Reklama

Reklama

​Reporterzy bez Granic: Niemiecki wywiad niweczy wolność

Niemiecki wywiad BND miał latami inwigilować dziennikarzy i redakcje na całym świecie. Szef organizacji Reporterzy bez Granic (ROG) nie jest tym zaskoczony.

DW: Tygodnik "Der Spiegel" doniósł, że Federalna Służba Wywiadowcza (BND) miała latami inwigilować dziennikarzy. Zaskoczyło to pana?

Reklama

Christian Mihr, szef organizacji Reporterzy bez Granic: - Niestety nie. Organizacja Reporterzy bez Granic (ROG) już od dawna zajmuje się masową inwigilacją i zagrożeniami, jakie niesie ona dla dziennikarstwa i wolności prasy. Już dawno obawialiśmy się, że BND w ramach masowej selekcji komunikacji będzie obserwować także dziennikarzy - jako pewnego rodzaju dodatkowy "połów". To, że BND najwidoczniej celowo obserwowała dziennikarzy, jest już czymś mocnym, ale nie zaskakującym.

Jak pisze "Der Spiegel“, niemiecki wywiad kontrolował sieci telefoniczne agencji Reutera, redakcji "New York Times" i BBC m.in. w Afganistanie, Pakistanie i Londynie. Co mogło być celem?

- Jedna z interpretacji zakłada, że BND przypuszcza, iż dziennikarze pracujący w tych krajach, mogą posiadać informacje odnośnie terrorystów. Być może też ruchu migracji.

Gromadzenie i analizowanie takich informacji należy do zadań wywiadu. Jakie ma pan zastrzeżenia?

- Organy ścigania muszą ujawnić plany terrorystów, ale zadaniem dziennikarzy jest zapewnienie, że ich rozmówcy mogą liczyć na anonimowość. W przeciwnym razie zagraża to relacji zaufania łączącej dziennikarzy i ich informantorów. Ochrona źródeł jest czymś fundamentalnym w dziennikarstwie. Jeśli BND to ignoruje, jest to niebezpieczne. Tym niemiecki rząd zaprzecza własnym zasadom: Niemcy były obok Brazylii jednym z państw, które w rezolucji ONZ przeforsowały prawo do prywatności i zaangażowały się w roli jego stróża. Obecny obraz jest wstrząsający.

W październiku ubiegłego roku niemiecki rząd na nowo ustalił kompetencje wywiadu zagranicznego. Pan krytykował tę ustawę jeszcze przed jej uchwaleniem przez Bundestag, określając ją jako "zapowiedź łamania konstytucji". Dlaczego?

- Według tej ustawy ludzie mogą - i tym samym również dziennikarze - być w pełni inwigilowani poza granicami UE. Ustawa ma chronić Niemców [dla innych krajów UE dopuszczona jest ograniczona inwigilacja - red.], realizuje zatem trójpodział. Niektórym osobom odbiera jedno z praw człowieka, pomimo, iż prawa te są niezbywalne i niepodzielne.

- Do tego dochodzi problem techniczny. Trójpodział nie może właściwie funkcjonować. Dobrym przykładem jest praca nad tzw. kwitami z Panamy. Research ten byłby niemożliwy bez międzynarodowej współpracy. Niemieccy dziennikarze współpracowali z kolegami po fachu na całym świecie. Zgodnie z ustawą dane dotyczące niemieckich dziennikarzy nie mogą być przechowywane, ale wraz z obserwacją np. pakistańskiego dziennikarza będzie przechowywana najprawdopodobniej także treść korespondencji niemieckich dziennikarzy. A zatem trójpodział nie może i nie powinien mieć miejsca. Jest niezgodny z konstytucją. Podkreśla to nie tylko nasza organizacja, ale i renomowani znawcy prawa państwowego i międzynarodowego.

"Stowarzyszenie na rzecz prawa do wolności" m.in. w imieniu Reporterów bez Granic zaskarżyło ustawę do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego. Jak pan ocenia szanse tej skargi?

Krytyka ustawy była od początku niemal jednomyślna - nie tylko ze strony organizacji broniących praw człowieka i organizacji dziennikarskich, ale także ze strony trzech obserwatorów ONZ. A to już dość niezwykłe. Zwykle specjalni wysłańcy ONZ zajmują się krajami, w których sytuacja praw podstawowych i praw człowieka jest o wiele trudniejsza niż w Niemczech. Dlatego wierzymy w sukces naszej skargi konstytucyjnej.

Rozmawiał Klaus Dahmann / tł. Katarzyna Domagała/Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje