Reklama

Reklama

Niemcy: Alaksandr Łukaszenka pozwany w imieniu torturowanych ofiar

W Niemczech wniesiono pozew przeciwko prezydentowi Białorusi Alaksandrowi Łukaszence o zbrodnie przeciwko ludzkości. Prawnicy zwrócili się do prokuratury w imieniu dziesięciu torturowanych ofiar.

− Prawie nie śpię i przepisano mi leki antydepresyjne oraz środki nasenne. Od czasu tortur drętwieją mi opuszki palców. Trudno jest mi mówić o tym, że byłem bity, poniżany i grożono mi włożeniem pałki policyjnej w odbyt. Nie chce o tym pamiętać − mówi DW Walerij Samolasow.

Podejrzenia i tortury z powodu podkoszulki

Białoruski informatyk, który od lipca ubiegłego roku pracuje w Wielkiej Brytanii, chciał pojechać na urlop do kraju, załatwić kilka spraw urzędowych, a przy okazji oddać swój głos w wyborach prezydenckich 9 sierpnia 2020 roku. Walerij zatrzymał się na przedmieściach Mińska, a tego dnia nie działał internet. Dopiero od znajomych dowiedział się, że wieczorem w dniu wyborów, po ogłoszeniu Aleksandra Łukaszenki zwycięzcą, na całej Białorusi rozpoczęły się protesty przeciwko wynikom wyborów. Masowo zatrzymywano ludzi, podobnie jak Walerija, który dzień później wybrał się do kolegi w centrum miasta.

Reklama

− Kiedy szedłem chodnikiem, nagle zostałam otoczony i zaczęto mnie przepytywać. Grzecznie odpowiadałem i pokazałem dowód osobisty − wspomina Walerij, który tego dnia miał na sobie koszulkę z logo czaszki z filmu Disneya "The Punisher". Policjanci zwrócili uwagę, że czaszka jest również symbolem ukraińskiego prawicowego batalionu ochotniczego Azow, który walczy na wschodzie Ukrainy. Ale, jak twierdzi Walerij, to się nie zgadza. − Zanim zostałem pobity, wciąż wypominano mi tę koszulkę  − mówi.

Ponadto policjanci zainteresowali się jego brytyjskimi kartami bankowymi, kartą SIM w języku angielskim, a także połączeniami telefonicznymi z Wielką Brytanią. − Myśleli, że złapali organizatora protestu − tłumaczy rozmówca. Pierwsze uderzenie w klatkę piersiową dostał na podwórku niedaleko dworca. Następnie policjanci przekazali Walerija kolegom, zaznaczając, że powinni zwrócić na niego, jako "zagranicznego szpiega", szczególną uwagę.

Wyjątkowo brutalnie potraktowano go na posterunku policji i w drodze do aresztu śledczego. − Furgonetka to sala tortur na kółkach. Wielu ludzi krzyczało, płakało, modliło się, wymiotowało. Dwa razy straciłem przytomność z bólu − opowiada Walerij. Miał mocno skrępowane ręce na plecach. Ponieważ nie okazywał bólu, jeszcze mocniej mu je wykręcano i bito raz po raz. − Pochylali się nade mną, szepcząc, że nie boję się bólu, ale oni sprawią, że będzie bolało.

Po jakimś czasie u mężczyzny doszło do załamania krążenia i ręce zdrętwiały mu do łokci. Ból był nie do wytrzymania, ale jeszcze zdobył się na odwagę i poprosił policjantów o poluzowanie rąk. Tłumaczył, że ma troje dzieci. Odmówili mu. 

"Jesteśmy marionetkami"

Kacper Sienicki został zatrzymany w centrum Mińska 10 sierpnia 2020 roku. − Szedłem ulicą z zaprzyjaźnionym fotoreporterem. Zatrzymano nas i następnie przewieziono autobusem do transportera więziennego, którym zawieziono nas na posterunek policji. Tam nas bito i znieważano, wytykając polskie pochodzenie. Zarzucano nam, że jesteśmy "marionetkami", które będą kierować protestem i organizować kolorową rewolucję − mówi dziennikarz z Warszawy. Kacper chciał zobaczyć na własne oczy protesty w Mińsku i poinformować o tym polską opinię publiczną. Zamiast tego, przez dobre 72 godziny siedział na komisariacie policji i w areszcie śledczym Żodino.

Dziennikarz został pobity, jeszcze zanim przewieziono go na posterunek. - Mojego kolegę pobito już w autobusie, po czym stracił przytomność. Mnie zaczęto bić w furgonetce policyjnej. Ale najgorzej było na posterunku. Tam, z mocno związanymi rękami na plecach, zmuszono nas do położenia się twarzą do ziemi. Nie mogliśmy się ruszyć. Grozili, że wybiją nam wszystkie zęby. Następnie musieliśmy klęczeć z twarzą do ziemi, aż mi nogi zdrętwiały - wspomina dziennikarz. Tych, którzy nie wytrzymywali, pałowano. - Kilkakrotnie wyprowadzano nas na korytarz i znowu bito. Słyszeliśmy krzyki innych ludzi i widzieliśmy ślady krwi. Starano się nas zastraszyć, grożąc kijami bejsbolowymi. Nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Byliśmy pozbawieni picia i jedzenia i nie wolno nam było spać ani chodzić do toalety - opowiada Polak.

Udokumentowane przypadki tortur i pozew przeciwko Łukaszence

Walerij Samolasow i Kacper Sienicki należą do grupy dziesięciu osób, w imieniu których niemieccy prawnicy zwrócili się do Prokuratury Federalnej. Oskarżają oni prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenkę o zbrodnie przeciwko ludzkości. Podczas protestów po wyborach prezydenckich w sierpniu 2020 r. władze białoruskie użyły masowo przemocy wobec ludności cywilnej.

Ci, którzy wnieśli pozew w Niemczech, byli torturowani podczas aresztowania - podkreślają prawnicy. Ponieważ pracownikom organów bezpieczeństwa na Białorusi nie wytoczono ani jednej sprawy o stosowanie tortur, a Łukaszence nie grożą też żadne konsekwencje prawne, prawnicy i poszkodowani mają nadzieję na niezależne śledztwo w Niemczech, gdzie Białorusini dokumentują przypadki tortur. W sumie informacje te dotyczą ponad 100 przypadków. - Są ofiary, które przebywają w Niemczech, a inne na Białorusi. Jesteśmy w kontakcie z wieloma inicjatywami, które nawiązują kontakt z ludźmi - mówi Anton Malkin, przedstawiciel białoruskiej diaspory w Niemczech.

Na Białorusi nie wszczęto postępowania karnego

Walerij Samolasow został zwolniony z aresztu śledczego w Żodinie po 84 godzinach. Następnie przez dwa tygodnie przebywał w szpitalu z powodu urazowego uszkodzenia mózgu oraz obrażeń ręki. Jednak poza zaświadczeniem o tymczasowym aresztowaniu i pobycie w szpitalu nie ma żadnych dokumentów dotyczących jego zatrzymania.

- Nie znaleziono żadnego zapisu. Na policji nie ma nic o mojej sprawie, także w areszcie w Żodinie. Nie było też żadnej sprawy sądowej - wyjaśnił Walerij. W ministerstwie spraw wewnętrznych Białorusi złożył skargę na pobicie, ale sprawa została odrzucona z powodu "braku przestępstwa". Po powrocie do Londynu Białorusin zwrócił się do brytyjskich prawników, ale aby wnieść sprawę pozwany musiałby przebywać w Wielkiej Brytanii. Dlatego Walerij zdecydował się dołączyć do pozwu w Niemczech.

Kacper Sienicki chce domagać się zakwalifikowania reżimu Łukaszenki jako terrorystycznego. - Dlatego uczestniczę w pozwie i będę zeznawać. Chcę walczyć o sprawiedliwość dla Białorusinów i dla siebie - podkreśla polski dziennikarz. Ma on nadzieję, że pozew pomoże zwrócić większą uwagę opinii międzynarodowej na sytuację na Białorusi i represje tamtejszych władz. Kacprowi zależy, aby Białorusini wiedzieli, że mogą zwrócić się do sądów w innych krajach.

Postępowania w wielu krajach

Podczas protestów na Białorusi, które rozpoczęły się w sierpniu 2020 r. w odpowiedzi na sfałszowanie wyników wyborów prezydenckich, tysiące Białorusinów zgłosiło przypadki pobicia, przemocy i tortur ze strony władz. Według oficjalnych danych białoruscy śledczy otrzymali około 1800 zgłoszeń od ofiar, ale nie wszczęto ani jednej sprawy. W tym samym czasie zaczęto zajmować się tymi przestępstwami w krajach europejskich. Oprócz Niemiec skargi i pozwy wpływają także na Litwie, w Polsce i w Czechach.

Ponadto pod koniec marca 2021 r. Rada Praw Człowieka ONZ przyjęła specjalną rezolucję w sprawie Białorusi, która uruchamia mechanizm ONZ do dokumentowania zbrodni przeciwko ludzkości w tym kraju. ONZ przeprowadzi dochodzenie w sprawie naruszeń praw człowieka w okresie powyborczym i zbierze dowody, aby postawić winnych przed sądem. Wielka Brytania, Dania i Niemcy również uruchomiły również platformę, na której gromadzi się dowody świadczące o rażącym naruszeniu praw człowieka na Białorusi, w szczególności stosowaniu tortur, przemocy seksualnej, uprowadzeń i morderstw.

Anna Stork, Bogdana Aleksandrowska


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje