Reklama

Reklama

Płonące piekło w Turcji. "To trwało tylko kilka minut"

Pożary lasów w południowej Turcji nadal zagrażają ludziom. Kto próbuje ratować swój dobytek, ryzykuje życie. Nie zdążyło się uratować niemiecko-tureckie małżeństwo, znaleziono je martwe w spalonym domu. Reporter Deutsche Welle Serkan Ocak podążał śladami pożaru.

- Stało tu kiedyś 150 domów. Gdy płomienie dotarły do naszej wioski, spłonęło 67 z nich - lamentuje Muhtar Cansiz. Jest sołtysem w Kalemler, wiosce liczącej 250 osób w prowincji Antalya w pobliżu miasta Manavgat. Prawie żaden region w Turcji nie ucierpiał bardziej z powodu straszliwych pożarów lasów, które od zeszłego tygodnia szaleją na południu kraju.

Wyraźnie wstrząśnięty Cansiz opowiada, jak szybko jego wioskę ogarnęły płomienie. - Wystarczyło kilka minut, by wiele domów stanęło w ogniu. Jakakolwiek interwencja była daremna. Domy, gaje oliwne, zwierzęta i traktory błyskawicznie zamieniły się w popiół.

Reklama

Nie zdążyło się uratować niemiecko-tureckie małżeństwo, znaleziono je martwe w spalonym domu.

Pożary, które wybuchły w ponad 100 miejscach na południu Turcji, spowodowały śmierć co najmniej dziewięciu osób. Większość pożarów udało się stopniowo opanować, ale w kilkunastu miejscach - w prowincjach Mugla i Antalya - nadal zagrażają one ludności.

Ojcowie rodzin ratują dobytek

A pożary nadal trawią region. Poszkodowani spodziewają się, że ich gaszenie jeszcze długo potrwa. Wiele wiosek zostało ewakuowanych, a mieszkańcy, którzy pozostali na miejscu, są często bezradni w obliczu płomieni. Często ojcowie rodzin wysyłają swoich rodziców, żony i dzieci do swoich krewnych, a sami pozostają w wiosce, próbując ocalić swój dobytek z płomieni, ryzykując przy tym życie.

Rolnik Mehmet Uysal jest jednym z nich. Jego twarz, ręce i nogi są poparzone. Obrażeń doznał podczas próby wyprowadzenia swoich zwierząt w bezpieczne miejsce. Ale zdołał uratować z płomieni tylko dwie trzecie ze swoich 150 sztuk bydła; dla jego owiec, jagniąt i psa było już za późno. Rolnik jest jednak bojowo nastawiony: - Zostałem poparzony. Jeśli płomienie powrócą, chętnie znów się poparzę.

Wybuchy i toksyczne gazy

Wysoko położony, górzysty region Milas w egejskiej prowincji Mugla został równie mocno dotknięty przez pożary lasów. Bozalan, 37-letni leśniczy z Milas, patrzy w dół na zbocze, na którym widać zwęglone drzewa oliwne, głęboko poruszony. Ze łzami w oczach pada na kolana. - Nigdy w życiu nie widziałem takiego ognia - mówi niskim głosem.

Płomienie spowodowały znaczne zniszczenia we wsi - dodatkowo istnieje obawa przed wybuchami i toksycznymi gazami. W pobliżu Milas, pomimo wszelkich wysiłków straży pożarnej, spłonęła elektrociepłownia Kemerköy.

Pożar zbliża się do oddalonej o 10 kilometrów elektrowni cieplnej, w której znajdują się duże zasoby węgla. Mieszkańcy wsi obawiają się niekontrolowanego scenariusza - na przykład wybuchu lub ulatniania się toksycznych gazów.

Władze starają się w ostatniej chwili zapobiec katastrofie. Z osiedli wokół elektrociepłowni ewakuowano około 2000 osób - głównie osoby starsze, kobiety, rodziny z dziećmi. W pobliskim nadmorskim kurorcie Ören nikt już nie przychodzi na plażę, aby się wykąpać. Większość sklepikarzy uciekała, nie zdążywszy pozamykać sklepów. Po ulicach chodzą tylko koty.

Gniew i żal do rządu

Czy to w Kalemler, Ören czy Milas - pożary lasów doprowadziły do najróżniejszych losów. Ale to, co łączy tych, którzy ucierpieli, to gniew: wielu z nich obwinia rząd za szybkie rozprzestrzenianie się ognia. Wielu jest wściekłych, że samoloty gaśnicze zostały wysłane tak późno do walki z pożarami. Niektórzy podejrzewają, że pożary zostały wzniecone celowo - choć na razie nie ma dowodów na podpalenie.

Niezależnie od ogromnego cierpienia, w dotkniętych wioskach pojawił się promyk nadziei: w piątek ogień wygasł. Jednak gdy powrócą ostre egejskie wiatry, płomienie będą kontynuować swoje dzieło zniszczenia.

Serkan Ocak, Redakcja Polska Deutsche Welle

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama