Reklama

Reklama

Potrójna wyprawa Alexa Txikona. Zrezygnował z K2, zaatakuje zimą Mount Everest

Antarktyda oraz Ama Dablam (6812 m) i Mount Everest (8848 m) w Himalajach - to trzy cele himalaisty Alexa Txikona na przełom 2019 i 2020 roku. Bask chce zostać pierwszym zimowym zdobywcą najwyższej góry świata bez użycia dodatkowego tlenu. Będzie to już jego trzecia próba.

Przypada ona dokładnie 40 lat po przełomowym w historii himalaizmu zimowym wejściu na Mount Everest Krzysztofa Wielickiego i Leszka Cichego z lutego 1980 roku z użyciem tlenu z butli. W rozmowie z RMF FM Alex Txikon szczegółowo opowiedział o swoich planach. "Zrezygnowałem z kolejnej zimowej wyprawy na K2, bo chciałem uniknąć niezdrowej rywalizacji. Jednocześnie doszedłem do wniosku, że wciąż czuję się na tyle silny, by podjąć duże wyzwanie zimą, w śniegu, przy silnym wietrze i zmierzyć się z nim. Właśnie dlatego zdecydowałem się na powrót pod Everest. Mam teraz dużą motywację" - mówi Bask w rozmowie z RMF FM.

Reklama

Michał Rodak: Za tobą gorące dni przed rozpoczęciem kilkuetapowej wyprawy, której finał będzie w Himalajach.

Alex Txikon: - Tak, w środę wcześnie rano wyruszyliśmy razem z moim przyjacielem Anderem do A Coruñi na kolejną konferencję prasową. To miasto, gdzie mieszkają Felix Criado i Inigo Gutierrez. Obaj stamtąd wyruszyli w długą, liczącą 13000 kilometrów, drogę do Katmandu. Będą moimi partnerami podczas wspinaczki na Ama Dablam (w zespole ma się znaleźć w sumie 11 osób - red.). Z A Coruñi tego samego dnia przejechaliśmy do Albacete. To z kolei rodzinne miasto Oscara Cardo. Oscar będzie jednym z członków mojego zespołu nie tylko na Ama Dablam, ale też później podczas zimowej próby na Mount Evereście (oprócz Cardo i Txikona skład tworzą: Hiszpan Jonatan Garcia oraz Nepalczycy - Chhiji Nurbu Szerpa, Pechhumbe Szerpa i Tenjen Szerpa - red.). Za nami więc długa podróż po Hiszpanii przed rozpoczęciem ekspedycji.

Felix i Inigo rozpoczęli już swoją wyprawę do Nepalu?

- Tak. Felix, Inigo, Paki i Iker - w czwórkę - wyjechali w środę. Przejechali przez Madryt do Albacete. Stamtąd ruszyli w okolice Barcelony, Girony i byli już bliżej granicy z Francją. W piątek mieli przed sobą podróż w okolice Monako, a w sobotę - do Wenecji. 15 grudnia to przejazd przez Słowenię, Chorwację, Serbię, Bośnię i Hercegowinę. Gdzieś w Bośni spędzą noc. 17 grudnia będzie Bułgaria i po przespanej tam nocy - według planu - mają zameldować w Stambule. 21 grudnia mają wjechać do Iranu. Na ten kraj przewidują 4-5 dni. W Islambadzie zamierzają być 29 grudnia. Tam mają zostać przywitani w hiszpańskiej ambasadzie. Później - do 8-9 stycznia - mają do pokonania 2500-2700 kilometrów. Muszą przejechać do Lahore, do miasta Agra w Indiach, potem do Gorakhpur i dostać się do Katmandu. Jak pamiętasz z naszej ostatniej wyprawy na K2, my tę trasę w drugą stronę - z Katmandu do Islamabadu - pokonaliśmy w 4 dni.

Jeden z elementów ich podróży to realizacja projektu charytatywnego. W jeepie zabrali ze sobą panele słoneczne. Mamy nowy projekt realizowany w Askole w Pakistanie. To miejsce, z którego rozpoczyna się trekking przez lodowiec Baltoro między innymi pod K2, Gaszerbruma I i II, Trango Towers, a nikt nie oferuje lokalnej społeczności odpowiedniej pomocy. Wszyscy himalaiści skupiają się na sobie, na własnych doznaniach. Po dotarciu do Askole, zwykle po prostu od razu ruszamy dalej, mając przed sobą kolejne etapy podróży, a mieszkają tam wspaniali ludzie. Zawsze korzystamy z ich pomocy w roli porterów. Wiele razy już podkreślałem, że w Pakistanie jesteśmy ich gośćmi. Jesteśmy ich gośćmi także w górach i podobnie jest w Nepalu. Jak wspomniałem, ludzie z Askole pomagają nam w trakcie wypraw w transporcie całego sprzętu i wszystkich potrzebnych rzeczy do bazy, a my teraz - w najbliższych 5-8 latach - dzięki panelom słonecznym chcemy dostarczyć do ich wszystkich domów prąd. Kupowanie paliwa do agregatów jest tam bardzo trudne i drogie. To bardzo ważny projekt, a jeepem chcemy przetransportować część materiałów.

Do grupy, która jedzie do Nepalu, dołączysz już na miejscu. Teraz przed tobą podróż na Antarktydę.

- Tak, tam zależy mi na eksploracji. Wyleciałem 13 grudnia. Przez Santiago w Chile chcę dostać się na Falklandy, a później na Antarktydę. Będę ta, do początku stycznia. Chodzi mi o poznanie tego miejsca, radość z żeglowania, bycia na łonie natury, ale też o skupienie na wspinaczce i dobre przygotowanie pod kątem mentalnym i fizycznym na wielki cel, którym tej zimy jest dla mnie Mount Everest, ale też wcześniej Ama Dablam. Po raz pierwszy byłem na Antarktydzie zimą 2006 roku razem z ekipą hiszpańskiego programu telewizyjnego. Spędziliśmy tam wtedy 40 dni. Teraz zamierzam wrócić do domu 7 stycznia, a już 9 stycznia wylecę do Katmandu. Na miejscu będę więc dzień później. 11 stycznia zamierzam odpocząć w stolicy, a 12 stycznia czeka mnie podróż z Katmandu do Lukli i Pak Din. 13 stycznia to odcinek Pak Din - Namcze Bazar. 14 stycznia to kolejny dzień przerwy, a 16 stycznia dotrzemy do bazy pod Ama Dablam. Spędzimy tam maksymalnie 14-15 dni. W bazie pod Everestem chciałbym być najpóźniej 2 lutego. Tam będziemy mieć miesiąc.

To dosyć krótko.

- Zimowe wyprawy w góry wysokie są zawsze bardzo długie. Rok temu moja ekspedycja na K2 trwała 89 dni. Wcześniej dwa razy zimą pod Everestem było podobnie - około 80 dni. Teraz chcemy być tam krócej. Klucz to pierwszy etap, czyli przejście lodospadu Khumbu. Przy okazji poprzednich dwóch prób zimowego zdobycia Everestu bez tlenu zaporęczowaliśmy ten odcinek drogi tak, jak nie zrobiła tego żadna wyprawa od 1991 roku. Moim zdaniem to było wielkie osiągnięcie. Za pierwszym razem, zimą 2016/2017, zrobiliśmy to w 11 trudnych dni grupą 11 osób. Rok później wystarczyło 6 osób i 4 dni. Część nepalskich wspinaczy, Szerpów, gdy byłem później w Katmandu zatrzymywało mnie i mówiło: "Hej, to ty jesteś tym facetem, który razem z naszymi rodakami zaporęczował lodospad Khumbu w 4 dni?". Teraz jesienią były tam polskie wyprawy, byli też Amerykanie, był też Kilian Jornet. Nie mam zbyt wielu informacji, ale wszyscy mówili, że wisiał tam bardzo groźny serak, który uniemożliwił kontynuowanie wypraw. Na lodospadzie potrzeba wielu drabin. My potrzebowaliśmy też na dwóch ostatnich próbach zimowych ponad 800 metrów liny. Teraz też wykonamy tę pracę.

Na wyprawie zimowej potrzeba wiele czasu, ale też musisz być szybki. Wiemy sprzed dwóch lat, że potrzebujemy około czterech dni, by zaporęczować ten fragment, a potem jeden dzień między obozem I i obozem II, kolejny dzień pomiędzy obozem II i obozem III i kolejny, by dojść do obozu IV. To 8 dni na przygotowanie tej drogi. Chcemy zrobić to szybko. Stary styl, który widzieliśmy rok temu pod K2, gdy był tam też zespół ze Wschodu, pochłania dużo czasu...

Tej zimy w Karakorum też nie zabraknie wypraw.

- Denis Urubko, a także Tamara Lunger i Simone Moro będą teraz sami na swoich wyprawach w małych grupach. Będą się wspinać w stylu alpejskim - Denis na Broad Peak, a Tamara i Simone na Gaszerbruma I i Gaszerbruma II. Styl alpejski na K2 to już coś bardziej skomplikowanego, bo wisi tam wiele starych lin, ale korzystanie z nich dla mnie jest przerażające. Styl alpejski - szczególnie, gdy mówimy o próbie wejścia klasyczną drogą Żebrem Abruzzi - można tam rozumieć poprzez szybkie wejście. Ale trzeba też pamiętać o klasycznej zasadzie, że zdobywasz góry, gdy wracasz do bazy. Wejście na szczyt to 40 procent misji, a 60 procent takiego ataku to powrót do domu lub przynajmniej zejście do bazy. Przypominają mi się wydarzenia z ostatniego czasu na Nanga Parbat, gdy Denis i Adam Bielecki zrobili coś niesamowitego podczas akcji ratunkowej. To dowód, co jesteśmy w stanie wykonać w górach. Bardzo szanuję to, co zrobili - i nie tylko oni, ale też Krzysztof Wielicki i reszta wspinaczy, którzy wzięli udział w tej akcji. W pamięci mam też zimę 2012 roku na Gaszerbrumie I, gdy zniknęli Pakistańczyk Nisar Hussain Sadpara - mający troje dzieci, Austriak Gerfried Goschl - mający dwoje dzieci i Szwajcar Cedric Hahlen. My byliśmy tam z Tamarą Styś oraz Darkiem Załuskim i dokonaliśmy ważnego przejścia, ale milczeliśmy. Oni zniknęli, straciliśmy kontrolę nad tym atakiem. Nie wiem czy oni zdobyli szczyt, czy nie, ale dla mnie to nie jest kluczowe - ważne jest to, że straciłem trzech znajomych. To samo zdarzyło się ostatnio na Nanga Parbat (na początku 2019 roku zginęli Włoch Daniele Nardi i Brytyjczyk Tom Ballard, a Txikon brał udział w akcji ratunkowej - red.).

My musimy więc być uważni, musimy być szybcy, musimy zmienić styl wspinania na Evereście. 30 dni to odpowiedni czas na przeprowadzenie decydującego ataku szczytowego, na danie sobie ostatniej szansy.

Jest jeszcze inny powód tego, że będziecie pod Everestem tylko do 29 lutego?

- Jest trochę kontrowersji w tej sprawie, ale dla mnie zima kończy się 20 marca. Za wykorzystanie jeszcze tego dodatkowego okresu nepalski rząd oczekiwał od nas zapłacenia za powtórne pozwolenie na wspinaczkę, a to dosyć duży koszt - około 11 tysięcy euro. Nie możemy sobie na to pozwolić. Budżet tej wyprawy jest na bardzo, bardzo niskim poziomie. Z każdym rokiem tracimy sponsorów. Teraz na szczęście udało się sfinansować wyprawę między innymi dzięki moim wystąpieniom, prelekcjom na festiwalach. Miałem ich bardzo dużo. Dziękuje wszystkim klubom wysokogórskim, dziękuję organizatorom wszystkich górskich imprez - w tym w Zakopanem i Lądku-Zdroju, gdzie byłem w tym roku. Między innymi dzięki nim i innym sponsorom udało się dopiąć budżet, by zapłacić za wyprawę.

Wejście na Ama Dablam to dla ciebie tylko wstęp do wyprawy na Everest?

- Na Ama Dablam nie będę komplikował sprawy. Zabezpieczymy linami bardziej techniczne odcinki drogi na szczyt. Nie będziemy oczywiście używać dodatkowego tlenu. Zaporęczujemy te odcinki, ponieważ będziemy tam z większą grupą przyjaciół, a dla nas to będzie tylko pierwszy krok. To nie jest dla mnie najważniejszy cel. Będziemy działać analogicznie do wejścia na Pumori (7161 m; Txikon zdobył ten szczyt w ramach wyprawy na Everest w styczniu 2018 roku - red.) - tam zaporęczowaliśmy drogę do obozu II, ale nie w całości, tylko te bardziej techniczne fragmenty, a później udało nam się dokonać naprawdę udanego wejścia na szczyt z obozu II w alpejskim stylu. Na Ama Dablam chcemy zrobić coś podobnego. Chcemy tam zaaklimatyzować się na większej wysokości, a potem w stylu alpejskim zaatakować szczyt. Ale to bardzo nie zaprząta mi głowy - traktuję to jako aklimatyzację i przygotowanie do głównej części wyprawy. Chodzi o spędzenie nocy na około 6400 m. Ta wysokość może być dla nas później ważna. Później na Evereście też oczywiście nie będziemy używać tlenu i zaporęczujemy drogę, bo tam nie możesz iść zimą w stylu alpejskim w tej przestrzeni pod ścianą Lhotse. Jest tam bardzo dużo lodu.

Wiem, że pod Everestem będzie w tym roku też Niemiec - Jost Kobusch, ale jeszcze nie rozmawialiśmy. Dostałem informację, że w środę był w Lukli.  Gdy my pojawimy się na początku lutego w bazie i on jeszcze tam będzie, może już wtedy nie mieć wielkich szans, bo częściowo zaaklimatyzował się do dużej wysokości już teraz. Ciało człowieka nie jest w stanie poradzić sobie z utrzymaniem takiej formy przez cztery miesiące na dużej wysokości. Z drugiej strony wiem z moich poprzednich dwóch zimowych prób, że aklimatyzacja w grudniu może być dla niego dobra - próba ataku szczytowego w styczniu mogłaby być dobrym pomysłem, bo między 15 a 20 stycznia - z mojego doświadczenia tak wynika - pogoda jest tam rewelacyjna. Podobnie może być pod koniec lutego, gdy my planujemy swój atak szczytowy. Trzymamy kciuki za to, by w najwyższych partiach Everestu nie wiał wtedy mocny wiatr. Życzę mu powodzenia i mam nadzieję, że my też będziemy mieć szczęście. Moje marzenie to szansa na atak szczytowy z obozu IV. Nie marzę o szczycie. Chciałbym po prostu mieć możliwość podjęcia próby i skorzystania z mojego doświadczenia.

Już o tym wspomniałeś, ale dopytam jeszcze raz - nie zamierzasz używać dodatkowego tlenu?

- Nie, nie planuję korzystania z tlenu. Nikt z mojego zespołu nie robił tego na ostatniej wyprawie zimowej na K2 ani podczas drugiej próby na Evereście. Podczas pierwszej próby - tylko moi partnerzy Szerpowie użyli tlenu, będąc 150 metrów od obozu IV. Temperatura na Przełęczy Południowej, gdzie dotarliśmy, spadła wtedy do minus 56 stopni Celsjusza, a wiatr wiał z prędkością 60 km/h. To prawdopodobnie jedne z najtrudniejszych możliwych warunków pogodowych dla człowieka.

Ja przekazuję ci szczegóły, plany, a co potem tam na miejscu się wydarzy - to trudno przewidzieć. Wiem jedynie, że musimy być szybcy i mieć w głowie jednej najważniejszy cel, czyli powrót do domu.

Dwa razy nie udało ci się dokonać pierwszego zimowego wejścia na Everest bez tlenu. Dlaczego chcesz spróbować po raz trzeci?

- Wiem, że po wejściu na Broad Peak Denis Urubko i Don Bowie planują przenosiny pod K2. Rozmawiałem z Denisem, jesteśmy dobrymi kolegami. Wymieniliśmy się opiniami na ten temat. Później zadzwoniło do mnie kilku himalaistów z pytaniem, czy wybieram się znowu na K2, bo jeśli tak, to może oni też się na to zdecydują. Ostatecznie wyprawę zapowiedział Nepalczyk Mingma Gyalje Szerpa z Chińczykiem i Islandczykiem, ale oni nie są zimowymi himalaistami - to goście, klienci Mingmy Gyalje. Aby być himalaistą na zimowych wyprawach, musisz być prawdziwym wspinaczem. Nie wystarczy to, że kiedyś stanąłeś na szczycie jakiegoś ośmiotysięcznika. Teraz zdobywając ośmiotysięcznik w szczycie sezonu, gdy masz kilkaset osób na Manaslu, ponad tysiąc osób pod Everestem czy w dużej grupie na K2 ze wsparciem 40 pakistańskich porterów, jesteś po prostu jednym z wielu. To coś jak trekking na najwyższych wysokościach z trochę większym ryzykiem. Taka jest rzeczywistość.

W związku z tym, że na K2 będą wspinacze bez wielkiego doświadczenia i których trudno być pewnym, nie chciałem powtórzyć tego, co wydarzyło się rok temu w bazie. Wejście na K2 zimą to teraz prawdziwa rywalizacja, a ja nie chcę brać w tym udziału. Simone Moro udzielił mi rad rok temu, a ja nie poszedłem za jego sugestiami i teraz już wiem, że popełniłem błąd - jeszcze przed dojściem do bazy pod K2. Dlaczego? Druga wyprawa działała tam w całkowitej kontrze w stosunku do nas. Tym razem chciałem uniknąć takiej niezdrowej rywalizacji, ale jednocześnie doszedłem do wniosku, że wciąż czuję się na tyle silny, by podjąć duże wyzwanie zimą, w śniegu, przy silnym wietrze i zmierzyć się z nim. Właśnie dlatego zdecydowałem się na powrót pod Everest. Mam teraz dużą motywację.

Michał Rodak

Zobacz więcej na stronie RMF24.pl


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy