Reklama

Reklama

Poparcie dla kandydata francuskiej prawicy topnieje

Francuskie media zwracają we wtorek uwagę na malejące poparcie kandydata prawicy na prezydenta Francois Fillona w związku z aferą dotyczącą fikcyjnej pracy jego żony. Kampanię przed wyborami komentatorzy porównują do ślizgawki lub gry w kręgle.

Pisząc o kampanii, która rozpoczęła się po niedzielnym wyznaczeniu kandydata socjalistów, wtorkowy "Le Monde" nawiązuje do tzw. afery Fillona. Od tygodnia jest ona tematem numer jeden francuskich mediów. Żona byłego premiera podejrzana jest o pobieranie wynagrodzenia za fikcyjną pracę jako asystentka parlamentarna męża oraz "doradca literacki" w piśmie będącym własnością przyjaciela Francois Fillona.

Media analizują sprzeczności w wypowiedziach zainteresowanych, ale przede wszystkim zwracają uwagę na topniejące poparcie wyborców dla tryumfalnie wyłonionego w prawyborach kandydata prawicy. We wtorkowym komentarzu radio Europe 1 podkreśla, że zjawisko to widać również wśród działaczy jego partii Republikanie. Europe 1 cytuje zwolenników byłego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego, a telewizja BFM byłą minister sprawiedliwości w rządzie Sarkozy’ego Rachidę Dati, która straszyła Fillona, że "ma amunicję, by zasmrodzić mu kampanię".

Reklama

Politolog Joel Gombin ocenił w telewizji informacyjnej LCI, że "takie sprawy to woda na młyn" przywódczyni skrajnie prawicowego Frontu Narodowego (FN) Marine Le Pen.

Według sondaży 61 proc. Francuzów ma "złą opinię" na temat kandydata prawicy, a prawie 30 proc. ma zamiar głosować na Le Pen.

Po zwycięstwie Benoit Hamona w niedzielnych prawyborach socjalistów media cytują deputowanego zbliżonego do FN Gilberta Collarda, który powiedział, że "lewica wyznaczyła kapitana Titanica".

Media zauważają, że choć pokonany przez Hamona były premier Manuel Valls powiedział, że "teraz Hamon jest kandydatem naszej rodziny politycznej", jego zwolennicy bardzo ociągają się z poparciem dla zwycięzcy, a wielu zapowiedziało już przed kamerami, że zamierza głosować na Emmanuela Macrona, byłego ministra gospodarki w rządzie prezydenta Francois Hollande’a.

Przywódca centrowego stronnictwa Ruch Demokratyczny (MoDem) Francois Bayrou uważa, że "sytuacja polityczna we Francji nigdy jeszcze nie była tak zdestabilizowana". Polityk ten nie zadeklarował jeszcze, czy zamierza kandydować w kwietniowych wyborach prezydenckich. Francuscy komentatorzy uważają zaś, że jego kandydatura przyczyni się do jeszcze większej niestabilności.

Prawybory prezydenckie, które są we Francji czymś nowym, wprowadzono, aby oczyścić sytuację i zwiększyć siłę ugrupowań politycznych. Obecnie niektórzy sądzą, że skutek jest wręcz odwrotny. "Le Monde" cytuje anonimowego socjalistycznego polityka, według którego "każde wybory prezydenta stwarzają nieprzewidzianą sytuację, która doprowadzić może na skraj przepaści, ale prawybory to doprawdy maszyna do tworzenia chaosu".

Wybory prezydenckie we Francji odbędą się w kwietniu i maju.

Z Paryża Ludwik Lewin

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje