Reklama

Reklama

"Przegląd": Aktywiści nowych czasów

Na całym świecie ruchy społeczne próbują znaleźć sposób na cyfrowe formy inwigilacji.

Każdy, kto ma dziś styczność z nastolatkami, słyszał już zapewne o TikToku. Aplikacja nazywana nowym Facebookiem jest w tej chwili najszybciej rozwijającym się medium społecznościowym. Zgromadziła już ponad 500 mln użytkowników na całym świecie. Funkcjonuje na dość prostej zasadzie: użytkownicy platformy nagrywają krótkie, najczęściej kilkunastosekundowe filmiki, w których odtwarzają sceny z filmów lub muzycznych wideoklipów albo po prostu tańczą lub wygłupiają się w rytm podłożonej ścieżki dźwiękowej.

Ethan Druck, 16-latek z Garland w Teksasie, na pierwszy rzut oka nie odstaje od innych TikTokersów. Na jego profilu znaleźć można głównie choreografie do popowych klasyków. Z tą różnicą, że chłopak układa je, nawiązując do bardzo drażliwego w USA tematu - strzelanin w szkołach. Podkłada dźwięki serii z karabinów maszynowych, podskakuje ze strachu, wchodzi pod biurko. Pytany przez reporterów CNN o motywy takiej działalności, Druck powiedział, że pcha go wewnętrzna chęć zaprotestowania przeciwko aktom przemocy w amerykańskich szkołach. I nie jest w tym osamotniony.

Reklama

Trend nagrywania protestacyjnych wideoklipów przez nastolatków z USA jest w tej chwili jednym z najpopularniejszych zjawisk w amerykańskich mediach społecznościowych. Karmi się strachem, żalem po utracie kolegów, ale przede wszystkim bezsilnością. I choć po strzelaninie w szkole w Parkland na Florydzie w walentynki zeszłego roku, kiedy zginęło 17 uczniów, nastolatki z całego kraju stworzyły ruch o nazwie "Marsz dla Naszych Żyć", maszerując na Waszyngton i domagając się zmian w prawie o dostępie do broni, władze federalne ignorują ich krzyk. Protest przeniósł się zatem do sieci. Niekoniecznie skuteczny, ale niosący bardzo silny przekaz.

Kto był naprawdę w Standing Rock?

Nie tylko jednak amerykańskie nastolatki wykorzystują wirtualną przestrzeń do kontestowania rzeczywistości. Protesty w mediach społecznościowych są od kilku lat stałym elementem debaty publicznej w Wenezueli. Przeciwnicy reżimu Nicolása Madura zapoczątkowali w 2017 r. akcję rozbierania się przed internetowymi kamerami i wrzucania do sieci swoich nagich fotografii. Ich nagość miała być symbolem godności - ostatniej warstwy życia, której dyktatura Madura nie była w stanie zabrać ani sponiewierać.

- Nie mamy już nic - pracy, pieniędzy, jedzenia. Ale mamy nasze ciała, to ostatnia granica między nami a reżimem - mówiła reporterom agencji Reutera Silvia, jedna z antyrządowych aktywistek, biorąca udział w nagim proteście. - To nasza nowa forma protestu. Zdecydowaliśmy się na nią, bo tylko w ten sposób świat zwróci na nas uwagę.

Internetowy aktywizm nie zawsze ogranicza się do symbolicznych przekazów. Sieciowi działacze coraz częściej wchodzą w zwarcie z władzami, zwłaszcza tam, gdzie władze ich inwigilują i gromadzą dane o nich. A to wbrew pozorom nie jest jedynie domeną krajów autorytarnych.

W Stanach Zjednoczonych służby federalne od dawna używają danych z mediów społecznościowych do śledzenia podejrzewanych przez siebie obywateli. Coraz więcej osób spekuluje jednak, że robią to też w celu zbierania danych o antyrządowych protestach. Media społecznościowe miały być źródłem informacji m.in. o osobach próbujących zablokować budowę rurociągu Dakota Access Pipeline w październiku 2016 r.

Instalacja miała przebiegać przez rezerwat indiański Standing Rock i przecinać miejsca pochówku rdzennych mieszkańców tych terytoriów. Bezwarunkowe poparcie Donalda Trumpa dla projektu wywołało protesty aktywistów z całego kraju, którzy masowo zaczęli przyjeżdżać do Standing Rock. Aby jednak agenci federalni nie wiedzieli, kto tak naprawdę jest obecny w rezerwacie, popierający protesty użytkownicy mediów społecznościowych na całym świecie zaczęli oznaczać się na Facebooku, Twitterze i Instagramie jako przebywający na terenie budowy.

Ta prosta manipulacja nie tylko wielokrotnie zwiększyła zasięg informacji o proteście na tych wszystkich portalach, ale także utrudniła służbom ustalenie tych, którzy naprawdę przebywali w Dakocie Południowej. Oczywiście władze federalne po jakimś czasie zapewne rozwinęły odpowiednie narzędzia pozwalające obejść fałszywe logowania w Standing Rock, jednak pierwsza fala tego międzynarodowego aktywizmu zdała egzamin.

Parasolka kontra kamera

Pod koniec sierpnia pojawił się w internecie wideoklip, który szybko stał się wizualnym symbolem protestów od kilku miesięcy wstrząsających Hongkongiem. Wielotysięczne tłumy mieszkańców dawnej kolonii brytyjskiej manifestują swój sprzeciw wobec ustawy umożliwiającej ekstradycję z Hongkongu do Chińskiej Republiki Ludowej. Na nieco ponad półminutowym filmie widać grupę zamaskowanych aktywistów, którzy dość prymitywnymi narzędziami przecinają i obalają na ziemię stojący przy drodze wysoki biały słup. Na pierwszy rzut oka wygląda, jakby niszczyli zwykłą uliczną latarnię.

W opisie klipu, podanego dalej kilkaset tysięcy razy na Twitterze i Facebooku, autor zamieścił jednak informację, że aktywiści tak naprawdę niszczą nie latarnię, ale "wieżę nadzorującą". W jednym z najgęściej zaludnionych obszarów na świecie latarnie są bowiem bardzo często wyposażone w wiele dodatkowych urządzeń. Najczęściej są to kamery drogowe, które służą również za fotoradary, ale też urządzenia do monitorowania ruchu i zbierania danych infrastrukturalnych. Latarnie w Hongkongu mają też czujniki jakości powietrza, baterie słoneczne i routery udostępniające bezprzewodowy internet.

Antyekstradycyjni aktywiści wyszli jednak z założenia, że te urządzenia przestały już pełnić rolę czysto infrastrukturalną. Skoro ich własny rząd rozważał ekstradycję obywateli do Państwa Środka, dlaczego miałby nie udostępniać Pekinowi danych z ulicznych latarni?

Dla jasności - do dzisiaj nie znaleziono jednoznacznych dowodów na to, że władze Hongkongu zamieniły latarnie w urządzenia do inwigilacji. Nietrudno jednak wyobrazić sobie, że taką operację można byłoby przeprowadzić bez najmniejszego problemu.

Lęki aktywistów były poniekąd uzasadnione, bowiem rząd w Pekinie jest absolutnym liderem w używaniu nowych technologii do inwigilacji obywateli. W Państwie Środka od dawna używa się publicznych kamer bezpieczeństwa do zbierania danych na temat fizjonomii Chińczyków. W ten sposób buduje się potężną bazę danych.

Dzięki specjalnym algorytmom można przypisać twarz do konkretnych danych osobowych. A przy okazji do ich historii chorób, płaconych podatków, zagranicznych podróży, kariery zawodowej. Dlatego m.in. protestujący w Hongkongu cały czas używają parasolek, by osłaniać się nie tylko przed rzucanym przez policję gazem łzawiącym, ale też przed rządowymi kamerami.

Blokowanie serwerów jak barykady na drogach

Dzisiejsi aktywiści nierzadko łączą tradycyjne formy protestu z działaniami w sieci. Niektórzy eksperci domagają się więc legalizacji cyfrowego "prawa do protestu" jako jednej ze swobód obywatelskich. Taki argument wysuwa związana z Uniwersytetem Harvarda i Uniwersytetem McGill w Montrealu Molly Sauter, autorka książki "Obywatelskie nieposłuszeństwo w internecie".

Jej zdaniem użytkownicy internetu nie powinni być karani np. za blokowanie serwerów rządowych poprzez tzw. ataki DDoS. Następują one, kiedy skoordynowana grupa internautów wchodzi na daną stronę i ogromną liczbę razy odświeża ją w przeglądarce, wysyłając do serwera wielką ilość żądań wyświetlenia strony. Serwisy zawieszają się wówczas z przeciążenia. Procesem sterują programy angażujące w akcję setki tysięcy komputerów, których właściciele nie wiedzą często, że biorą w niej udział. Sauter uważa, że taka forma blokowania działalności rządu powinna być w pełni legalna - w praktyce nie różni się bowiem od drogowych barykad rolników czy okupacji budynków rządowych.

Na poparcie swojej tezy Sauter przytacza pozytywne przykłady ataków DDoS. We Włoszech, kiedy były wicepremier Matteo Salvini odmawiał przyjęcia imigrantów na Lampedusie, padały strony tamtejszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W Wielkiej Brytanii akcje internetowe towarzyszyły protestom przeciwko brexitowi, a w Turcji miały na celu opóźnienie represji wobec przeciwnych Erdoğanowi organizacji pozarządowych.

Nowy aktywizm społeczny coraz częściej nie tylko się do sieci przenosi, ale wręcz się z niej wywodzi. I choć nadal najbardziej spektakularne są rewolucje dziejące się na ulicach, warto mieć świadomość, że ich najważniejsze bitwy toczą się dziś głównie w sieci. I to od internetowych aktywistów zależy, jak trwały i odporny na wirusy będzie kod wolności i demokracji. 

Mateusz Mazzini

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne