Reklama

Reklama

​Podmorski Czarnobyl? Rosja ma problem z atomowymi okrętami podwodnymi z czasów ZSRR

Atomowe okręty podwodne z czasów zimnej wojny spoczywają na dnie morza i powoli ulegają dezintegracji pod jednymi z najbardziej ruchliwych łowisk na świecie. Rosja rozpoczęła przygotowania do podjęcia ich z dna i utylizacji niebezpiecznych wraków - informuje BBC.

Rosja rozpoczęła proces, którego zwieńczeniem mam być podjęcie z dna wraków dwóch atomowych łodzi podwodnych i czterech komór reaktorów z dna morskiego. Jeżeli przedsięwzięcie się powiedzie, ilość radioaktywnego materiału, jaka znajduje się w Oceanie Arktycznym, zostanie zredukowana o 90 proc. Jako pierwszy ma być podniesiony okręt K-159, który po wycofaniu ze służby w 1989 roku zatonął w 2003 roku z 10 osobami załogi na pokładzie, w czasie holowania do zakładów utylizacyjnych.

Reklama

W czasie zimnej wojny Związek Radziecki i USA zbudowały ponad 400 atomowych okrętów podwodnych, szachując się wzajemnie. Jednostki te miały odpowiedzieć na ewentualny atak na naziemne silosy rakietowe i bombowce strategiczne. ZSRR ustanowiło swoje centrum marynarki wojennej zaledwie 97 km od granicy należącej do NATO Norwegii. W arktycznym porcie w Murmańsku oraz w okolicznych bazach wojskowych stacjonowali radzieccy marynarze, obsługujący okręty napędzane wysoce radioaktywnym paliwem.

Paliwo jądrowe w zardzewiałych kanistrach

Jak podkreśla BBC, skutki tych decyzji stały się jasne po upadku żelaznej kurtyny. Zużyte paliwo było częściowo przechowywane pod gołym niebem, w zardzewiałych kanistrach. W 1982 roku do Morza Barentsa wyciekło 600 tys. ton radioaktywnej wody z basenu przyreaktorowego, gdzie chłodzono zużyte paliwo jądrowe.

W obawie przed skażeniem, Rosja i kraje zachodu przeznaczyły około miliarda dolarów na demontaż i likwidację 197 okrętów atomowych oraz utylizację strontowych baterii z około tysiąca punktów nawigacyjnych, a także na usuwanie paliwa jądrowego i odpadów radioaktywnych z Oceanu Arktycznego.

W 2019 roku brytyjska firma badająca bezpieczeństwo jądrowe znalazła 18 tys. radioaktywnych obiektów w Oceanie Arktycznym, w tym 19 zatopionych jednostek i 14 reaktorów. Mimo zagłębienia w mule dna morskiego, z około tysiąca obiektów nadal wydostaje się promieniowanie gamma. 90 proc. materiału radioaktywnego znajduje się w sześciu obiektach, jakie planuje wydobyć Rosja. Warto podkreślić, że na chwilę obecną nie istnieje jednostka, która mogłaby podnieść z dna K-159. Trzeba ją dopiero zbudować. Tym niemniej, jeżeli kroki w kierunku wydobycia okrętu nie zostaną podjęte, istnieje realne zagrożenie wycieku. 

Scenariusze złe i jeszcze gorsze

Jeden z ekspertów uważa, że zabezpieczenia reaktora zawiodą w najgorszym razie 10 lat, a w najlepszym 30 lat od chwili zatonięcia. Gdyby zawartość reaktora została uwolniona w jednej chwili, ilość radioaktywnego cezu w organizmach żyjących we wschodniej części Morza Barentsa zwiększyłaby się przynajmniej 100 razy. Ewentualny wypadek przy podnoszeniu K-159 z dna mógłby być nawet gorszy.

Gdyby zaistniała niekontrolowana reakcja łańcuchowa w czasie podnoszenia, wyrzut materiału radioaktywnego zwiększyłby poziomy napromieniowania ryb tysiąckrotnie. Gdyby wydarzyło się to już na powierzchni, napromieniowaniu uległyby zwierzęta lądowe oraz ludzie. Oba scenariusze byłyby potężnym ciosem dla gospodarek krajów, w których rybołówstwo i przemysł przetwórczy stanowią ważną gałąź ekonomii.

Kraje Europy boją się radioaktywnych reliktów z czasów Związku Radzieckiego, jednak obawami napawa je także rosyjski przemysł atomowy. Jego transparentność i bezpieczeństwo projektów wykorzystujących materiał promieniotwórczy jest dyskusyjne. Eksperci zwracają uwagę, że w czerwcu nad północną Europą wykryto radioaktywną chmurę, która przywędrowała znad Rosji. Moskwa temu zaprzeczyła. Rosatom dementuje także informacje o tym, że rosyjska placówka była źródłem radioaktywnej chmury wykrytej w 2017 roku. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje