Reklama

Reklama

​Serbia: Uprowadzeni pracownicy ambasady w Libii zginęli w nalocie USA

Premier Serbii Aleksandar Vuczić ogłosił w sobotę, że dwoje pracowników ambasady serbskiej w Libii uprowadzonych w listopadzie przez dżihadystów zginęło w piątek wskutek bombardowania bazy wojskowej Państwa Islamskiego przy granicy Tunezji przez lotnictwo USA.

Mamy do czynienia z "kryzysem zaistniałym w związku ze sprawą zakładników" - oświadczył szef rządu serbskiego, wyjaśniając, że zakładnicy zostaliby uwolnieni, gdyby nie amerykański atak powietrzny.

"Zadziałały siły od nas niezależne" - oświadczył premier w radiu B-92. Jak dodał, amerykańskie służby wywiadowcze twierdzą, że nie wiedziały, iż w bombardowanym obiekcie przebywają zagraniczni obywatele.

Członkowie personelu serbskiej ambasady w Libii, którzy zginęli w bombardowaniu, to specjalistka od łączności Sladjana Stanković i kierowca Jovica Stepić. Zidentyfikowane na podstawie fotografii zwłoki obu ofiar mają być przewiezione w poniedziałek samolotem do Belgradu.

Reklama

Vuczić zapowiedział, że będzie nalegał na wyjaśnienie sprawy i "powie (Amerykanom) wszystko twarzą w twarz", ale nie zamierza zaostrzać stosunków ze Stanami Zjednoczonymi.

"Nasze stosunki z USA uległy w ostatnim czasie poprawie. Historycznie rzecz biorąc nie były łatwe i teraz mamy potwierdzenie, że nasi ludzie zginęli od amerykańskiej bomby" - oświadczył.

Zapytany, dlaczego komunikował kilkakrotnie, że sprawa zostanie rozwiązana, a serbscy obywatele zostaną uwolnieni "w ciągu 48 godzin", odparł: "Otrzymaliśmy taką obietnicę. Byliśmy bardzo blisko ich uwolnienia".

Jedna z libijskich milicji proponowała Serbii przeprowadzenie wspólnej akcji odbicia zakładników. "Ostatecznie jednak doszliśmy do wniosku, ze operacja spowodowałaby bardzo wiele ofiar, a zagrożeni byliby również nasi uprowadzeni obywatele" - powiedział premier. "Rozmawialiśmy także z zaprzyjaźnionymi służbami - z rosyjską FSB i z CIA, ale najkonkretniejsze informacje o miejscu przetrzymywania naszych obywateli uzyskaliśmy od Hiszpanów" - ujawnił.

Amerykańskie myśliwce bombardujące samoloty F-15E zaatakowały w piątek obóz treningowy Państwa Islamskiego (IS) położony w Libii, w pobliżu granicy tunezyjskiej. W bombardowaniu zginęło 40 osób, wśród których znajdowali się prawdopodobnie dżihadyści odpowiedzialni za zeszłoroczne zamachy w Tunezji.

Rząd USA potwierdził w piątek, że samoloty USA zbombardowały obóz IS niedaleko miejscowości Sabratah, a ludzie, którzy tam przebywali stanowili "bezpośrednie zagrożenie" dla bezpieczeństwa USA. Jak wyjaśnił rzecznik amerykańskiego dowództwa odpowiedzialnego za operacje w Afryce, pułkownik Mark Cheadle, głównym celem amerykańskiej operacji był Tunezyjczyk Nuredin Szuszan powiązany z dwoma dużymi zamachami terrorystycznymi w Tunezji.

Rząd libijski, uznany niedawno przez społeczność międzynarodową, potępił w sobotę rajd amerykańskiego lotnictwa przeprowadzony na zachód od Trypolisu, uznając go za "naruszenie suwerenności Libii".

W związku ze śmiercią dwojga serbskich zakładników Moskwa wezwała w sobotę USA i inne państwa NATO, aby "odpowiedzialnie podchodziły" do wyboru celów nalotów lotniczych w celu "uniknięcia ofiar wśród niewinnych ludzi". Takie wezwanie pojawiło się w komentarzu rzeczniczki rosyjskiego MSZ Marii Zacharowej na stronie ministerstwa.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje