Reklama

Reklama

Polski ksiądz był w Bejrucie, gdy nastąpił wybuch. "Ludzie zaczęli uciekać w popłochu"

"Wybrałem się na wieczorny spacer brzegiem morza. Byłem przy skałach, około trzy kilometry od portu, gdy nastąpiła eksplozja. Pojawiły się ślady paniki, ludzie zaczęli uciekać w popłochu" - mówi ks. Przemysław Marek Szewczyk, prezes Stowarzyszenia „Dom Wschodni”. We wtorek wieczorem przebywał akurat w stolicy Libanu, Bejrucie.

"Byłem przy skałach, około trzy kilometry od portu, gdy nastąpiła eksplozja. Znajdowałem się w otwartej przestrzeni, więc fala uderzeniowa nie wyrządziła w tym terenie szkody, choć odczułem ją w uszach" - mówi ksiądz w rozmowie z portalem tvp.info.

Reklama

Jak opisuje, "przez kilka godzin po wybuchu panowano zamieszanie i niepokój, niejasność, ludzie nie wiedzieli, co dokładnie się wydarzyło".

"Wtorek był pierwszym dniem rozluźnienia obostrzeń związanych z epidemią koronawirusa, wiele osób poszło do restauracji i barów w centrum, to również mogło przełożyć się na większą liczbę ofiar. Na pewno wiele spośród takich osób ucierpiało" - mówi ks. Szewczyk. 

"Siła rażenia była ogromna - zmiotła port, został w zasadzie zniszczony. Centrum Bejrutu na kilka kilometrów od portu jest zniszczone nawet w 60-70 procentach. Masa domów jest uszkodzonych" - dodaje.

Z tymi Polakami, z którymi jest w kontakcie - nikt nie ucierpiał. "W samym Bejrucie nie ma za dużo Polaków, ale ucierpiało wielu naszych libańskich przyjaciół" - mówi.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne