Reklama

Reklama

​"Przegląd": Nacja bez wakacji

Dla rosnącej rzeszy Amerykanów urlop to dobro luksusowe, na które nie mogą sobie pozwolić.

W wademekum lekarza w Ameryce od niedawna można znaleźć nowy termin: Vacation Deficit Disorder (VDD), czyli zespół deficytu urlopowego. To schorzenie występujące u osób, które czują, że potrzebują urlopu, lecz nie mogą go wziąć. Rozpoznanie choroby jest o tyle ważne, że ma ona związek z depresją i może pomóc lekarzowi w jej zdiagnozowaniu. Umiarkowana depresja rozwija się aż u co trzeciej, a ostra u co piątej osoby cierpiącej na VDD.

Reklama

Badania, które wykazały związek między depresją a VDD, przeprowadził w zeszłym roku tandem sondażowy Ipsos Public Affairs i Allianz Global Assistance. Pierwszy jego człon to ośrodek badania opinii publicznej, drugi - specjalista od ubezpieczeń dla podróżnych, a obie instytucje już od 2010 r. łączą siły, by rokrocznie publikować Vacation Confidence Index, czyli wskaźnik oczekiwań Amerykanów odnośnie do urlopu. 

Raporty nie wywoływały do tej pory większych emocji, bo doniesienia, że statystyczny pracownik znów nie wykorzystał całego urlopu lub że choć urlop miał krótszy, to wydał na niego więcej, nie są żadną sensacją. Taki stan rzeczy trwa od lat. Ubiegłoroczny raport szumu jednak narobił, bo autorzy poszerzyli badania o test kliniczny na depresję. 

- Wiedzieliśmy, że dla rosnącej rzeszy Amerykanów urlop zmienia się w dobro luksusowe, na które nie mogą sobie pozwolić. Chcieliśmy więc sprawdzić, czy życie bez urlopu przekłada się na stan zdrowia - objaśnił Daniel Durazo, dyrektor komunikacji w Allianz Global Assistance. - Wyniki zaskoczyły nas. Mam nadzieję, że pojawią się kolejne badania, byśmy poznali pełen obraz długoterminowych szkód, jakie wyrządza nasz bezurlopowy styl życia.

Zanim spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, co sprawia, że urlop jest dla Ameryki takim rarytasem, zastanówmy się nad czymś innym. Czy to prawda, że bezurlopowy styl życia jest atrybutem amerykańskiej współczesności, jak stwierdził Daniel Durazo? 

Wydaje się, że za wszystkim stoi fakt, że Ameryka od początku istnienia miała do konceptu odpoczynku odmienne podejście niż reszta świata. Jedną z cech definiujących urlop jest przecież bezczynność, nawet lenistwo, a to godzi w samo serce amerykańskiego kanonu przekonań o sensie i wartości życia. To przecież apoteoza pracy pchnęła przedsiębiorczych purytanów na statki do Ameryki i legła u podstaw amerykańskiej państwowości - w tym kraju każdy ciężko i uczciwie pracujący człowiek może się wzbogacić. 

Rdzeniem amerykańskiej tożsamości po dziś dzień pozostaje przeświadczenie, że człowiek wart jest tyle, ile potrafi wypracować. Określenie no vacation nation (nacja bez wakacji) nie jest nacechowane wyłącznie negatywnie. 

To fakt, Amerykanie są najbardziej zarobionym narodem na świecie. Przepracowują już o 260 godzin rocznie więcej niż Brytyjczycy, o 300 więcej niż uchodzący za bardzo pracowitych Niemcy i nawet o 137 godzin więcej niż powszechnie uznawani za chorych na pracoholizm Japończycy (Gallup, lipiec 2019)! Ale przecież coś za to mają. Czy to się komuś podoba, czy nie, są najbogatsi na świecie. Przy tym USA pozostają - mimo rosnących statystyk biedy i malejącej mobilności społecznej - krainą większych szans i możliwości dla ambitnych i pracowitych niż jakiekolwiek inne miejsce na ziemi.

Sprawiedliwe standardy pracy

Co więc napędza kulturę bezurlopia w Ameryce? Przede wszystkim ustawodawstwo. Stany Zjednoczone jako jedyne wśród najbogatszych państw świata (grupa OECD) nie gwarantują pracownikowi prawa do płatnego urlopu i dni wolnych. Wszystko przez uchwaloną jeszcze w 1938 r., lecz niezmienioną do dziś ustawę The Fair Labor Standards Act (o sprawiedliwych standardach pracy), która orzeka: 

"Pracodawca nie ma obowiązku płacić za czas nieprzepracowany, taki jak urlop, choroba czy święta narodowe. Wszelkie świadczenia pozostają sprawą wyłącznie między pracodawcą a pracownikiem". Płatny urlop całkowicie więc zależy od widzimisię pracodawcy. 

Jednak nie jest tak źle, jak mogłoby być. Jak podało w zeszłym roku Federalne Biuro Pracy, płatny urlop oferuje aż trzy czwarte pracodawców prywatnych i cała budżetówka. Sęk w tym, że amerykańskiemu urlopowi daleko do norm praktykowanych przez resztę świata. Po pierwsze, dotyczy on w głównej mierze pracowników na pełny etat. Wśród półetatowców i pracujących w krótszym wymiarze dostęp do niego ma mniej niż co trzeci zatrudniony. Po drugie zaś, urlop jest dużo krótszy. Na 7-10 dni wolnego można liczyć dopiero po pięciu latach pracy, na 17-20 po 10 latach i dopiero po 20 na trzy tygodnie lub więcej. 

Dla przypomnienia i porównania: kraje uważane za "urlopowych skąpców", a więc Kanada i Japonia, gwarantują pracownikom 10 dni urlopu już w pierwszym roku pracy. W Unii Europejskiej jest to 20 dni urlopu, w Australii i Nowej Zelandii z miejsca cały miesiąc. 

Wreszcie potęgujące się zjawisko bezurlopia wiąże się w Ameryce ze zmianą relacji między pracodawcą a pracownikiem w realiach tzw. nowej ekonomii (nazywanej również gig economy, gdzie pracę etatową zastępuje umowa o dzieło lub zlecenie). Już nie tylko małe, ale i większe firmy kierują się oszczędnościami, jakie można poczynić, odcinając pracownika od jakiegokolwiek pakietu socjalnego, i tworzą wyłącznie miejsca pracy w niepełnym wymiarze godzin, przyczyniając się do powiększenia grupy osób, które przepracowują 40 i więcej godzin tygodniowo, ale w kilku różnych firmach. W efekcie co czwarty pracownik w USA nie ma dostępu do płatnego urlopu i mówimy tu o trendzie wzrostowym.

Urlop - twój wróg?

Prawo służy ludziom, Amerykanie pracują zatem i odpoczywają tak, jak to sobie wymyślili. Drakońskie regulacje nie wyjaśniają jednak innego kuriozum, mianowicie tego, że choć tak ubodzy urlopowo, Amerykanie są chyba jedyną nacją na świecie, którą stać na to, by w ogóle z urlopu masowo rezygnować! 

W zeszłym roku, jak doniosła firma Glassdoor, jedna z największych na świecie agencji pośrednictwa pracy, urlopu nie wykorzystało w całości aż 54 proc. pracowników. Przy czym co piąty nie wykorzystał tygodnia lub więcej i też co piąty w ogóle obył się bez urlopu. Tutaj również wskaźniki pną się w górę. Pięć lat temu częściowych urlopowiczów było w Ameryce 40 proc. W latach 90. - tylko nieco ponad 20 proc. Ten rok może przynieść kolejny rekord, bo zanosi się na to, że na żaden urlop nie wyjedzie prawie co trzeci Amerykanin.

Ambicja? Gen pracoholizmu? A może Amerykanie dają nam przykład i tak wyglądają przygotowania do ery współzawodnictwa? Przyczyna jest o wiele prostsza, ale i bardziej ponura. 

- Kieruje nami po prostu strach - wyjaśnia Scott Dobroski, analityk z Glassdoora. - On stoi dziś za większością decyzji dotyczących miejsca pracy i zmienia nas w urlopofobów.

Co ważne, wcale nie chodzi o strach ambicjonalny, że biorąc urlop, pozbawiamy się szansy na awans bądź premię, bo nagradzane są nimi osoby z najmniejszą liczbą opuszczonych dni w pracy. 

- Co trzeci Amerykanin boi się, że po powrocie z urlopu nie poradzi sobie z zaległościami, bo wie, że nikt go podczas nieobecności nie zastąpi. Co piąty boi się, że i tak będzie musiał kontaktować się z firmą, więc po co zawracać sobie głowę wypoczynkiem? Wreszcie strach to także spadek po ostatniej recesji. Firmy odpowiedziały na nią wielkimi redukcjami kadrowymi kosztem dodatkowego obciążenia pracowników, których nie zwolniły. Recesja minęła, ale oczekiwania większej produktywności i surowsze deadline’y stały się nową normą. Aż 90 proc. Amerykanów skarży się na przeciążenie obowiązkami zawodowymi i w związku z tym chroniczny stres - konkluduje Dobroski.

Karta zdrowia pracoholika

Autorzy Vacation Confidence Index zwracają uwagę właśnie na związek braku urlopu ze stanem zdrowia Amerykanów. A Jeffrey Pfeffer, jeden z najwybitniejszych teoretyków biznesu pracujący na Uniwersytecie Stanforda, twierdzi, że współczesny model pracy w Ameryce zabija ludzi. 

"Mówimy o 120 tys. zgonów rocznie, do których przyczyniają się okoliczności pracy, co czyni z nich piątą najważniejszą przyczynę śmierci w USA!", napisał w najnowszej książce pod wymownym tytułem "Dying for a Paycheck: How Modern Management Harms Employee Health and Company Performance - and What We Can Do About It" ("Umierając dla wypłaty. Jak współczesna kadra kierownicza niszczy zdrowie pracownika oraz kondycję firmy - i jak możemy temu zaradzić").

Jest o czym myśleć, bo statystyki zdrowia faktycznie nie przedstawiają się różowo. Sądząc po ilościach zażywanych przez Amerykanów psychotropów, depresja oraz zaburzenia lękowe zbierają alarmujące żniwo. Leczy się już co szósty dorosły, a więc najwięcej na świecie. 

Tymczasem organizacja Mental Health in America promująca inicjatywy na rzecz zdrowia psychicznego i tak bije na alarm, że ponad połowa potrzebujących nie otrzymuje w danym roku pomocy albo z powodu braku ubezpieczenia, albo na skutek niedoboru specjalistów w okolicy. Ameryka plasuje się też na szczycie listy państw najbardziej zestresowanych (Gallup 2018). Wskazując kłopoty finansowe jako źródło stresu, w jego permanentnym uścisku żyje 55 proc. społeczeństwa. Średnia dla świata wynosi 35 proc., Amerykanów wyprzedzają tylko Grecy, Filipińczycy i Tanzańczycy, gdzie poziom stresu to 56-58 proc.

O tym, że coś bardzo niszczy Amerykę od środka, mówią sposoby kanalizowania złych emocji. Wspomnijmy choćby masowe strzelaniny, które stały się zjawiskiem codziennym. W minionym roku odnotowano ich 340! Ponadto już prawie 80 tys. Amerykanów umiera co roku z przedawkowania opioidów. Epidemię ich nadużywania lekarze przypisują innej epidemii - bólu i chorób napędzanych stresem. 

Wreszcie dramatycznie wyglądają statystyki samobójstw. W ciągu ostatniego 20-lecia podskoczyły o 30 proc., są obecnie najwyższe od 70 lat i blisko im do poziomu z czasów wielkiego kryzysu, który historia opisuje jako "erę bezprecedensowo wielkiej psychicznej traumy i załamania społecznego". Czy to przypadek, że plagą samobójstw najmocniej dotknięci są najmłodsi dorośli, generacja milenialsów, która najgorzej radzi sobie finansowo (najwyższy dług studencki i najniższy odsetek osób zatrudnionych na pełny etat) i z której rekrutuje się najliczniejsza grupa pracowników całkowicie rezygnujących z urlopu?

Idzie nowe?

Urlop, jak nie od dziś dowodzą badacze, regeneruje nie tylko organizm pracownika, ale i całą gospodarkę. Człowiek wypoczęty jest bardziej kreatywny i - paradoksalnie - zdolny wyprodukować w krótszym czasie więcej niż osoba, która na urlopie nie była. W erze ekonomii talentu wszelkie działania pomagające pracownikowi zachować optymalny stan umysłu są na wagę złota. Jeśli zdrowie pojedynczego obywatela nie jest dla Ameryki priorytetem, to stan ekonomii już nim jest i być może dlatego w końcu mamy jaskółki zmiany. 

Już siedem lat temu ekonomista Robert Reich nawoływał obu ówczesnych kandydatów na prezydenta, Baracka Obamę i jego rywala Mitta Romneya, by w imię uzdrawiania gospodarki wprowadzili w USA trzytygodniowy płatny urlop dla każdego. Żaden z panów do tego postulatu wówczas się nie odniósł, za to dzisiaj obietnice walki z kryzysem bezurlopia składa Amerykanom aż połowa demokratycznych kandydatów na prezydenta w przyszłorocznych wyborach, w tym Bernie Sanders i Elizabeth Warren.

Zmiany w amerykańskim myśleniu o urlopie i odpoczynku sygnalizuje również kultura masowa - niezawodny probierz gustów, ale i potrzeb masowego odbiorcy. Wystarczy przyjrzeć się półkom księgarskim i pooglądać telewizję śniadaniową. Do lamusa odchodzi poradnictwo typu "Jak się zregenerować w jeden wieczór" czy "Zmaksymalizuj aktywny wypoczynek" na rzecz idei "mentalnej czystki i pełnego oderwania", zwłaszcza wedle modelu skandynawskiej szkoły relaksu spod znaku hygge i lykke.

Sama prawna gwarancja urlopu to oczywiście za mało, by z dnia na dzień zmienić wypoczynkowe nawyki Amerykanów. Nie ma też co liczyć na to, że całkowicie uleczy ich z pracoholizmu. Na pewno jednak jest to krok, na który powinni się zdecydować, i to jak najszybciej, bo rośnie góra dowodów, że co za dużo, to jednak bardzo niezdrowo.

Eliza Sarnacka-Mahoney

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne