz jest ten czas, w którym każdy dokonuje wyboru. Wielki wpływ na zmianę świadomości miały brutalne represje, obecne zwolnienia z pracy, zastraszanie. Sądzę, że w najbliższy weekend ludzie ponownie zademonstrują i pokażą, że jest nas bardzo wielu.

Czy możemy już mówić o pewnym zwycięstwie narodu białoruskiego?

- Największym naszym zwycięstwem jest obecnie to, że poczuliśmy się narodem. Nie jesteśmy już poszczególnymi osobami, gdzieś walczącymi. Zjednoczyliśmy się i stanowimy naród, który ma prawo żyć w wolnym kraju, ma prawo chodzić po ulicach i nie bać się, że zostanie się pojmanym. Mamy prawo mówić, stać, oklaskiwać. Jesteśmy teraz zjednoczeni duchem. Uświadamiamy sobie, że stanowimy siłę i w nią wierzymy.

Jakiej pomocy oczekujecie od innych państw, narodów?

- Jesteśmy wdzięczni za każde wsparcie, za to, że informujecie, że mówicie o tym, że ludzie są bici, bez powodów wtrącani do więzienia. Wszyscy powinni jednak pamiętać, że jest to nasz wewnętrzny kryzys i nie chcemy bezpośredniego wtrącania się. Jeśli jednak ktoś wyrazi chęć pośredniczenia w zaistniałej sytuacji, bycia pośrednikiem w negocjacjach, z radością powitamy każdą inicjatywę.

Od dwóch tygodni jest pani na Litwie. Jak się tu pani czuje?

- Fizycznie czuję się tu dobrze, bezpiecznie. Każdego dnia budzę się jednak z myślą, że tam naród białoruski walczy, a ja nie jestem razem z nim. Oczywiście robię tu wszystko, co w mojej mocy, staram się pomóc, ale moje serce jest tam.

Od kilku miesięcy nieustannie pani pracuje, jest w napięciu, podejmuje trudne decyzje, udziela dziesiątków wywiadów. Skąd czerpie pani na to siły?

- Czerpię siły jeszcze z wewnętrznych zapasów, a największą radość czerpię z bycia z dziećmi.

11 września będzie pani obchodziła urodziny. Co byłoby dla pani największym prezentem?

- Chciałabym wrócić do domu. A wrócić będę mogła tylko wtedy, gdy będę się tam czuła bezpiecznie, a więc tylko wówczas, gdy rozpoczną się negocjacje, które doprowadzą do nowych, sprawiedliwych wyborów.

Rozmawiała Aleksandra Akińczo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje