Reklama

Reklama

"Putin ze strony USA nie ma się czego obawiać"

Pogłębia się krytyka polityki prezydenta Baracka Obamy po zerwaniu rozmów amerykańsko-rosyjskich o Syrii. "Putin kalkuluje, że ze strony USA nie ma się czego obawiać" - komentuje jeden z ekspertów.

Krytyka polityki administracji prezydenta USA Baracka Obamy w sprawie Syrii nasiliła się po niedawnym zerwaniu rozmów z Rosją, kiedy perspektywy zakończenia tragicznej w skutkach wojny domowej w tym bliskowschodnim kraju jeszcze bardziej się oddaliły.

Reklama

Na cenzurowanym jest uporczywa niechęć Obamy do militarnego zaangażowania w Syrii. Większość opinii publicznej w USA popiera jednak jego decyzję niewysłania tam wojsk lądowych, a proponowane utworzenie "bezpiecznych stref" dla ludności cywilnej wymagałoby operacji zbrojnych grożących konfrontacją z działającymi w Syrii siłami rosyjskimi.

Eksperci zarzucają prezydentowi, że nie zarządził wojskowej interwencji we wczesnej fazie wojny, kiedy mogła ona, ich zdaniem, przeważyć szalę na korzyść rebeliantów. Zapobiegłoby to dalszym walkom, śmierci setek tysięcy ludzi i fali uchodźców zalewającej Europę.

"Na wczesnym etapie powstania wiele jednostek armii syryjskiej i ich dowódców rozważało przejście na stronę powstańców. Jakikolwiek przejaw siły ze strony USA lub NATO prowadziłby do wykruszania się reżimu. Tak jednak się nie stało wskutek błędnego osądu sytuacji przez Obamę" - powiedział PAP Hassan Mneimneh z waszyngtońskiego Instytutu Bliskiego Wschodu.

Prezydent uzasadniał odmowę interwencji tym, że konflikt "jest skomplikowany", że interwencja go tylko przedłuży i w efekcie urosną w siłę ekstremiści islamscy. Chociaż Stany Zjednoczone nie interweniowały, wojna i tak trwa i jej przedłużanie się doprowadziło do powstania Państwa Islamskiego - wskazuje Mneimneh.

Niektórzy eksperci ds. Bliskiego Wschodu, jak Paul Pillar z Uniwersytetu Georgetown, uważają jednak, że prozachodnia, świecka opozycja syryjska od początku była zbyt słaba i podzielona, by nawet z pomocą USA pokonać reżim i zdobyć władzę w kraju.

Od początku konfliktu w Syrii podejmowano wysiłki na rzecz dyplomatycznego jego rozwiązania. Niedawny rozejm uzgodniony na podstawie rosyjsko-amerykańskiego porozumienia był kolejną próbą w tym kierunku. Ale po militarnej interwencji Rosji rozpoczętej we wrześniu 2015 r. stało się jasne, że próby dyplomatycznego rozwiązania konfliktu nie mają szans powodzenia, ponieważ popierająca opozycję Ameryka ma zupełnie odmienne cele niż Rosja, której zależy na utrzymaniu przy władzy prezydenta Syrii Baszara el-Asada - uważają komentatorzy w USA. Strona amerykańska była też z góry na straconej pozycji, gdyż wykluczyła poparcie negocjacji groźbą użycia siły.

"Moskwa uznała to za wyraz słabości administracji Obamy"

Plan zawieszenia broni gwarantował pozostawienie reżimu Asada u władzy na czas nieokreślony, co było dużym ustępstwem na rzecz Rosji, więc Waszyngton liczył, że strona rosyjska będzie go przestrzegać. Moskwa uznała jednak to ustępstwo za kolejny wyraz słabości administracji Obamy i nie licząc się z warunkami rozejmu nasiliła wspólną z siłami reżimowymi ofensywę w Aleppo.

"Korzystając z amerykańskich koncesji, Putin postanowił dążyć do rozstrzygającego zwycięstwa - odbicia największego miasta Syrii (Aleppo - PAP). Jeżeli ofensywa się powiedzie, odpadnie wszelka możliwość utraty władzy przez Asada. Jeśli się nie uda, Kreml uważa, że zawsze może wrócić do rozmów z zawsze chętnym do nich (sekretarzem stanu) Johnem Kerry'ym" - pisze "Washington Post".

Z kolei prezydent Rosji Władimir "Putin kalkuluje, że ze strony USA nie ma się czego obawiać. Jest tak pewny siebie, że zerwał umowę o współpracy nuklearnej z Waszyngtonem, przedstawiając listę twardych warunków jej wznowienia, w tym zniesienie sankcji (za agresję na Ukrainie - PAP)" - wskazuje waszyngtoński dziennik.

Taką samą opinię wyrażają eksperci. "Na obecnym etapie Rosja i Iran nie zaprzestaną wysiłków na rzecz osiągnięcia swoich celów w Syrii, jeśli nie odczują prawdziwej presji ze strony USA. Nie będą negocjowali bez presji w postaci militarnego zaangażowania Ameryki" - powiedział PAP Matthew McInnis z waszyngtońskiego think tanku American Enterprise Institute.

"Administracja Obamy nie uwzględniła faktu, że nie może być pokojowego rozwiązania konfliktu w Syrii bez wsparcia militarnego. Rezygnacja z wczesnej interwencji w Syrii przyczyniła się do tego, że frakcje rebeliantów w tym kraju się zradykalizowały" - napisał w swym raporcie Anthony Cordesman z Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie.

Rząd amerykański rozważa teraz dostarczenie nowoczesnej broni obrońcom Aleppo i bombardowanie rakietami cruise pozostających na lotniskach samolotów i helikopterów syryjskich, które reżim używa do nalotów na cywilne cele na terenach zajętych przez rebeliantów.

Unieszkodliwienie syryjskich sił powietrznych jest warunkiem stworzenia "bezpiecznych stref" dla cywilów, do czego wzywa wielu polityków, jak prominentny senator republikański John McCain. Poparła to także kandydatka Demokratów na prezydenta Hillary Clinton, a ostatnio kandydat GOP na wiceprezydenta Mike Pence.

Prawdopodobnie i to wszakże będzie wymagało działań wojsk lądowych w celu zapewnienia ludności bezpieczeństwa na dłuższą metę. Waszyngton liczy, że byłyby do tego gotowe sąsiadujące z Syrią państwa, jak Turcja.

"Trump przekaże Syrię swemu przyjacielowi Putinowi"

Eksperci zwracają jednak uwagę, że ewentualna akcja przeciw lotnictwu reżimu Asada zwiększa także ryzyko konfliktu z Rosją.

"Ci, co mówią o utworzeniu bezpiecznych stref, nie biorą pod uwagę militarnych konsekwencji takiej akcji i ryzyka konfrontacji w powietrzu z Rosją" - powiedział w czwartek Paul Pillar w dyskusji o Syrii w programie radia NPR.

W USA pogłębia się pesymizm co do możliwości zakończenia wojny. Zdaniem Pillara może ona trwać przez dziesięciolecia, jak kiedyś wojna domowa w Libanie. Przewiduje się, że w najbliższym czasie siły reżimowe wspomagane przez Rosję zdobędą Aleppo.

"Rosja chce zdobyć jak najwięcej terytorium przed wyborami w USA, żeby być w lepszej pozycji negocjacyjnej" - uważa Matthew McInnis.

Według Hassana Mneimneha czarne dni czekają Syrię bezpośrednio po amerykańskich wyborach. "Jeżeli wygra je Clinton, Moskwa nasili ofensywę, aby utrwalić swoje zdobycze, zanim nowa prezydent utworzy swoją ekipę. Jeżeli wygra kandydat Republikanów Donald Trump, Moskwa może nie działać tak szybko, oczekując, że Trump przekaże całą Syrię swemu przyjacielowi Putinowi" - wskazuje ekspert.

Z Waszyngtonu Tomasz Zalewski

Dowiedz się więcej na temat: Syria

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje