Reklama

Reklama

RMF24: "Nie wiemy, skąd spadł Hajzer. Nie możemy niczego zweryfikować"

- Jeśli są dobre warunki pogodowe, to wszystko powinno się wyjaśnić dość szybko – mówi o zaginięciu na Gaszerbrum I Artura Hajzera Marek Wierzbowski, sekretarz generalny Polskiego Związku Alpinizmu. - Odpadnięcie ze ściany może oznaczać wszystko. Nie wiemy, skąd spadł Hajzer. Kontakt radiowy był bardzo słaby z bazą, więc jest za wcześnie, żeby cokolwiek wiedzieć. Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie zweryfikować w stu procentach właściwie niczego – podkreśla.

Marek Wierzbowski, sekretarz generalny Polskiego Związku Alpinizmu: Artur Hajzer i Marcin Kaczkan wyszli do obozu trzeciego, by zdobyć Gaszerbrum I. W związku z silnym wiatrem zawrócili z ataku szczytowego, zeszli do obozu trzeciego, skąd połączyli się radiowo z bazą. Powiedzieli, że wszystko jest ok, że schodzą do dwójki. Następnie rodzina Artura otrzymała od niego SMS-a, że Marcin spadł japońskim kuluarem i kontakt się urwał. O 3. w nocy czasu lokalnego do obozu drugiego wyruszyli Rosjanie. Po dotarciu na miejsce zastali Marcina Kaczkana w dobrej formie. Poinformował ich, że Artur nie żyje. Nie są to informacje przekazywane do nas bezpośrednio. Ani Rosjanie, którzy doszli do obozu drugiego, ani Marcin Kaczkan nie mają telefonu satelitarnego. To wszystko idzie drogą radiową do bazy i następnie dostaje się do nas. Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie zweryfikować w stu procentach właściwie niczego.

Reklama

Maciej Jermakow, RMF FM: Jak wyglądają teraz kolejne kroki? Tam trwa akcja ratownicza? Rosjanie są jeszcze w drodze?

- Marcin schodzi w tej chwili do obozu pierwszego, a stamtąd będzie schodził do bazy. W bazie będzie prawdopodobnie jutro, jeśli pogoda na to pozwoli. Wtedy dopiero będziemy coś więcej wiedzieć tak naprawdę na ten temat. Akcja trwa. Rosjanie na pewno sprawdzą, co się stało z Arturem Hajzerem i będziemy wtedy posiadać pewniejsze informacje. Z racji na położenie tego miejsca komunikacja jest słaba, nawet komunikacja radiowa jest bardzo słaba, co podkreślały nam osoby będące w bazie. Trudno jest powiedzieć w tej chwili więcej.

Ile taka akcja ratunkowa może trwać? Jak to wygląda?

- Jeśli są dobre warunki pogodowe, to wszystko powinno się wyjaśnić dość szybko. To wszystko się dzieje stosunkowo nisko i jeśli będzie możliwość, to może polecieć helikopter, jeśli byłaby potrzeba akcji poszukiwawczej.

A co to dokładnie, dla laika znaczy, że himalaista odpadł od ściany? To upadek z bardzo dużej wysokości czy to może być kilka metrów?

- To może oznaczać wszystko. Nie wiemy skąd spadł, ile poleciał. To jest wróżenie z fusów. Kontakt radiowy był bardzo słaby z bazą, więc jest za wcześnie, żeby cokolwiek wiedzieć.

Dwa niezależne wypadki polskich himalaistów

Krzysztof Wielicki, członek programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015 podkreślił wcześniej w rozmowie z RMF FM, że Polacy mieli dwa niezależne wypadki podczas wejścia na Gaszerbrum I. - Marcin Kaczkan też spadł, tylko widocznie jego lot był krótszy. Wygrzebał się z tego i wrócił do obozu. Być może Artur miał mniej szczęścia - wyjaśnił. Podkreślił, że wiadomość o śmierci Hajzera jest cały czas niepotwierdzona. - To Kaczkan poinformował Niemców, że Artur nie żyje i że jego ciało jest gdzieś pod kuluarem japońskim - tłumaczył. Do końca nie wiemy czy to ciało, czy jest ranny oraz czy Marcin był przy nim, czy nie. To jest dopiero wyjaśniane - zastrzegł.

- Nasi przyjaciele z niemieckiej wyprawy mają wyjaśnić to z Marcinem przez łączność radiową i Rosjanami, którzy są tam na przełęczy, żeby potwierdzili czy to jest Artur Hajzer i czy znaleźli Artura, bo mogło się zdarzyć, że coś innego się stało. Rosjanie i Marcin są tam na przełęczy i z namiotu pod kuluar jest około 15 do 20 minut, więc myślę, że sprawdzają ten teren - dodał.

Maciej Jermakow

Maciej Nycz


Dowiedz się więcej na temat: himalaizm | wypadek | Polacy | góry

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje