Reklama

Reklama

Referendum zagrożeniem dla stabilizacji na Bałkanach?

Mieszkańcy Republiki Serbskiej, jednej z części składowych Bośni i Hercegowiny, zagłosują dziś w referendum, w którym odpowiedzą na pytanie, czy 9 stycznia ma zostać oficjalnym Dniem Państwowości tej części kraju. Tego dnia w 1992 roku bośniaccy Serbowie ogłosili powstanie niepodległej Republiki Serbskiej wewnątrz Bośni i Hercegowiny, pozostającej wówczas formalnie częścią składową Jugosławii.

Większość ekspertów jest zdania, że plebiscyt może być początkiem secesji kraju. Jeśli nie bezpośrednim, to co najmniej spowoduje rozpisywanie kolejnych referendów, które mogą zaburzyć stabilizację w regionie.

Reklama

Zgodnie z Układem z Dayton zawartym 21 listopada 1995 roku, Bośnia i Hercegowina została podzielona na dwie główne części: Republikę Serbską zamieszkałą w większości przez bośniackich Serbów oraz Federację Bośni i Hercegowiny, zamieszkałą przez Chorwatów oraz Boszniaków, czyli bośniackich muzułmanów. Obie jednostki spajają centralne władze Bośni i Hercegowiny z trzyosobowym prezydium, składającym się z przedstawicieli trzech głównych narodowości.

Bośniaccy Serbowie od dawna domagają się niepodległości. Leżąca na wschodzie kraju Republika Serbska posiada własny parlament i prezydenta. Jest nim kontrowersyjny Milorad Dodik, któremu zarzuca się działania separatystyczne. To on, mimo orzeczenia bośniackiego sądu konstytucyjnego zabraniającego organizacji referendum, zdecydował o jego przeprowadzeniu.

W czwartek Dodik odwiedził Moskwę, gdzie szukał poparcia dla swoich działań. Rosja nie tylko wspiera referendum, ale przede wszystkim dążenia do oderwania Republiki z Bośni i Hercegowiny. Kiedy Dodik odwiedził Rosję w zeszłym roku, zwierzchnik Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego patriarcha Cyryl nazwał go bohaterem, roztaczającym pieczę nad prawosławną Europą.

Przeciwne rozpisaniu referendum są Waszyngton oraz Bruksela. Goszczący niedawno w Banja Luce przedstawiciel Unii Europejskiej w Bośni i Hercegowinie Lars-Gunnar Wigemark podkreślał, że referendum nie powinno się odbyć.

Podobnego zdania są Serbowie. Premier Aleksander Vucić podkreślił, że jego rząd nie popiera referendum i uważa je za błąd, który może doprowadzić do zburzenia ładu osiągniętego dzięki porozumieniu z Dayton. W tej sprawie zaprotestowało również ośmiu ambasadorów z krajów, które nadzorują sytuację w Bośni i Hercegowinie po rozpadzie Jugosławii. Wśród nich są Niemcy, Kanada, USA i Francja.

Dzisiejsze referendum odbywa się w cieniu starań Bośni i Hercegowiny o zostanie kandydatem na członka Unii Europejskiej. W środę Bruksela zaakceptowała wniosek tego kraju o członkostwo w Unii, który kraj ten przesłał Brukseli w lutym.

Dowiedz się więcej na temat: Bośnia i Hercegowina

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama