Reklama

Reklama

Marcin Kaczkan: Zobaczyłem, że Artur po prostu spada

Artur cały czas szedł za mną. W pewnym momencie zobaczyłem, że on nie schodzi, tylko po prostu spada - powiedział w rozmowie z "Faktami" TVN Marcin Kaczkan.

Artur Hajzer i Marcin Kaczkan wspinali się na  Gaszerbrum I. W niedzielę wyszli z obozu trzeciego (7150 m) z zamiarem zdobycia szczytu. Na wysokości 7600 m, z powodu silnego wiatru, przerwali atak i zawrócili do "trójki". Połączyli się z bazą (5200 m). Rozmawiali z pakistańskim kucharzem i przekazali, że rozpoczynają zejście do obozu drugiego (6400 m).

Reklama

Himalaista Marcin Kaczkan opowiedział, jak doszło do tragedii. Gdy przemierza się trasę z obozu trzeciego do drugiego, trzeba pokonać tzw. kuluar japoński. Ja schodziłem pierwszy, Artur był za mną - relacjonował.

Wszystko szło dobrze, aż nagle Kaczkan zobaczył, że jego partner wspinaczkowy spada. Nie wiadomo, dlaczego doszło do wypadku. Hajzer spadł około 500 metrów do podstawy ściany.

Kaczkan szybko zbiegł na dół. - Tam znalazłem Artura. Niestety nie żył - powiedział.

Hajzer wysłał SMS-a do żony

Janusz Majer, który współpracował z wybitnym alpinistą, poinformował natomiast w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że w czasie schodzenia Artur Hajzer próbował się z nim połączyć. - Słyszalność nie była dobra, ale doszły do mnie słowa, że od ściany odpadł Marcin. Nie mógł nawiązać łączności z żoną Izabelą i wysłał jej SMS-a: Marcin Kaczkan spadł kuluarem japońskim - powiedział 66-letni alpinista, himalaista i podróżnik.

Po rozmowie z Kaczkanem wyjaśniło się, że takie przypuszczenie miał jego partner. - Artur był nad Marcinem. Pogoda znacznie się pogorszyła, była słaba widoczność. Silny wiatr miotał śniegiem. Gdy Artur utracił kontakt wzrokowy z Marcinem, stwierdził, że musiał odpaść od ściany. Tymczasem on schodził, zjeżdżał też na linie i w pewnym momencie zobaczył spadające ciało. Gdy zszedł na dół kuluaru, nie miał już wątpliwości, że był to Hajzer. Jego ciało leży 15-20 minut drogi od obozu drugiego - przekazał treść rozmowy pochodzący z Siemianowic Majer.

Jak zaznaczył, kuluar, wklęsła lodowo-śnieżna formacja skalna, zwana też rynną, na masywie Gaszerbrum I zaczyna się na wysokości 6400, a kończy na 7100 m. Ta część drogi była zaporęczowana. Pod koniec czerwca Hajzer napisał:

"Wyruszyliśmy ponownie i po nocy na 6000 m udało nam się przejść plateau i drugi icefall na przełęcz Gaszerbrum Saddle 6500 m, gdzie spędziliśmy kolejną noc. Choć prognozy sugerowały lekką czujność, to dwudziestego siódmego ruszyliśmy w górę do poręczowania kuluaru japońskiego.

"Mieliśmy ze sobą 200 m własnej liny, 50 znaleźliśmy na przełęczy, 100 nowej, ładnie zdeponowanej. Sporo wyrwaliśmy starych spod śniegu. Niektóre w dobrym stanie wisiały na swoich miejscach. Trzeba było przetarcia zastąpić węzłami, wyciąć bardzo stare fragmenty, sztukować, poręczować nowymi linami te miejsca, gdzie lin nie było w ogóle. Prace kończyliśmy bardzo późno i przy złej pogodzie, ale efekt jest taki, że kuluar jest zaporęczowany - jak nowy i, co ważne, osiągnęliśmy wysokość 7000 m. Przed wieczorem wróciliśmy do obozu II na 6500 m" - relacjonował.

Nie wytrzymała lina?

Majer na podstawie rozmowy z Kaczkanem przypuszcza, że gdzieś musiała nie wytrzymać lina, może była przetarta, źle zamocowana. Nie sądzi, aby tak doświadczony himalaista, jakim był Hajzer, mógł popełnić jakiś poważny błąd.

- Znaliśmy się od ponad 30 lat, od kiedy Artur został członkiem Klubu Wysokogórskiego w Katowicach, który zrzeszał wybitnych himalaistów, m.in. Jerzego Kukuczkę, Krzysztofa Wielickiego, Ryszarda Pawłowskiego. Miałem przyjemność być jego prezesem od 1980 do 1992 roku - wspomniał Majer, wiceprezes Polskiego Związku Alpinizmu w latach 1987-1993.

Hajzer, który 28 czerwca skończył 51 lat, inicjator projektu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, i 38-letni Kaczkan, pracownik naukowy Politechniki Warszawskiej, zamierzali zdobyć Gaszerbrum I (8068 m), a po nim Gaszerbrum II (8035 m). Dotychczas nie dokonano w jednym sezonie pełnego trawersu masywów ze szczytu na szczyt łączącą je granią przez przełęcz Gaszerbrum Col (6400 m).

ak

Dowiedz się więcej na temat: himalaizm | góry | Polacy | wypadek | nie żyje | Artur Hajzer

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje