Reklama

Reklama

Snajper zabił chłopca: "Głupi, wyszedł na dach"

Pozornie w otoczonej bazaltowym murem starej dzielnicy Diyarbakiru, Sur, życie toczy się normalnie. Przed meczetem Ulu siedzą na niskich stołkach mężczyźni, popijając mocną kurdyjską kawę. Główną ulicą Gazi przejeżdżają samochody. Czasami słychać klakson.

Wystarczy jednak trochę zboczyć z drogi i wejść w wąskie uliczki tuż za miejskim targiem, aby zobaczyć ślady walk, które jeszcze kilka dni temu toczyły się tam między oddziałami tureckiej policji a grupami młodych kurdyjskich bojówkarzy, prawdopodobnie powiązanymi z Partią Pracujących Kurdystanu (PKK).

Reklama

Co krok można się natknąć na wzniesione przez YDG-H (Patriotyczno-Rewolucyjny Ruch Młodzieżowy) barykady, na które składają się dziesiątki białych worków wypełnionych szczelnie cementem. Stosy powyrywanej z chodników kostki brukowej walają się pod ścianami pokaleczonych pociskami domów. W oknach nie ma szyb. Dzieci bawią się błyszczącymi łuskami.

“To właściwie była wojna" - mówi PAP 50-letni Hassan, właściciel sklepu na pobliskim bazarze, mieszkający w samym sercu Sur. “Przez kilka dni w ogóle nie mogłem wyjść z domu, nawet po to, żeby kupić chleb. Zaraz za rogiem była barykada, po drugiej stronie stała policja. Wszyscy do siebie strzelali. Byłem głodny, ale bałem się nawet nos wystawić na zewnątrz".

Na pytanie, kim byli bojówkarze stawiający opór policji, Hassan wzrusza ramionami. “Rząd twierdzi, że Sur było opanowane przez PKK, ale według mnie to nie jest prawda. Może faktycznie było tu kilku starszych rangą ludzi z PKK, żeby tym kierować, ale ci, którzy strzelali, to byli wszystko młodzi chłopcy z zasłoniętymi twarzami. I wiesz, co jest najciekawsze, któregoś dnia wszyscy po prostu zniknęli. Rozpłynęli się w powietrzu i oni, i ich broń. A przecież wszystkie wyjścia z dzielnicy były zablokowane przez policję. Mysz się nie mogła prześlizgnąć".

Hassan wylicza zabytki znajdujące się w Sur, które ucierpiały podczas prowadzonych tam walk. Są wśród nich dwa ormiańskie kościoły, meczet i kawałek bizantyjskich murów otaczających miasto, które na początku lipca tego roku zostały wpisane na listę zabytków UNESCO.

Jeden z kościołów, Surp Giragos, odrestaurowany kilka lat temu przez prywatną ormiańską fundację, do niedawna cieszył się dużą popularnością zarówno wśród ludności miejscowej, jak i turystów, którzy przychodzili do mieszczącej się w jego ogrodzie restauracji, aby spróbować lokalnych kurdyjskich i ormiańskich potraw. Jednak dwa tygodnie temu na ulicy tuż obok murów tego kościoła wybuchła bomba, po której do tej pory został olbrzymi lej. W kościele i otaczających go budynkach poleciały wszystkie szyby - mówi PAP Gozde, młoda kobieta prowadząca mały sklepik z ormiańskimi pamiątkami mieszczący się na jego terenie.

Fundacja postanowiła zamknąć świątynię do odwołania. Gozde przychodzi jednak do pracy codziennie rano, aby podlać kwiaty, sprawdzić, czy wszystko jest na miejscu i ewentualnie udzielić informacji jakimś zabłąkanym turystom, których obecnie w Diyarbakirze jest niewielu.

"Siedzę do jakiejś trzeciej po południu, zamykam wszystko na cztery spusty i zwiewam do domu. Na starym mieście po zapadnięciu zmroku jest teraz dosyć niebezpiecznie. Nigdy nie wiadomo, czy nie dosięgnie cię gdzieś jakaś zabłąkana kula" - tłumaczy Gozde.

Fronton znajdującego się niedaleko meczetu Kursunlu jest cały podziurawiony kulami. W niskim murze odgradzającym meczet od małego placu, na który prowadzą dwie wąskie uliczki, jest olbrzymi wyłom.

Kilkunastoletni chłopcy sprzedający w okolicy meczetu miejscowe rogale mówią PAP, że na pobliskich ulicach toczyły się ostre walki. Wejścia na plac broniły barykady. W końcu tureckie oddziały specjalne przyprowadziły czołg i ten rozwalił i jedną z barykad, i meczetowy mur.

“Na dodatek snajper zastrzelił mojego kolegę. Głupi, wyszedł na dach pobawić się z gołębiami, które hodował, i dostał kulką prosto w czoło" - opowiada jeden z chłopców. Na pytanie, kogo popiera, czyni palcami znak zwycięstwa. W Sur, gdzie mieszkają właściwie sami Kurdowie, czynią go instynktownie wszyscy, gdy tylko słyszą nazwę prokurdyjskiej partii Salahettina Demirtasa, HDP, która w czerwcowych wyborach po raz pierwszy w historii Turcji weszła do parlamentu. Wszyscy tutaj liczą, że 1 listopada HDP powtórzy ten sam wynik.

Historii o przypadkowych śmierciach słyszy się w tej dzielnicy więcej. Na przykład o kilkunastoletniej dziewczynie, która w czasie jednej z blokad dzielnicy wyszła w biały dzień po chleb dla całej rodziny i już nie wróciła.

“Wszyscy tutaj wiedzą, że zabiła ją policja" - mówi PAP kobieta, która twierdzi, że mieszka zaraz obok domu ofiary. “Ale jak jej wuj poszedł odebrać ciało, to dali mu do podpisania jakiś papierek i on to podpisał, bo po turecku nie potrafi czytać. A kiedy przyszedł do domu, to się okazało, że tam było napisane, że dziewczyna się sama zabiła".

Stojąca nieopodal grupa młodych mężczyzn pali papierosy i udaje, że nie przysłuchuje się tej rozmowie. Dziennikarz lokalnej telewizji chce im zrobić zdjęcie, jednak mężczyźni odmawiają. Chętnie jednak odpowiadają na pytanie, czy w dzielnicy faktycznie działa PKK.

“Jaka PKK? Żadnej PKK tu nie ma. My się broniliśmy i będziemy się bronić, bo policja chce nas wybić" - mówi PAP jeden z nich. Wskazuje na ścianę budynku, tuż obok meczetu, na której ktoś wysoko grubym pędzlem napisał po turecku: “Poznacie jeszcze siłę Turków", a poniżej: “Wola Allaha wystarczy, aby wszystko pokonać".

“Czy to normalne, żeby policja takie rzeczy na murach wypisywała" - pyta wyraźnie rozgoryczony. “Wg mnie to jakaś Armia Islamska, a nie normalna policja. Ale my się im nie damy. Jeśli będzie trzeba, zginiemy, ale się nie damy".

Wg doniesień prasy tureckiej i międzynarodowej po zerwaniu rozmów pokojowych, które do lipca rząd Turcji prowadził z PKK, ogniska potyczek zbrojnych w południowo-wschodniej części kraju między kurdyjskimi grupami zbrojnymi a policją i armią turecką w wielu przypadkach przeniosły się z terenów wiejskich do miast.

Walki toczą się sporadycznie na ulicach Cizre, Silvanu, Lice, Diyarbakiru, a także wielu innych miast. Wszystkie te miasta były w ostatnich miesiącach sporadycznie blokowane przez policję, wprowadzano godzinę policyjną.

Wszędzie w starciach giną młodzi ludzie; tureckie źródła rządowe nazywają ich bojówkarzami YDG-H i terrorystami z PKK. Miejscowa ludność, a także prokurdyjska HDP często jednak utrzymują, że w wielu wypadkach są to zwykli cywile albo niezorganizowana miejscowa młodzież, która popiera obie organizacje.

“To jest młode pokolenie, wściekłe na to, co się tutaj dzieje, dlatego biorą inicjatywę w swoje ręce" - określa ich zachowanie Osman Baydemir, poseł z ramienia prokurdyjskiej HDP do tureckiego parlamentu.

Rząd turecki nie zgadza się jednak z taką interpretacją. “To nie jest spontaniczny tłum, który się spotyka, bo wysłali sobie tweeta" - powiedziało ostatnio agencji Reutera źródło w tureckiej armii. “To organizacja, która ma strukturę i jest kierowana z gór Qandil (w północnym Iraku, gdzie znajduje się dowództwo PKK)".

Jeszcze kilka miesięcy temu mieszkańcy Diyarbakiru, nieoficjalnej stolicy tureckiego Kurdystanu, myśleli, że złe czasy się dla nich skończyły. Starcia między armia rządową a PKK w regionie ustały. W mieście pojawiło się więcej turystów.

Teraz nikt już nie wierzy, że wkrótce w regionie znowu zapanuje spokój. “Nie wiem, co będzie dalej. Nie wiem i nie chcę o tym nawet myśleć" - mówi PAP Cahit, właściciel sklepu z dywanami. “Od dwóch miesięcy nic nie sprzedałem. Turystów jak na lekarstwo. Nikt tu przecież teraz nie chce przyjeżdżać."

Z Diyarbakiru Agnieszka Rakoczy

Dowiedz się więcej na temat: Turcja | Kurdowie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje